Życie jest piękne………..

 

 

…….nawet po sześćdziesiątce, gdy można przełamać pewne bariery i zacząć realizować swoje marzenia. Tylko trzeba chcieć!!!
Moim największym marzeniem niewątpliwie była walka z otyłością i chyba mi się to udaje, piszę chyba, bo ciągle jestem na pierwszym etapie swojej
drogi i jeszcze nieśmiało po niej kroczę, ale już zbliża się pora, że moje kroki muszą być bardziej radykalne i pewne. Myślę już o tym, aby, po oczywiście wygojeniu się ran, zacząć wizyty na basenie. Zawsze uwielbiałam pływanie, a woda i pływanie są znakomitym naturalnym masażem i dla kręgosłupa i dla mięśni brzucha, no i poza tym naturalnie „rzeźbią” sylwetka, czyli jest to samo zdrowie.Czyli znów upiekę dwie pieczenie przy jednym ogniu, uzdrowię i swój kręgosłup i troszkę wzmocnie mięśnie brzucha, wtedy ten nadmiar skóry nie będzie taki wielki. Myślę, że w lecie będę mogła już ubierać nieco węższe sukienki, a na przyszłe lato to ho ho! 🙂
Następny etap sanacji mojej osobowości to zrobienie porządku w mojej buzi, a potem się zobaczy, na pewno jeszcze będę miała kilka fajnych pomysłów, wszak przede mną jest jeszcze długie, długie i ciekawe życie.
No i proszę jaki optymizm mnie po tej operacji opanował, z czego się cieszę, bo nie można tylko siedzieć w domu i myśleć, jaka to jestem nieszczęśliwa.

Przed nami fajny czas ciepłej, wiosennej pogody, pora przegonić chłodne wiatry i kłębiaste chmury, musimy zacząć dbać o ogród Magdy, już kwitną piękne magnolie, owocowe drzewa też już mają śliczne kwiatki. Czekamy na słoneczko, podobno od poniedziałku będzie już cieplutko.
Na razie życzę przyjemnej, lecz nieco zimnej niedzieli, grunt, że w sercu już wiosna zagościła.

nareszcie jestem po mordędze

 


Nareszcie jestem w domu Magdy, czyli tam, gdzie też czuję się w domu.
Nie było tak najgorzej, ale żeby to były pieszczoty też napisać nie mogę.
Przyszłam w poniedziałek rano do szpitala i po dłuższym oczekiwaniu „zdobyłam” własne łóżeczko.
Oczywiście nie obyło się bez kilku badań krwi i bez przygotowania do operacji, czyli założono mi wenflon i musiałam przejść tzw kąpiel dezynfekcyjną.
Dostałam na noc środek nasenny, więc całkiem nieźle mi ta noc przeszła, chociaż przyznaję, że miałam taki jeden malutki moment zwątpienia pod tytułem „a może jednak dać stąd dyla”? Rano przeszłam jeszcze jedną kąpiel dezynfekcyjną ( w malutkim pomieszczeniu z natryskiem, gdzie dwie nogi trudno było koło siebie postawić), dostałam tabletkę tzw głupiego Jasia, który rzeczywiście ogłupił, że ledwo co pamiętam  moment ojej jazdy na wózku na salę i momentu, gdy kazali mi się rozebrać i położyć na stole. Potem ktoś mi da maskę na usta i kazał oddychać i to wszystko było, co pamiętam. Po operacji leżałam podobno 4 godziny na wybudzeniówce, o czym oczywiście nie wiem, a potem przewieźli mnie do sali opieki medycznej, gdzie zaczynała się dla mnie gehenna. Co prawda bólu żadnego nie czułam, ale co chwilę mnie budzili i nie pozwalali spać, a tu moja bardzo cieżka głowa kiwała się na prawo i lewo, czasami w przód i w tył i dobrze, że mi dali szafkę po podtrzymywania się, bo na pewno z tego łóżka bym zleciała. I tak kilka razy zaliczyłam prawie że lądowanie nosem na szafce.
Nie mogłam zrozumieć, czemu nie wolno mi spać, skoro o niczym więcej w tym momencie nie marzyłam. Całe szczęście była koło mnie Magda, która pilnowała mnie, żebym nigdzie nie zleciała i mnie podtrzymywała ( le ile można), a gdy na sali pokazał się „mój doktor” pytając o mój stan i gdy Magda spytała, czy nie lepiej mi jednak pozwolić zasnąć odparł  a niech sobie śpi” Podobno zanim skończyć swoje pozwolenia ja już smacznie chrapałam. Co prawda potem jeszcze pielęgniarki chciały mnie wymęczyć i siłą zawlokły  mnie do toalety, ale ponieważ zamierzonego skutku nie odniosły, musiały mnie zacewnikować.
Ta noc była bardzo dla mnie śpiąca, przespałam całą, mimo, że co jakiś czas mierzono mi temperaturę, ciśnienie i zmieniano mi kroplówki, ile ich było, nie wiem, ale całkiem sporo. Za to następnego dnia obudziłam się już całkiem rześka i zupełnie przytomna, więc wywieźli mnie na normalny oddział. Trafiłam na dziesięcioosobową salę, o mnie najpierw przeraziło troszkę, ale nie było tak źle, te dwa dni całkiem nieźle i coraz mniej bólowo zniosłam, chociaż zgłosiła mniepokojące kłucie w boku, więc zaliczyłam sobie dwa dodatkowe badania kontrolne rtg i dwa razy USG. Do tego badania rtg dostałam wstrętny kontrast gastro-grafinę, miał smak anyżu i był słodko – gorzki, brrrrr, ohyda.
Oczywiście mój kumpel Piotr, którego poznałam tuż przed operacją w piątek i o którym wspominałam już w blogu też był operowany w tym samym dniu co ja,z tym, że on dzień operacji zniósł całkiem dzielnie ( nie spał tyle co ja), ale za to troche pokomplikowało mu się później i w związku z tym wyjść miał ze szpitala dzień po mnie, jeżeli oczywiście poprawią się mi wyniki.
Ja na szczęście żadnych kłopotów zdrowotnych nie miałam, mogłam wyjść nawet dzień wcześniej, niż wyszłam, czyli w środę, ale przez to kłucie w boku zatrzymano mnie w szpitalu o dzień dłużej, wyszłam wczoraj, czyli w czwartek.
I od razu poczułam, co to słowo wolność oznacza, nie muszę już ukrywać się z moim elektronem w toalecie, nie muszę biegać kilometrów przez korytarz do tego miejsca odosobnieni i co najważniejsze nie muszę poddawać się obowiązkowej zbiórce moczu, co było dla mnie bardzo dyskomfortowe, przepraszam, że o tym piszę, ale nic co ludzkie nie jest mi obce, a to niestety w  leczeniu bariatryczny taki bilans jest jednym z elementów oceny, czy wszysto dobrze w zoperowanym człowieku działa.

No dobra, te wszystkie kłopoty już za mną, teraz zaczyna się jak na razie niezbyt wesoła rekonwalescencja, która niestety nieCo potrwa, więc muszę uzbroić się w anielską wręcz cierpliwość, z czym Będzie chyba niezbyt łatwo, bo diabełek pod skórą mi został.
W poniedziałek idę na wizytę kontrolną i na wyjęcie szwów, wie znów mnie czeka mała nasiadówka w przychodni przyszpitalnej.
Magda spytała mnie wczoraj: Ciociu, po co właściwie kazałaś sobie ten brzuch poranić, przecież mogłabyś te kleiki jeść bez tego, przynajmniej byś nie czuła bólu.Ale widać tak już musi być, bez bólu nie ma efektu. Chciałaś Babo, to sobie teraz cierp

I to byłoby tyle na dzisiejszy wpis

Miłego dnia

zamiast środy

 

Zamiast w  środę, zostawiam dzisiaj różę dla Ulki, bo w środę na pewno mnie tu nie będzie  😦
Będę dzisiaj o Tobie intensywnie myślała Ulu, zwłaszcza po wczorajszej otrzymanej od Ciebie wiadomości.
Dzisiaj i jutro bardzo ważny dla mnie dzień, a za oknem wiosna szaleje.
Czekam już niecierpliwie, kiedy będziemy kwiaty w ogródku sadzić.
To idę, odezwę się po powrocie. CZEŚĆ  🙂
Pewnie będę z powrotem czwartek, najpóźniej piątek 🙂
Pozdrawiam wszystkich cieplutko i miłego tygodnia życzę
DO ZOBACZENIA !!

P.S.  To nic, że dzisiaj  mamy trzynastego, ważniejszy jest jutrzejszy dzień.
A poza tym nie jestem wcale przesądna 🙂

kicham ! Na zdrowie!

Niestety podczas wczorajszej nauki Mia kilkakrotnie prychnęła na mnie katarkiem i od razu zaczęło mnie kręcić w nosie. Kilka razy nawet sama sobie  kichnęłam.
Okropnie się zdenerwowałam, bo wiadomo, gdzie idę w poniedziałek i nie mogę żadnego, nawet najmniejszego katarku podłapać.
Od razu zażyłam sobie wczoraj Rutinoscorbin, dzisiaj też ( podobno pomaga) i oczekuję, co z tego wyniknie. Ale miałabym pecha, gdyby to kichanie na katar się przekształciło. Tyle czekałam….Rano nic się nie wyjaśniło w tej sprawie, myślę, że do jutra jakoś dotrwam.
Nie będę dużo dzisiaj pisała, wiadomo, niech się dzieje, co ma się dziać. Oddaję się w ręce Opatrzności.

Życzę  wszystkim miłej niedzieli

nieszczególnie

 

Wczorajszy dzień był dla mnie nieszczególny.
Co prawda wstałam prawą nogą, słonko świeciło i wydawało się, że będzie milo, ale potem czymś się zdenerwowałam i już do końca dnia miałam fochy.
W związku z tym z całą radością przespałam prawie cały dzień, o przepraszam, trochę uczyłam się z Mią roli Dorotki z Krainy Oz, to znaczy, ja czytałam ten tekst, który mówił ktoś inny, Mia mówiła z pamięci tekst Dorotki, a ja sprawdzałam, czy się nie pomyliła.

: Bo są dni gdy z nieba kapie deszcz nie mówię wtedy nic, telefon milczy też.
   Bo są dni gdy z nieba kapie deszcz zamykam wtedy, drzwi, po prostu nie ma mnie.

Deszcz co prawda nie padał, ale humor był kiepściutki i już, drzwi były zamknięte, telefon milczał………

O wczorajszej rocznicy nie chce mi się nawet wspominać, telewizor też milczał, po co się denerwować?

A dzisiaj znów wstał piękny i słoneczny dzionek. Za chwilę zasiądę z Mią do dalszej nauki roli Dorotki i sobota też minie, potem tylko jutrzejsza niedziela i ……..

A Fochy?, jeszcze nie wiem dokładnie, nerwy nie do końca się mi skończyły, chociaż wiem, że nie powinnam.
Dobrej soboty wszystkim życzę

Kumpel

 

Wczoraj podczas oczekiwania w kolejce do pana anestezjologa poznałam dwóch miłych panów. No proszę, przynajmniej była  jakaś miła strona  mojego pół-dniowego pobytu na szpitalnym korytarzu.
Najpierw rozmawiałam z panem, który idzie też na operację, ale przepukliny i to dopiero za 10 dni, a potem ukazał mi się „ON” – młodzieniec, około 30 – stki, też słusznej wagi, oczekiwał też na wizytę u tegoż samego anestezjologa co ja, wiec go zaczepiłam, pytając, czy on też będzie poddany operacji bariatrycznej, tak jak ja. Okazało się, że ma termin przyjęcia podobnie jak ja 13 kwietnia, a operację, też tak, jak i ja na drugi dzień, 14 kwietnia. Miło porozmawialiśmy, właściwie podtrzymałam go na duchu, bo opowiadał, że jego rodzina była przeciwna tej operacji, wiadomo mama zawsze się boi o swojego synka, niezależnie od jego wieku, ale podobno i reszta rodziny i znajomi też mu odradzali (skąd ja to znam? w moim przypadku też byli tacy, którzy usiłowali mnie zniechęcić).
Więc powiedziałam mu, że skoro raz już podjął taką decyzję, powinien jej się trzymać i nie słuchać rad innych, przecież ostateczna decyzja i tak należy tylko do niego, prawda? Musi tylko raz jeszcze dokładnie przemyśleć dobre i złe strony tego, czego zamierzył. Tak więc spotkamy się w poniedziałek na pewno przy przyjęciu na oddział, jeżeli tylko nie skrewi, ja jestem już na 100 procent pewna o słuszności swojej postawy w tej kwestii.
Ba, nawet umówiliśmy się w środę na szpitalnym korytarzu ( bo już podobno na drugi dzień po zabiegu każą wstawać), aby omówić nasze spostrzeżenia dotyczące poprzedniego dnia. Pewnie i mnie i jemu będzie raźniej  wspólnie  znosić pooperacyjne bóle 🙂
A poza tym zawsze musi być ktoś, który powie „myśl pozytywnie”
Jak więc widać, mimo lekkiego (na razie) strachu, a właściwie lekkiej obawie, staram się zachować formę.
I tak muszę jeszcze trzymać dzisiaj, przez następne dwa dni, no i najważniejsze w poniedziałek, gdy Magda będzie mnie do szpitala odwozić, co nie jest takie pewne na 100 procent, albowiem akurat zepsuł się jej samochód. Ale jakoś dam sobie rady, wszak istnieją taksówki, a ja nie jestem mały dzidziuś, którego na rękach trzeba do szpitala zanieść.
Ale pomyślę o tym później – czyli zadziałam metodą Scarlett O’Hara.

Dzisiaj zapowiada się naprawdę piękny dzień, więc życzę wszystkim radosnego, wiosennego dnia.

po malutku, aż do skutku


Wczoraj pan doktor stomatolog (też bardzo miły) wypowiedział się o mnie całkowicie poprawnie, zero przeciwwskazań.
Dzisiaj poczekam, co powie o mnie pan doktor anestezjolog i to już koniec badań wszelakich, pozostaje czekanie.
A potem, leżąc już po na pooperacyjnym łóżku, będę sobie wspominała co i kiedy jadłam pysznego.
A było tego przez te 65 lat sporo tego, oj sporo.

Już nigdy…….

Ale wiedziałam, na cię zdecydowałam. Chociaż mam jeszcze 3 dni na wycofanie się, ale na pewno tego nie zrobię.
Mieliby mnie za tchórza 🙂
Przeczytałam sobie wszystko dokładnie o diecie, którą będę stosowała przez cztery fazy pooperacyjne, abym mogła powrócić do normalnego, no prawie normalnego jedzenia, bo jak do teraz już jeść nigdy nie będę mogła.
Oglądnęłam też sobie na necie video z operacji bariatrycznej, od samego początku, aż do końca, straszne, jak temu człowiekowi grzebali w bebechach. Na szczęście ja swojej operacji  nie będę widziała, no chyba, że zostanę……..duchem, a tego wcale nie zamierzam.
Czekam na chwilę, gdy znów usiądę przed moim komputerem i radośnie napiszę HURRA !! JUŻ WSZYSTKO POZA MNĄ!!!!
Przepraszam, że przynudzam, ale wiadomo: ta moja w tej chwili najważniejsza sprawa, trudno mi o niej nie myśleć, nie pisać….

A za oknem budzi się piękna wiosna, co prawda poranki są jeszcze całkiem mroźne, ale potem wszystko się zmienia, jest cieplej, coraz cieplej, a w około już tak pięknie się zieleni…..

Życzę wszystkim zielonego, wiosennego dnia.

oj, będzie dzisiaj „różowo” na moim blogu

 

Pierwsza róża oczywiście dla  Drogiego Solenizanta, który dzisiaj kończy………. no prawie 18 lat.
Kaziku, składałam Ci już życzenia na Face, składałam telefonicznie, ale chcę jeszcze tutaj dla Ciebie pozostawić różę z moimi serdecznościami, abyś wiedział, że zawsze o Tobie pamiętam.

A teraz zabawię się w Małego Księcia ( a może raczej Księżniczkę)  i ofiaruję z okazji naszej środy  Mojej Uli 1000 róż.
A dlaczego tak? Ano, w następną środę znów nie będzie mnie na blogu, będę leżała na pooperacyjnym łożu boleści, nie będę mogła do Ulki i do Was zaglądnąć.


Te wszystkie róże dla Ciebie Ulu, abyś o mnie pamiętała, szczególnie w przyszły wtorek (dzień operacji), w następną środę  i….. zawsze 🙂
Posyłam Ci całuski z raz słonecznego, raz mżystego, acz jeszcze raczej chłodnego Krakowa.
Życzę Ci, aby ta prawdziwa, ciepła wiosna dotarła do Ciebie jak najszybciej i nie straszyła Cię już ani śniegiem, ani chłodnymi podmuchami.

Dzisiaj jeszcze przede mną wizyta u dentysty, ale nie boję się, to tylko formalność, bo w buzi mam wszystko uporządkowane.
To moje przedostatni badanie przed szpitalem badanie, jutro czeka mnie miła rozmowa z przemiłym (mam nadzieję) anestezjologiem i koniec już z tym bieganiem, pozostaje mi tylko czekanie na poniedziałek.
Pierwotnie miałam iść dzisiaj do szpitala, a jutro miałam mieć operację, ale z przyczyn technicznych termin ten o kilka dni został przesunięty. Z jednej strony to dobrze, bo mogłam sobie spokojnie, bez nerwów załatwić jeszcze te badania, które mi pozostały, a także odsapnąć po świętach i ewentualnie wyrównać cukier. Ale tu nastała miła niespodzianka,  mimo świąt mój cukier jest całkiem poprawny, widać mój organizm sam się broni przed  ewentualnymi komplikacjami.
Z  drugiej strony już, jutro miałabym wszystko „z głowy”, bo nerwy moje i tak na pewno zostaną narażone na szwank. Ale cóż mi, biednej szarej istotki pozostaje innego, niż cierpliwe czekanie??

W odniesieniu do wczorajszych rewelacji podanych przez Radio RMF FM mam trochę mieszane uczucia. Z jednej strony dobrze, ze wychodzą na jaw pewne zatajone dotąd części rozmów w kokpicie, ale to nerwowe podejście do tej kwestii opozycji daje możliwość zastanawianie się nad tym, co naprawdę wtedy w tym samolocie się działo. A może jednak najlepiej byłoby przestać grzebać w tej nie do końca jasnej tragedii i pozwolić, by pozostały już tajemnicą na zawsze, bo w sumie, co to da, gdy nawet ją wyjaśnimy????
Niech odpoczywają sobie w spokoju, nie targani różnymi insynuacjami i kłótniami. I tak nic już się w tej sprawie nie zmieni.

Życzę wszystkim pogodnej środy i dużo wiosennej radości, Bo może tak nie do końca jeszcze tą wiosnę widać, ale na pewno stoi już za progiem naszych domów, trzeba tylko szeroko otworzyć jej drzwi.

i już po świętach

 

Wszystko co dobre szybko się kończy.
A może to nawet i dobrze, bo wreszcie odpoczniemy od suto zastawionego frykasami sto,lu, zastopujemy podjadania a to serniczka, a to mazurka i nasz żołądek powróci do normalności, co u mnie przekłada się głównie na biały, pyszny serek.
Przyznam, że nieco „skubnęłam” słodkości, ale i tak mój cukier uchował się prawie ze w normie, aż mnie to zadziwiło troszkę, przyznaję.
Pozostało mi jeszcze tyko kilka dni, które wykorzystam na…… odpowiednią dietę, by z czystym sumieniem położyć się na operacyjnym stole.
A to nastąpi już za kilka dni, całkiem niedługo. Jeszcze przed czekają mnie dwie wizyty, u dentysty i u anestezjologa ( w ten czwartek), a potem pozostanie czas na duchowe nastawienie.Przyznam szczerze, że na razie wcale się nie boję, podjęłam taką decyzję i już od niej nie odstąpię.

Wczoraj był u Magdy dom pełen gości, było gwarno i wesoło, szkoda tylko, że smutno się skończył, bowiem pieska Magdy Czako potrąciło auto i bardzo biedny, z podkulonym ogonem skrył się pod stojącym pod domem samochodem Jacka, a obok niego czuwał ich kot, przytulał się do biednego pieska i pokrzepiał go na duchu. No proszę, a mówią, że pies z kotem się nie zgadzają.  Z tym, że te zwierzaki zawsze bardzo ładnie się ze sobą bawią.
Kot jest rok młodszy od psa, ale oba to straszne „przytulanki”. Jeszcze godzinę przed tym wypadkiem Czako siedział koło mnie na tapczanie i się tak przytulał, prosząc łapką o pieszczoty, a tu masz…
W nocy oczywiście zaglądałam do psa, co się z nim dzieje, a rano wzięłyśmy go do zaprzyjaźnionego weterynarza koło naszej przychodni.
Miał zrobione zdjęcie rtg i okazało się, ze ma zwichnięte prawe biodro i pęknięta szyjkę kości udowej lewej, więc jutro czeka go niestety operacja.
Ale na szczęście innych poważniejszych obrażeń nie doznał, wię szybko się wyliże.
No widzisz Czakusiu, twoja głupia przywara gonienia za każdym samochodem źle dla Ciebie się skończyła.
Szkoda tylko, że piesek cierpi, ale już wczoraj dostał środek przeciwbólowy, a dzisiaj pani doktor zrobiła mu zastrzyk przeciwbólowy i drugi przeciwzapalny, co dalej okaże się jutro.

Życzę miłego poświątecznego oddechu, może w końcu wiosna na dobre do nas zawita???

P.S. Dzisiaj mamy święto Pracownika Służby Zdrowia !!!!

Śmigus-dyngus czyli…..

czyli Lany Poniedziałek, ale czy na pewno nie pomyliłam świąt?????

Rano obudziła nas regularna zima. W około biało od śniegu.
Tylko jak tu kolędować, skoro choinki brak???
Jednak tym razem prognostycy pogody wcale się nie pomylili, co wieszczyli, teraz mamy.
Już nie mówiąc o prognozowaniu pogody przez  mój kręgosłup  no i przede wszystkim o moje kolana, boli, jak diabli, nawet mój  Nimesil średnio pomaga.
A pomyśleć, że wczoraj popołudnie nawet słonko nam nieco przyświeciło! Tak tyci, tyci, ale zawsze.
Ale i tak nieco zmarzłam wczoraj, bo po kościele pojechaliśmy jeszcze na moment na grób mojej Siostry, a wiatr był bardzo silny i dosyć mroźny, tak więc szybko z cmentarza pojechaliśmy do domu, tylko tyle, co zapaliliśmy tam znicze i chwilę odmówiliśmy modlitwę.
Potem wszyscy poszliśmy na zasłużony obiadek i prawie niekończące się pyszne desery, bowiem, tak jak już pisałam Tata Jacka obchodził swoje urodziny.

Był więc wspaniały tort i szampan, a potem spróbowaliśmy mojej Paschy, która niestety niezbyt się udała, to znaczy nie miała typowego kształt Paschy, ale raczej wyglądała jak dobry krem z bakaliami, coś musiałam przedobrzyć, ale i tak wszystkim smakowała  (przynajmniej tak mówili).
Było wesoło i bardzo gwarne, a dzieciaki dawały pokaz tańca, wspaniale im to wychodziło.

Dzisiaj rano chytrze zbudziłam się przed wszystkimi, żeby na wszelki wypadek zabezpieczyć się przed ewentualnym totalnym oblaniem mnie zimną wodą.
Tak całkiem mi się nie udało, ale moje „piski” przynajmniej na tyle pomogły, że zostałam z pistoletu oblana tylko  w nogę. Nie wiem, co będzie dalej, bo dzisiaj przychodzą goście, więc na pewno dzieciaczki mnie jeszcze „dopadną”

Życzę przyjemnego Lanego Poniedziałku, a czy mokrego? Nie, bo ja też wcale nie lubię być polewana 🙂