mgnienie wiosny

Tak bardzo wyczekuję już tej wiosny, tak ją przez okno wyglądam, że każdy promień słoneczny, każdy cieplejszy podmuch wiatru, za dobrą monetę przyjmuję.
A tu pogoda niestety psikusy robi. Jak już jest ciut cieplej, zaraz zaczyna potem padać deszcz, a co gorsze i  czasami nawet śnieg.
Wczoraj oglądałam kamerki na stokach i masę szczęśliwych narciarzy, którzy korzystali z wyciągów, aby potem poszusować sobie na nartach, a czasem na desce w dół. Czasami to nawet im zazdroszczę tego narciarskiego pędu z górki, niestety, nigdy z powodu mojego lęku wysokości na nartach nie nauczyłam się jeździć. Ze sportu dostępne było dla mnie tylko pływanie, ale właśnie, napisałam było, gdyż po ostatnich moich kłopotach z podtopieniem się w basenie  zaczęłam się po prostu bać wody. Tak zwyczajnie, po ludzku, bać. Może w moim wieku już nie jestem taka sprawna w wodzie, jak dawniej, gdy pływania się nie tylko nie bałam, ale i wręcz go uwielbiałam. Teraz mam obiekcje, nie jestem pewna, czy uda mi się je przełamać.
Do wiosny jestem już duchowo przygotowana, mam nową fryzurkę, oczywiście króciutko obciętą „na jeżyka”, stopy też odpowiednio są już zabezpieczone, żadna skórka, czy odcisk na razie im nie grozi, a wczoraj Zojka założyła mi na paznokcie u rąk hybrydy, tak więc można rzec, że już całą sobą czuję wiosnę.
Teraz tylko czekam, aż będę mogła swoją ciepłą, zimową kurtkę zmienić na tę nową, wiosenną, która już oczekuje na mnie w szafie, a grube swetry na lżejsze bluzeczki, no i oczywiście, gdy pozbędę się już tych botków z nóg. Cierpliwie czekan……
A tymczasem niedziela znów zafundowała nam kolejny łzawy dzień, szkoda, bo to jest akurat dobry dzień na spacery, nikt nigdzie się nie spieszy…..
Zresztą od razu człowiek przy takiej pogodzie wstaje z zapyziałą głową.
Ostatnio pozwalam sobie od czasu do czasu na niezbyt silną kawkę i jak dotąd złych efektów nie mam, więc i dzisiaj na pewno bez kawy się nie obejdzie.
Zresztą ostatnio, muszę się pochwalić, moje kłopoty żołądkowo – brzuszne uległy prawie całkowitej poprawie, ale to tylko dzięki diecie no i dzięki zażywanym lekarstewkom. A do jedzenia obiadków  gotowanych na parze można całkowicie się przyzwyczaić. Czasami jest to gotowana rybka , czasami kulka z mielonej piersi kurczaka czy indyka (pewnie inne mięso byłoby przy takim gotowaniu bardzo łykowate), zawsze jest gotowany na parze ziemniaczek (jeden) i jakaś marchewka, czasem dodam osobno ugotowane buraczki, czy szpinak i obiad wychodzi pierwsza klasa, co najmniej jak u Wierzynka.
Zastanawiam się jeszcze, jakie inne jarzynki mogłabym dodać do mojej diety, bo już wiem, że na pewno nie brokuły i nie kalafior, też i nie zielony groszek, bo one wzdymają. Oczywiście nie wchodzą w grę żadne rodzaje kapusty, nie wspominając o surowiznach w postaci sałaty, czy sałatki pomidorowej. Owszem, mogę pomidora poddusić, zdjąć  z niego skórkę, ale wtedy niestety robi się on mało smaczny. A może ktoś „podrzuci” mi tutaj jakiś inny pomysł na jarzynkę.
Pewnie z czasem moja dieta zrobi się nudna, ale póki co jestem na nią skazana. Z przyprawami też muszę niestety uważać, trochę brakuje mi czosnku do potraw, ale oszukuję się dodając ten w kostkach Knorra, chociaż nie jestem pewna, czy mogę go używać, jednak zawiera trochę chemii.
Za to nie mogę jeść nic słodkiego, np ciastek, czy czekolad, od razu robi mi się niedobrze i zaczyna boleć żołądek. Ale zawsze mam w odwodzie trzy rodzaje deserów, które są dla mnie dostępne, np. kisiel (tam jest co prawda łyżeczka cukru, ale to jest przecież tak niewiele ), który gotuję sobie ostatnio z mrożonymi jagodami, albo jogurt z drobinką cukru i dla smaku drobinką kawy, no i pieczone jabłko, bardzo dobre jest, gdy do niego dodam garstkę rodzynek.
Takie drugie śniadanko, czy podwieczorek nie są wcale obciążające dla mojej diety, cukier nadal utrzymuje się u mnie w normie. A  ciasteczka spokojnie można zamienić na sucharki, też jako dodatek do takiego jabłka, czy kisielu  są pyszne.
Prócz jakości jedzenia (a więc dania bez tłuszczowe) ważna jest też i ilość spożytego na raz jedzonka, gdy przesadzę chociaż o jeden kęs, zaraz żołądek daje mi o tym znać. Więc lepiej dla mnie jeść malutkie porcje i częściej. Staram się jeść 4-5 razy dziennie, przy czym taki deserek traktuję jako jedno moje danie.
Rano i wieczór robię sobie 2 grzanki z tostowego chleba, smaruję je lekko Ramą i daję na to po plasterku dobrej, chudej szynki – taka porcja w zupełności na raz wystarcza. 
W każdym bądź razie takiej diety na razie przestrzegam  i wcale nie jest źle!!!!
 Mimo tej niekorzystnej pogody życzę wszystkim miłej i spokojnej niedzieli.  

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s