nie łatwo zapomnieć

 

 

Wczoraj znów  miałam sporo wejść na moją stronę, dużo więcej, niż poprzednio.
Przypuszczam, że spowodowane było to moim wspomnieniem o Halince – Hnovie.
Bo nie łatwo jest zapomnieć niektóre osoby, które były naprawdę wspaniałe.
Cały wczorajszy dzień myślałam o naszej Halince i stwierdziłam, że Jej śmierć to wielka niesprawiedliwość.
Tyle ludzi niedobrych chodzi po świecie, a ktoś, kto był wspaniały dla innych, musiał się tak wcześnie z tym światem pożegnać.
Dużo za wcześnie, sprawdziłam, Hnovcia była dokładnie z tego samego roku co ja, z tym, że ja urodziłam się w kwietniu, a Ona w grudniu.
Tyle jeszcze dla ludzi mogła zrobić dobrego……….. Przede wszystkim żal mi jest Jej Najbliższych, córki i wnuczek, które pomagała wychowywać.
Pamiętam, jak urodziła się Pola, starsza wnuczka Hnovci, córka Halinki pracowała, a nad tym słodkim maluszkiem przez wiele lat sprawowała pieczę właśnie Halinka. Boże, jaka Ona była w małej Poli zakochana, zresztą potem w swojej drugiej wnuczce (imienia nie pamiętam) też, też maluch cały dzień przebywał u swojej Babci. Dzień w dzień mama dziewczynki  przywoziła malutką Polę, a potem drugą wnuczkę  do domu babci, która się nimi opiekowała.  Na pewno prócz miłości przelała w nie swoje zasady pojmowania życia, swoje dobro, które z niej emanowało. Na pewno dla wnuczek to wielka strata stracić tak kochaną babcię, ale miały szczęście, że przez długi czas mogły z nią przebywać.
Straszną chorobą jest rak. Mamy XXI wiek  a jednak medycynie nie zawsze udaje się ją całkowicie pokonać.
Jeszcze raz podkreślam, to nie był wiek dobry do umierania, chociaż trudno powiedzieć, że jakikolwiek wiek jest ku temu doskonały.
Człowiek w pełni zdrowia, w pełni życia nagle poddać się musi takiej strasznej chorobie, musi zabierać się z tego świata….. przecież to także mogłabym być ja….
Nigdy nie wiadomo do końca, jak ułożą się nasze losy, ale też nie każdy jest gotowy do przekroczenia tej granicy, w dodatku  na pewno wbrew własnej woli.
Bardzo boję się śmierci, ale boję się też i cierpienia, które przynosi ze sobą taka straszna choroba. Na początku jest jeszcze nadzieja, że uda się tę chorobę pokonać, że będzie wszystko dobrze, potem jej nawrót jest jeszcze gorszy, narasta ból, cierpienie i coraz mniej człowiek odnajduje w sobie nadziei na wyzdrowienie. Coraz bardziej przyzwyczaja się do myśli, że w końcu ból nie przestanie dokuczać, że będzie coraz bardziej dotkliwy, uśmierzany lekarstwami tylko na krótki moment. I już wie, że zbliża się moment pożegnania z tym światem, z ukochanymi osobami, a potem nastąpi ta straszna pustka, gdy człowiek pozostaje całkowicie sam i czeka na to światełko w tunelu, które poprowadzi go do wielkiej światłości, do Dobra, które na niego już czeka.
Ile jednak w tym momencie musi być w człowieku trwogi, obawy, czy aby na pewno na tę Dobroć zasłużyłam, a jeżeli nie, to co będzie dalej???
Bo przede mną już nie krótki czas bytowania, ale cała wieczność……. a co oznacza słowo wieczność? To nie jest wcale łatwe do ogarnięcia tego swoim umysłem.
Pamiętam gdy rok temu szłam na operację Halinka również dopingowała mnie podczas mojej choroby i  późniejszej rekonwalescencji. Ja wyzdrowiałam, tylko rok później już Halinki właśnie zabrakło……… Wtedy na pewno nie zdawała sobie z tego stanu sprawy, los przewrotnie wyleczył mnie, a niestety uśmiercił właśnie Hnovcię.
Miałam wczoraj sporo komentarzy pod moim blogowym wpisem na Face Booku.
Komentowali nie tylko Ci, co Halinkę znali, ale także i osoby, które nie miały nigdy z nią kontaktu, ale bardzo współczuły tej strasznej tragedii.
Dziękuję wszystkim za te ciepłe słowa współczucia, Halinka na pewno byłaby zadowolona, gdyby wiedziała, ile osób Ją lubiło ile osób ją wspomniało.
A może po prostu to wiedziała, albo przynajmniej teraz wie?? Tak, na pewno to wie i do nas wszystkich się uśmiecha.

Zmienię teraz temat: wczoraj był dzień ponury, deszczowy, ale w końcu moja Abra kadabra zadziałała i gdzieś około południa deszcz zanikł, a czasami wydawało się, że nawet kawałeczek słonka zza chmurki wyszło. A może to dzięki podesłanym prosto z Poznania promyczkom tak się stało?
Poproszę w takim razie Ulu o jeszcze jedną porcję słoneczka na dzień dzisiejszy 🙂
A i jeszcze jedno, mój glukometr „się naprawił”, prosta sprawa, po prostu trzeba było wymienić w nim baterię. Bo niestety baterie mają to do siebie, że z czasem się wykończają 🙂
No to czekamy dzisiaj na słonko i miłego wtorku w takim razie życzę. Bo prognozy pogody na najbliższy tydzień nie są co prawda optymistyczne, ale pogoda jest bardzo kapryśna i tak w sumie własnymi prawami się rządzi, nie daje się do końca ujarzmić.
Na razie na niebie jest troszkę słonka, ale czy tak się utrzyma przez cały dzień?
Powodzenia na  cały wtorek życzę.

Plus minusowy i minus plusowy

 

 

Nasze życie w sumie składa się z samych plusów i minusów. I nigdy tak do końca nie wiesz, czy podjęta decyzja wyjdzie Ci na pewny plus, czy jednak minusem się okaże, a może też nie tak do końca?
Ale decyzje trzeba jednak jakieś podejmować, niestety bez tego się w życiu nic nie odbędzie.
Rok temu podjęłam wielkie ryzyko, moją decyzję o operacji bariatrycznej i w sumie wyszła ona mi na wielki plus, nie mniej po drodze kilka minusów zaliczyłam.
Ale nie żałuję, bo jak już pisałam w sumie w rozrachunku ogólnym wszystkie przeciwności pomału bo pomału, można było pokonać i wyjść na swoje.
I mam nadzieję, że i ten problem, przed którym teraz stanę też mimo pewnych przeciwności uda mi się pokonać, wczoraj jakoś o tym właśnie byłam przekonana, a dzisiaj?
Pamiętam, że gdy skończyłam 18 lat powiedziałam buńczucznie do mojego Taty tak, jak i pewno większość młodzieży w tym wieku : jestem już pełnoletnia i teraz sama będę podejmowała wszystkie decyzje. A mój mądry ojciec pogładził mnie wtedy po głowie i powiedział : „oj dziecko, dziecko, jeszcze nie raz będziesz marzyła o tej chwili, gdy to ktoś inny za Ciebie musiał takie decyzje podejmować” Mądrego miałam Tatę, bo to prawda, nigdy do końca człowiek nie jest przekonany, czy raz podjęte ryzyko nie odbije się negatywnie na dalszym jego losie.
Dlatego teraz często w myślach zwracam się do moich Rodziców, do mojego Rodzeństwa, które było starsze ode mnie i teraz mają tę przewagę nade mną, że z góry wszystko widzą lepiej, z prośbą o dobrą radę w podejmowaniu tej mojej życiowej decyzji, wiem, że nikt z nich mnie w tej chwili nie opuści, będą ze mną i poprowadzą moje sprawy dobrą drogą. I ta myśl właśnie bardzo dodaje mi otuchy, zaczęłam wierzyć w powodzenie w tej sprawie.
Dlatego wczorajszy dzień spędziłam bardzo miło, ba, nawet powiedziałabym, że porywała mnie pewna energia.
To był bardzo cieplutki dzionek, wiec pomyślałam sobie, że dobrze byłoby spędzić troszkę czasu poza domem. Mój wybór padł na spacer nad Wisłą. Dawno już tam nie byłam, chociaz to przecież kilka kroków ode mnie. Dawniej, gdy miałam jeszcze psa, takie spacery nad Wisłą, czy na Błonia i do Parku Jordana były dla mnie codziennym zwyczajem.
Zakupiłam więc w kiosku nową Rozrywkę i powędrowałam w stronę wawelskich wałów. Ludzi było całe mnóstwo i krakowian i wiele turystów.
Znalazłam sobie miejsce nawet przy stoliku, na którym mogłam rozłożyć swoje krzyżówki (czemu do cholery ten długopis znów nie chce pisać!!!!). Co prawda siedziało najpierw tam dwóch starszych panów, którzy natychmiast chcieli poczęstować mnie wódeczką ( ani kieliszka pani się z nami nie napije? no, może chociaż jednego, prosimy), oczywiście, że nie uległam takiej wątpliwej pokusie, wykręciłam się, dziękując , że jestem nie pijąca. Na szczęście ich butelka szybko pokazała swoje dno (panowie widać już jakiś czas tam sobie siedzieli), więc się wynieśli, a do mnie dosiadły się dwie miłe starsze panie (a jaką podwyżkę emerytury pani dostała?), a potem mała grupka Słowaków, którzy po wyczerpującej wycieczce po Oświęcimiu i po Krakowie czekali na podstawienie swojego autokaru. Tak więc trochę rozwiązywałam krzyżówkę, trochę sobie porozmawiałam, ale nagle nadciągnęły całkiem czarne chmury i trzeba było uciekać, bo burza była nieunikniona. I pewnie byłaby mnie ta burza ominęła, gdyby nie (jednak) wrodzone łakomstwo, które kazało mi pójść jeszcze do lodziarni na początku Zwierzynieckiej. Kupiłam sobie gałkę lodów bakaliowych (tylko jedną, naprawdę niewielką) i…… gdy wyszłam ze sklepu lunęło całkiem nieźle, a potem zaczęło się błyskać i grzmieć. Na szczęście zawsze w torebce nosze ze sobą parasolkę, ale i tak całe prawe ramię mojej bluzeczki i sweterka były przemoczone, o butach nie wspominając. Czyli znów wielki plus, czyli popołudniowy spacer przemienił się w całkiem malutki minus, czyli w burzę, która notabene  szybko się skończyła, zanim zdążyłam jeszcze dojść do domu. Ale bynajmniej wcale tym incydentem się nie zdenerwowałam, stanęłam tylko na chwilkę pod arkadami, żeby spokojnie zjeść swojego loda, na który już zaczął padać deszcz i bałam się, że mi  się całkowicie  rozpłynie.
Po przyjściu do domu przebrałam się, pozostawiłam mokre ciuchy do wyschnięcia i dalej humorek mi dopisywał. Ale za to jak smacznie mi się tej nocy spało!!!
Zasnęłam zaraz po 23-ciej i tylko raz na moment w nocy wstałam do łazienki i natychmiast zasnęłam z powrotem. Widocznie dobrze sobie płuca natleniłam 🙂
Dzisiaj, w niedzielny poranek od samego rana też już jest słonecznie  i też zapowiadają na dzisiaj wysoką, ponad 20 stopniową temperaturę.
Ciekawe, czy i dzisiaj gdzieś mnie z domu poniesie, jak na razie nie mam jeszcze sprecyzowanych planów, może bym poszła do Parku Jordana? Ale tak sama?, bez psa?…….. Z Pepą nie mogę iść, bo po pierwsze pewnie baliby się dać mi ją na spacer, a po drugie ona ma cieczkę, więc takie dalekie spacery nie są teraz dla niej bezpieczne.
Muszę sobie temat przemyśleć, zanim podejmę decyzję. A może pójdę po prostu na duże Planty, albo do Rynku? tylko, że tam dzisiaj na pewno okropnie duży ruch będzie, co to za przyjemność spacerować w takim zamieszaniu? A może pozostanę jednak w domu? To wszystko się okaże, na razie za wcześnie jeszcze na podjęcie ściśle sprecyzowanych planów, dotyczących dzisiejszego dnia. Chociaż czasami takie plany podjęte ad hoc są o dużo więcej ciekawsze.
Życzę wszystkim przemiłej, przecudnej i słonecznej niedzieli i wspaniałego odpoczynku.

coś całkiem nowego

Mój humorek uległ znacznej poprawie, ale jeszcze nie całkiem tak do końca.
Nie dziwcie się, jestem okrutnie zdenerwowana, albowiem  w najbliższym czasie czeka mnie wielkie wydarzenie, które zmieni całkowicie moje dotychczasowe życie.
Nie będę na razie pisała o szczegółach tego przedsięwzięcia, bo wszystko zdarzyć się może. Nie chcę niczego zapeszać, ani z góry przekreślać, poczekajmy jeszcze kilka dni, aż sprawa się wyjaśni, wtedy na pewno wszystko opiszę. Zresztą moja Rodzina świetnie rozeznana jest w tej sprawie i dzielnie mi sekunduje.
Zapewniam Was, że mają w czym sekundować, albowiem teraz zmieni się całkowicie moje życie, które przez 66 lat sobie układałam klocki, po klocku, teraz klocki runęły i trzeba je układać od początku, a to nie zawsze jest takie proste. Ale jedno trzeba mi przyznać, że zawsze potrafiłam stosunkowo szybko zasymilować się do nowych sytuacji, więc na pewno i tak teraz będzie, ale niestety trochę opłacę to swoimi nerwami.
I właśnie wczoraj tak z dość sporym zapasem nerwów zareagowałam na wiadomość, że sprawa jest już nieuchronna i dlatego najeżyłam się od wewnątrz i powiedziałam głośno NIE !!!.  Ale musiałam cały problem dobrze rozważyć w swoim sercu i w swoim umyśle i dzisiaj już jestem bardziej optymistycznie do życia nastawiona. Pożyjemy, zobaczymy, co z tej całej życiowej mojej afery wypłynie. Albo będzie dobrze, albo będzie źle, życie różne figle płata.
Rok temu miałam też życiową szansę i ją wykorzystałam, teraz musi być podobnie, chociaż kaliber jest całkiem inny, powiedziałabym bardziej rozległy i mocniej długotrwały. Ciekawe, że to kwiecień jest takim dla mnie ważnym miesiącem, pewnie dlatego, że właśnie w kwietniu na ten piękny świat przyszłam?  Ciekawe, czy kiedyś i w którymś tam kolejnym kwietniu (byle jeszcze nie za szybko) będę z tym światem się żegnała????

Dzisiaj mamy sobotę, trochę dziwną, raz słoneczną, raz pochmurną, nie gorącą, ale także nie można powiedzieć, że jest zimna.
Życzę wszystkim, by była przyjemna i wesoła.

Wspomnienie

 

 

14 kwietnia 2015 roku,o godz 7.30 rano zostałam zabrana na salę operacyjną. Jechałam na nią na siedzącym wózku, już tak otępiała, że nawet się nie bałam.
Ostatnie, co pamiętam, to bijący w oczy blask świateł nad operacyjnym stole, bardzo wąski stół operacyjny, na którym polecili mi się położyć i trochę zamieszania.
A potem była już nicość. Obudziłam się jadąc na wózku, tym razem już leżącym, na moją salę pooperacyjną. Bólu nie czułam, chciało mi się tylko okropnie spać.
Nawet nie wiem i w jaki sposób z tego wózka przełożyli mnie na łóżko, bo chyba w trakcie tej czynności już spałam. Następny kadr, to wizyta mojej Magdy, która stanęła zatroskana nad moim łóżkiem, ale nawet nie miałam siły z nią wtedy rozmawiać. Głowę miałam jak z kamienia, nogi jak z waty, a powieki z ołowiu.
A tu się pielęgniarki uparły i kazały mi siedzieć na łóżku, w dodatku  z nogami spuszczonymi na podłogę. No to pokiwałam się trochę raz do przodu, raz do tyłu, na oba boki, bo pozycji pionowej nijak utrzymać nie mogłam. Zachowywałam się jak pijak po wypiciu pół litry wódki. Nie rozumiałam, co ci ludzie ode mnie właściwie chcą, czemu mnie tak maltretują i nie pozwalają  mi sobie trochę pospać.
Potem było jeszcze gorzej, bo pielęgniarki uparły się, że muszę iść do łazienki zrobić siusiu, wzięły  mnie więc pod pachę i siłą tam zaciągnęły. Te moje nogi z waty zupełnie do takich spacerów się nie nadawały, więc byłam niepocieszona z tego powodu, w dodatku, że przynieśli mi jakiś słój, w którym musiałam umieścić mój mocz. Okropieństwo, brrr, wspominam to jako jeden koszmar.
Na szczęście koło mnie była Magda, która poprosiła lekarza, żeby pozwolił mi już iść spać, bez tego chodzenia i siedzenia, lekarz się zgodził i nareszcie byłam happy, gdy mogłam zamknąć oczy i wynieść się w bezpieczną krainę snów.
Był co prawda w międzyczasie telefon od Moniki, coś tam z nią  podobno przez moment rozmawiałam, ale i tak niewiele ode mnie się dowiedziała, na rozmowy też siły nie miałam.
No i potem przyszła zbawienna noc, przez sen czułam tylko, jak pielęgniarki zmieniają mi kroplówki i od czasu do czasu robią pomiary ciśnienia i temperatury, ale świadomość moja i tak bardzo głęboko spała i nic sobie z tych pielęgniarskich zabiegów nie robiłam. Nawet basenu nie musieli mi podawać, gdyż widzieli, że będą ze mną mieli tylko kłopoty i na wszelki wypadek mnie zacewnikowali.
A rano…. świat już wyglądał całkiem przyzwoicie, koszmary pozostawiłam daleko za sobą i cieszyłam się, że już ta operacja jest już historią  i teraz przyjdzie czas na rekonwalescencję i na…… chudnięcie.
Mija rok, jaki on był? Różny, na początku kleikowy, ale jakoś ten okres też pokonałam i zaczęłam wracać do nieco normalniejszego, stałego jedzenia i to już był dla mnie pierwszy milowy krok. Kłopoty zaczęły się dopiero po kilku miesiącach, gdy przyczepiły się do mnie te nieszczęsne biegunki, no i na koniec anemia – to niestety wszystko spowodowane było tym zabiegiem, z czego na początku nie zdawałam sobie sprawy. Już raz chyba o tym wspominałam, że właściwie zostałam pozostawiona sama sobie z dietą i z ewentualnymi komplikacjami po operacyjnym, bo lekarze nie bardzo kwapili się mi w tym pomóc. To znaczy owszem, miałam wytyczne a propos diety,ale takie raczej ogólnikowe, żadna dietetyczka nie podjęła się  zadania przeprowadzenia mnie przez ten niełatwy okres. Więc robiłam to sama, metoda prób i błędów i z czasem zaczęłam się uczyć, jak moja dieta powinna wyglądać.
Teraz już wiem o wiele więcej, niż na początku, chociaż nie znaczy to wcale, że jeszcze czasami nie udaje mi się nie popełnić żywieniowego błędu.
Reasumując, jestem jednak bardzo zadowolona z doprowadzenia mojej decyzji do końca, skutkiem czego jest utrata wagi około 50 kg i co najważniejsze opanowanie w bardzo dużym stopniu mojej cukrzycy. Nie wiem, jak długo będzie mi się udawało utrzymywanie poziomu cukru w normie, bez zażywania leków  przeciwcukrzycowych (obecnie nie zażywam nawet Glucophasu, ponieważ działał hamująco na wchłanianie żelaza i mógł też powodować biegunki).
Ale niestety, kto raz już miał cukrzycę zawsze jest zagrożony, albowiem jest to choroba przewlekła, można ją zaleczyć, ale nigdy z niej nie można się do końca wyleczyć. Tak więc nadal obowiązuje mnie dieta przeciwcukrzycowo – wątrobowa no i kontrola pomiarów cukru.
Czyli nadal muszę się „dobrze prowadzić” i nie zbaczać gdzieś na żywieniowe manowce.
I to tyle chyba ze wspomnień ostatnich 12 miesięcy, było, minęło, teraz może być tylko coraz lepiej.
Cieszę się zdrowiem, fajnym wyglądem i moimi nowymi ciuszkami, to taka radość, gdy można wreszcie kupić porządne rzeczy w całkowicie normalnych rozmiarach. Tyle razy o tym marzyłam i nareszcie stało się to realne.
Oby i następne moje marzenia się urealniły i żebym za rok znów pod datą 14 kwietnia mogła napisać w moim blogu: jest fantastycznie!!!!

Co prawda teraz za oknem nie jest fantastycznie, bo jest ponuro, a na dzisiejszy dzionek nawet deszcze zapowiadali. Na razie ni z nieba nie leci, ale podobno ma się rozlać dopiero popołudniu. I coś w tym prawdy jest, bo podobnie prognozuje mój prywatny barometr, czyli moje kostki, a już szczególnie moje stopy.
Ale i tak wszystkim udanego dzisiejszego poranka, popołudnia i wieczorku życzę, przecież kiedyś znów słonko wesoło kiedyś zaświeci.

jeszcze jedna i jeszcze raz…..

Róża, różyczka. dla mojej Różyczki.
Uluś i znów się dzisiaj tutaj spotykamy, znów jest ten magiczny dzień – środa, która nas łączy na odległość. Znów jest między nami ta magia, niby rzucony w przestrzeni niewidoczny most, który przybliża Poznań do Krakowa. Jesteś tak blisko, jakbyś siedziała koło mnie, czuję Twoje ciepło, Twój oddech.
I znów się cieszę, że jesteś, że czytasz ten wpis, nawet widzę Twoją rękę, która sięga po tę wspaniałą różę, aby w wazonie ją umieścić.
I nie martwię się wtedy wcale, że tak szybko te dni mijają, cieszę się, że właśnie znów ten dzień nastąpił.
Nie wiem, jak będziesz spędzać ten dzisiejszy czas, ale gdziekolwiek będziesz i cokolwiek będziesz robiła wiem, że będziesz myślami razem ze mną, a ja Ci to po prostu odwzajemniam.
Cieszmy się tymi środami Uleczko, nawet nie wiesz, ile osób zazdrości nam takiego duchowego zbliżenia w każdą środę.
Ogólnie mówiąc, lubię wszystkich moich Czytelników i cieszą mnie Ich odwiedziny, ale…… no właśnie, ale ten dzień pokazuje, że Twoja osoba jest mi szczególnie bliska.
I niech tak już pozostanie. Całuję Cię mocno Kochana i uśmiechy promienne, jak złote słonko na niebie Ci dzisiaj posyłam.
I pewnie znów dzisiaj od pewnej osoby usłyszę: ale znów dusery Ulce dzisiaj prawiłaś, ale to pewnie będzie powiedziane z lekką nutą zazdrości, że jest w tym dniu Ktoś szczególnie przeze mnie wyróżniony. Dlatego nie przejmuję się tym stwierdzeniem, bo mój blog zamieszcza tylko wpisy z serca mojego szczerze płynące, więc nie mogłabym inaczej, niż słowem magia określić naszej Przyjaźni. I mam pewność, że i Ty myślisz tak samo, jak i ja.

Wczorajszy dzień, mimo chłodu minął mi bardzo ciekawie. Zaraz po pracy poszłam do fryzjera, wiec dzisiaj już mam nową, wiosenną fryzurkę, oczywiście zrobiłam sobie pedicure i manicure. Teraz mogę powiedzieć, że czuję wiosnę, niestety wciąż jeszcze nie tę rozgrzewającą moje ciało, ale już rozgrzewająca moją duszę. Bo co może być dla kobiety bardziej inspirującego, niż nowy wygląd?
Niestety po wyjściu od fryzjera musiałam wyciągnąć z mojej torebki parasolkę (jak to dobrze, że mam ją zawsze pod ręką), bo kropiący najpierw drobny deszczyk przerodził się w całkiem niemały deszcz, na szczęście niedługotrwały, więc pod koniec mojego powrotnego spaceru mogłam już wędrować bez parasolki. A to bębnienie deszczowych kropli o materiał parasolki wzbudziło we mnie wspomnienie sprzed lat, gdy spędzałam wakacje z moją siostrą i jej rodziną pod namiotem, najpierw nad jeziorem koło Piły, a w innym przypadku w Ustroniu Morskim, tak właśnie bębnił wtedy ten deszcz o płótno namiotu, a ja otulona w śpiwór leżałam sobie w środku i czytałam książki, czekając, aż wreszcie będę mogła wyściubić nos na zewnątrz. Jednak wakacje z deszczem nie są wcale miłe, zwłaszcza, gdy deszcz jest prawie nie kończącą się prozą dnia i nocy.
Właśnie najgorsze były te wakacje w namiocie, które spędzałam na polu namiotowym w Ustroniu Morskim. Byłam tam wtedy dwa tygodnie i miałam tylko dwa dni pogody, pierwszy, w dzień mojego przyjazdu i drugi, w dzień mojego wyjazdu. W dodatku pole namiotowe miało fatalne położenie i całe przemakało, tak więc zasypiałam i budziłam się cała przemoczona, z nogami zanurzonymi w wodzie, mimo, że mój namiot kilkakrotnie był przemieszczany w wydawało się w miarę suche miejsce. Niestety na drugi dzień to miejsce przestawało być suche, a ja na swoim materacu wręcz pływałam. Pamiętam, że cała przemoczona i wyziębiona zazdrościłam wtedy ludziom, którzy mieszkali w normalnych kwaterach, czy w domach wypoczynkowych. Im też pewnie deszcz dokuczał, ale przynajmniej nie mieli ciągle mokrych ubrań, których nie było gdzie wysuszyć. Dopiero w dniu wyjazdu od rana zrobiła się słoneczna „lampa” i trochę się ogrzałam, aż żal było wtedy wieczorem wyjeżdżać. Co za ironia losu, tyle dni czekałam na to słonko, a ono dopiero zaświeciło wtedy, gdy już musiałam wyjeżdżać. O wizytach na plaży nie było wtedy nawet co marzyć, bo nawet w ostatnim dniu piasek był cały mokry i tak nie było można się na nim na plaży położyć, więc siedziałam na leżaku koło namiotu i cieszyłam się każdym promyczkiem słonka.
Wtedy zresztą nabawiłam się jakiejś strasznej choroby skórnej na stopach, tzw pęcherzycy, z  którą potem walczyłam wiele miesięcy. Po prostu na stopach robiły się małe pęcherzyki, które pękając sączyły z siebie płyn, a skóra na stopach przy tym niemiłosiernie  bolała, piekła i swędziała.
Dobrze, że trafiłam na mądrego doktora dermatologa, nota bene kolegę mojego taty, który kilkakrotnie szukał metody na pozbycie się tej skórnej egzemy, bowiem żadne ogólnie dostępne maści po prostu na nią nie działały. Dopiero zrobiona w aptece specjalnie dla mnie według jego recepty maść, której główny składnikiem była siarka zadziałała. Ale okropnie wtedy się namęczyłam.
Tak więc widać, że nie wszystkie wspomnienia z wakacji są zawsze bardzo miłe.

Dzisiaj zaczynam moje wspomnienia z mniej odległej daty – rok temu, właśnie 13 kwietnia, zaraz po 9 rano, zostałam przyjęta na oddział na Klinikę Chirurgiczną i byłam przygotowywana do zabiegu bariatrycznego, który odbył już wcześnie rano następnego dnia.
Czy się wtedy bałam? Pewnie tak, ale pamiętam, że byłam tak zdecydowana, że starałam się myśleć tylko pozytywnie i to mnie  właśnie ratowało od jakichś wariacji.
Właśnie sięgnęłam do zasobów mojego blogu i wyciągnęłam stamtąd wpis z 13 kwietnia 2015 roku. To był mój ostatni wpis przed pójściem do szpitala, pisany wcześnie rano, jeszcze przed wyjściem z domu i był nawet całkiem łagodny, spokojny, ba, nawet jak na czekający mnie zabieg, całkowicie opanowany.
Potem w szpitalu już nie zamieszczałam żadnego postu  w blogu, miałam przerwę kilka dni, aż do wyjścia ze szpitala do domu, a właściwie do Magdy domu, gdzie spędziłam pierwsze dwa tygodnie mojej rekonwalescencji.
Tak było rok temu, a dzisiaj też mamy datę 13 kwietnia i też mogę napisać podobnie jak przed rokiem, nie jestem wcale przesądna w związku z dzisiejszą trzynastką w dacie. Co ma być, to będzie.
Powinnam się cieszyć takim zdrowiem, które na dzień dzisiejszy posiadam, moje dolegliwości są niczym, w porównaniu z dolegliwościami innych, którzy będą się musieli wkrótce z tym światem pożegnać, Tu myślę i o Halince, o której niedawno wspominałam, a teraz jeszcze podobną wiadomość wieczorem otrzymałam o znajomej Moniki, która do nas do domu przychodziła, niestety jest po operacji, ale jej prognozy są też złe. To stosunkowo młoda, przemiła i delikatna kobieta, przykre, że tak szybko będzie musiała zakończyć swoje życie.
To nie jest sprawiedliwe – tylu złych ludzi chodzi po świecie i nic ich życiu nie zagraża, a ludzie dobrzy muszą się tak szybko odchodzić…..
A może Pan Bóg chce tym złym ludziom dać jeszcze szanse na poprawę, aby potem doznać mogli szczęśliwego życia w wieczności?
Tylko na ogół kto urodził się człowiekiem z niedobrym charakterem, raczej umiera też z takimi samymi wadami, bo nie potrafi, albo nawet nie próbuje ich zwalczać. Więc raczej marna jest szansa dla nich na poprawę, no chyba, żeby jakiś cud zadziałał. Tylko prócz dokonanego cudu, ten ktoś przede wszystkim musi chcieć walczyć z przywarami i mieć silną wolę poprawy, a to już niestety nie jest wcale łatwe.

Co prawda nie ma jeszcze teraz słonka na niebie i jest ono  nawet lekko zachmurzone, ale daje nadzieję, że dzisiejszy dzień będzie lepszy i nieco cieplejszy od wczorajszego, czego z całego serca Wam życzę.

nie było tak żle

 

Pokonałam wszystkie swoje strachy (no, prawie, że wszystkie) i pojechałam wczoraj do pracy jednak nie taksówką, ale autobusem.
No i bardzo dobrze. Co prawda miałam wyraźnie wczoraj pecha, bo podeszłam na przystanek, gdy akurat autobus pokazał mi ogon, więc wsiadłam w pierwszy lepszy akurat nadjeżdżający autobus z myślą, że przesiądę się na Kleparzu ma tramwaj, który też akurat odjechał, gdy się do niego zbliżyłam. Trudno, pomyślałam sobie i zrezygnowana poszłam zrobić malutkie zakupy na Kleparskim Placu. Tu napotkałam na malusieńkie kłopoty, bo nagle stanęłam przed trzema małymi schodkami i świat zaczął mi wirować przed oczami, niepewnie chciałam postawić pierwszy krok, gdy wsparło mnie jakieś męskie ramię, na szczęście facet zauważył moją niepewność i ruszył z pomocą. Potem już było OK, kupiłam trochę wędliny i poszłam na nieco odleglejszy przystanek autobusowy, ale gdy tam już dochodziłam do niego, właśnie też odjeżdżał z niego „mój” autobus linii 164. Może gdybym podbiegła…. ale nie, postanowiłam nie eksperymentować, żeby znów w jakąś kabałę  przez niepotrzebny upadek się nie wprowadzić i musiałam w związku z tym poczekać na następny autobus.
Trochę prawdę powiedziawszy przymarzłam, bo ubrana byłam w mój niby ciepły, ale nie tak do końca, nowy, długi kardigan, ale to czekanie na przystanku następne 10 minut nieco dało mi się we znaki.
Gdy doszłam wreszcie do przychodni, ręce miałam prawie jak z lodu, ciekawe, kiedy teraz zacznę kichać.
Koło naszej przychodni otworzyli fajny sklep jarzynowo – zdrowotny „U Tadka”, poszłam tam więc zrobić swoje zakupy i  oczywiście kupiłam sobie kiszony barszczyk i tarte buraczki. Podobał mi się nawet ten sklepik, jest tam też trochę zdrowej żywności, więc będę zapewne robiła tam zakupy, chociaż szkoda, że potem taki kawał będę musiała dźwigać stamtąd do domu swoje zakupione wiktuały. Ale ciekawe jest właśnie to, że ostatnio i na barszcz i na buraki taki smak mi przychodzi, widać mój organizm najlepiej wie, co mi do zdrowia jest potrzebne.
Ach jaki smaczny ogórek małosolny tam też kupiłam. Były  ogórki i małosolne i kiszone, ale ja uwielbiam właśnie te mało solne. Na wszelki wypadek kupiłam tylko jeden taki niewielki ogóreczek, bo bałam się, jak mój  żołądek na niego zareaguję, ale na szczęście nie miałam potem żadnych sensacji, więc pewnie i dzisiaj też sobie pójdę tam ogórkowo po łasuchować 🙂 Na szczęście takie ogórki kalorii nie posiadają, więc……. można ich zjeść do woli, byleby tylko potem  mój kapryśny żołądeczek się nie zbuntował.
Tylko  wciąż się martwię, co z tyn zapowiadanym ciepełkiem się podziało. To moje ciągłe przemarzanie, a potem kichanie i smarkanie wcale mi się nie podoba. Ale przecież nie będę z siebie robiła durnia i nie będę nadal w ciepłej, zimowej kurtce chodziła. Dopiero wtedy ludzie patrzyli by na mnie jak na jakiegoś raroga.
A na szczęście na dzisiaj zapowiadają i słonko i temperaturę około 19 stopni, tylko, czy na pewno tak będzie? Już nic, a nic nie wierzę tym wszystkim pogodowym prognozom. Rano nadal było bardzo chłodno, tylko 9 stopni, może się ociepli nieco popołudniu.?
Słonko, nie śpij tyle, przegoń te chmurzyska i wychodź do nas ze swoją uśmiechniętą buźką, ogrzej nasze kosteczki!!!!!
Ale jak to śpiewają? ” Pogoda jest dla bogaczy, dla nie bogaczy są prognozy złe”…….
No  właśnie, 9 kwietnia w Węgrowie ktoś „ustrzelił” główną wygraną, ponad 20 milionów złotych w Dużego Lotka.
Co prawda akurat w ostatnią sobotę nie obsadzałam Lotka, uznałam, że i tak nic nie wygrywam, to i tym razem nie wygram, ale jednak komuś się udało, komuś pogoda dla bogacza zagrała. Dlaczego to nie byłam ja??? No jak dlaczego?, przecież nie kupiłam kuponu, prosta sprawa.
Ale co mi tam, niech ten Ktoś się cieszy, a może następnym razem to właśnie będę ja?????
Nawet ostatnio miałam wizję mojego nowego, trzypokojowego mieszkania z aneksem kuchennym i olbrzymim tarasem, ale skończyło się jak zwykle, na wizji.
Chociaż w moich marzeniach to mieszkanie już istnieje, ba, nawet jest umeblowane, a  na tarasie  oczywiście stoją dwa wygodne fotele, zgrabny stolik  i parasol przeciwsłoneczny i tam będę z moim gościem, na przykład z Magdą, czy z V,I,P,-em popijała sobie pyszną kawkę, ale nie taką rozpuszczalną, ale taką prawdziwą, z ekspresu. Balkon cały obsadzony jest pięknymi kolorowymi kwiatami i jest na nim wprost cudownie sobie posiedzieć w miłe sobotnie, czy niedzielne popołudnie.
Tylko jest jeden mały szkopuł w tych moich marzeniach, muszę tę sporą zresztą wygraną wreszcie w Lotka trafić.
Żeby tak jakiś dobry duszek  z wysokiego  niebiosa  zstąpił na mnie i podyktował mi te szczęśliwe numery……
No  dobra, gotowa bym była wtedy nawet z każdym z Was, czytających ten blog jakąś sumką  się podzielić, ale jednak w pierwszej kolejności, oczywiście już po kupnie i po umeblowaniu mieszkania, podzieliłabym się z najbliższą mi Rodziną i z V.I.P – em, z którym popłynęłabym  na wycieczkę  ekskluzywnym statkiem dookoła świata. Ale miałabym wtedy masę czytelników na moim blogu, pewnie jego poczytność tak by wtedy wzrosła, że w rankingu zajmowałabym pierwszą   pozycję 🙂
Fakt, wyobraźnię mam,  i to nawet całkiem wybujałą, pewnie dlatego tak fajnie pisze mi się te blogi.
Ale Magda kiedyś powiedziała mi, że gdy się czegoś bardzo pragnie, wtedy marzenia się spełniają, więc już rano, przed pójściem do pracy idę nadać ten kupon Lotka, chociaż teraz w puli będzie „tylko” dwa miliony złotych. No, na moje nowe mieszkanie i umeblowanie go  a razie wystarczy, gorzej z tym rozdawnictwem i z wycieczką dookoła świata 🙂 Ale na pobyt z Magdą w SPA na pewno by starczyło i to nawet w Spa pani dr. Ireny Iris. V.I.P-a też bym zabrała ze sobą, mógłby codziennie pluskać się w basenie i zażywać kąpieli w saunie. A i mnie nareszcie byłoby cały czas gorąco po takich wizytach w saunach.
Magda, czuj się już zaproszona! V.I.P. musi jeszcze na tę wycieczkę dookoła świata trochę jeszcze  poczekać, aż pula pieniędzy wzrośnie. Ale ma to jak w szwajcarskim banku. Na razie musiałby się zadowolić pobytem w SPA. Ale w takim miłym towarzystwie, moim i Magdy, na pewno by świetnie odpoczął sobie i radośnie z nami czas  oczekiwania na ten all world trip, dzielił.

Dzisiaj są urodziny mojej Bratowej, Zosi. Co prawda Ona tutaj, do blogu nie zagląda, ale pozostawiam Jej dzisiaj tutaj życzenia i piękne róże, może ktoś z Rodziny  Jej je przekaże??

Świat dookoła nas robi się coraz piękniejszy, coraz bardziej kolorowy. Usiadłam na moment wczoraj na papieroska i patrzyłam z podziwem na te białe, różowe i czerwone korony drzewek owocowych, jak ja lubię ten czas. Podziwiałam piękne krzewy magnolii, które już zdecydowanie królują sobie w krakowskim krajobrazie. Chyba Mama wiedziała, co robi, skoro właśnie mnie w kwietniu urodziła 🙂

Życzę zatem wszystkim kolorowych wiosennych doznań.

całe szczęście, że dzisiaj już jest poniedziałek

 

 

Skończył się ten cały koszmar wczorajszych obchodów rocznicy katastrofy, w której „poległ” prezydent i jego małżonka – Lech i Maria Kaczyńscy.
Oni polegli, bo ta cała reszta, która z nimi leciała po prostu zginęła w katastrofie samolotowej I to jest właśnie najbardziej denerwujące w tej całej historii.
No to co do diaska tam się wtedy działo, z kim dzielnie walczył nasz mały prezydent, że musiał aż polec? Czy tam się już rozpoczęła ta sławna wojna polsko – polska?
Czyżby Tusk i Putin dziwacznym sposobem przenikli wtedy  przez dach samolotu i naszego najwspanialszego z prezydentów utłukli?
Przepraszam, może nie powinnam tak pisać, ale te durnowate sformułowania mogą wyprowadzić z równowagi najbardziej spokojnego człowieka na ziemi, a ja, jak wiecie, do nich nie należę.

Aby więc się już uspokoić odchodzę od tego tematu całkowicie, zresztą to już było, niestety znów powróci i nic na to jak na razie nie poradzimy.
Starałam się wczoraj też omijać ten temat (nawet miałam cały dzień wyłączony telewizor, czasami coś tam zerknęłam jednym okiem na  wpisy na Onecie czy Newsweeku) – wczoraj miałam o wiele ciekawsze zajęcie, bo był u mnie z wizytą V.I.P. i w związku z tym spędziliśmy razem bardzo miłe popołudnie, starając się omijać politykę dużym łukiem.
Przykro mi tylko było, że nie miałam czym poczęstować swojego gościa, owszem proponowałam herbatę, czy kawę, ale gość stanowczo odmawiał.
Z częstowaniem pysznym jedzonkiem było troszkę trudniej, bo jak wiecie mam dziwna nieco dietę, zresztą nawet gdybym miała jakieś ciasto, mój gość też pewnie by go nie zjadł, jako, że upodobniając się do mnie, też ostatnio słodycze znielubił.
Prawda więc tkwi w stwierdzeniu : z kim się zadajesz, takim się stajesz.
Ale przyrzekam, ja się poprawię i wymyślę w końcu takie pyszne „amciu”, które będzie V.I.P.-owi smakowało a i przy okazji mi nie zaszkodzi.
Tylko muszę pomyśleć troszkę, na razie po tych ostatnich moich szpitalnych zawirowaniach jakoś zabrakło mi pomyślunku, ale pomału, pomalutku  wracam do normy

Wczoraj rozmawiałam telefonicznie z żoną Piotra, która jest też  świeżo co po takiej samej operacji jak ja, więc miała do mnie w związku z tym bardzo wiele pytań, na które chętnie jej odpowiadałam. Ale się na wymądrzałam, mówię Wam. Ale ja teraz po tym całym okresie post bariatrycznym już tyle wiem, że wnet na ten temat mogłabym całą pracę doktorską napisać. Bo najlepiej jednak człowiek uczy się na błędach, a przyznam, że trochę ich w przeciągu tego roku popełniłam. Cóż, błądziłam jako to dziecię we mgle, znikąd pomocy,  a nie wynikało to nawet z niczyjej złej woli, ale jednak trzeba przyznać, że bariatryka dla lekarzy to nadal temat całkiem mało znany, wiedzą dokładnie co zrobić, by usunąć tę przeszkodę, jaką jest tusza, ale nie potrafią nadal jej  skutecznie prowadzić. Stąd u mnie te kłopoty najpierw z biegunkami, potem z anemią. Nie powiem, że już jest w 100 procentach doskonale, bo nie jest, bo ciągle wypadają jakieś nowe okoliczności, z którymi się borykam, ale staram się zawsze na powierzchnię wypłynąć. Ba, nadal jednak twierdzę, że był to mój bardzo dobry zamysł, że poddałam się tej operacji i wcale tej decyzji, mimo  obecnych kłopotów, nie żałuję. Tak sobie tłumaczę tylko, że wciąż jeszcze jestem w okresie przejściowym pomiędzy jedną, a drugą normalnością. Teraz cały czas trwa u mnie rekonwalescencja, a że trochę dłużej, niż to było przewidziane? nie szkodzi, kiedyś te kłopoty w końcu się skończą.
Pojutrze minie rok, gdy szłam do szpitala a za trzy dni mija już rocznica tego wydarzenia, gdy na stole operacyjnym wylądowałam, ale o tym wspomnę w moim poście dokładnie w tym dniu, gdy rok będzie mijał, bo przecież nigdy nie zapomnę daty 14 kwietnia , dnia narodzin nowej Ewusi.

Dzisiaj miało już być i pięknie i słonecznie, a jest, jak jest, ponuro i raczej chłodno, czyli wiosennego szału nie ma, ale i na tę chwilę trzeba cierpliwie poczekać, bo tylko cierpliwością dojść do celu można.
Jeszcze nie bardzo mam pomysł w jaki sposób do pracy dzisiaj dotrę, chyba jednak nie będzie to autobus, raczej jednak taxi, bo jeszcze mi się nieco w głowie mąci, ale myślę, że za kilka dni i moja głowa wróci do normy, tym bardziej, że o lekach dzielnie pamiętam i regularnie je zażywam.
Co prawda wczoraj wymyśliłam sobie, że może w tej mojej łepetynie jakiś glejak się zalągł, ale na szczęście zostałam wyśmiana przez Monikę i stwierdziłam sama” dosyć wymyślania sobie chorób”, te, które obecnie posiadam i z nimi walczę całkowicie mi wystarczają. Wymyślanie sobie chorób pozostawiam innym, którzy to na przykład uwielbiają 🙂 A są takie osoby, są. Pamiętam, miałam kiedyś w pracy w Szpitalu Kolejowym taką koleżankę Zytę, przy której nie można było wspominać o żadnej chorobie, bo natychmiast okazywało się, że ona choruje na to samo. Kiedyś tak się rozpędziła, że gdy ktoś mówił o jakimś mężczyźnie w rodzinie chorującym na prostatę okazało się, że Zyta też na prostatę się skarży, ha, ha, ha. Śmiechu było co niemiara , tylko ona do końca nie rozumiała, z czego się właściwie śmiejemy 🙂
Trochę mnie denerwuje, że znów mam kłopoty z zasypianiem, dzisiaj „urzędowałam” do czwartej rano, Co prawda wieczorem przy oglądaniu jakiegoś filmiku lekko sobie przysnęłam, może na 10- 15 minut, ale w momencie, gdy  tylko komputer zgasiłam, sen starym zwyczajem odleciał w dal i znów rozpoczęłam nocną wędrówkę ludów. Jest to bardzo meczące, gdy wszyscy smacznie śpią, a ja muszę ciągle uważać, by niechcący kogoś nie budzić. Dobrze, że rodzinka ma raczej kamienny sen, ale to zapalanie światła i łażenie po przedpokoju może w końcu kogoś obudzić.
Nie chcę się dodatkowo faszerować lekami na sen, zwłaszcza, że po ich zażyciu rano czuję się jeszcze gorzej, budzę się rozbita i nie mogę się jakoś do kupy zebrać. A tak że tak powiem naturalną drogą, wypiję rano kawusię i już jest prawie, że dobrze

No to życzę wszystkim miłego poniedziałku i miłego całego tygodnia raz jeszcze wołając : GDZIE TA WIOSNA?????????

Bardzo ważna data

Dwadzieścia parę lat temu na świat przyszła taka malutka kruszynka – Kamila, która dzisiaj obchodzi swoje kolejne urodziny.
Pamiętam ten dzień, gdy się urodziła i wielką radość w moim sercu uczyniła, pamiętam, gdy kilka dni potem wróciła do domu, była taka wątlutka, chudziutka i dopiero dochodziła do siebie po kroplówkach, które w szpitalu dostała, że trzeba było ubierać na usta maseczkę, żeby Jej przypadkiem nie zarazić.
Ale na szczęście szybko wszystkie niedomagania pokonała i miałam sporo czasu, by się Nią nacieszyć, gdy Magda szła na uczelnię, a ja się malutką Kamilką wtedy opiekowałam.
Bałam się tylko, że Ona jest wciąż taka mała, taka chuda, więc w skrytości przed rodzicami zawsze dodawałam Kamilce dodatkową butelkę kaszki, bo wydawało mi się, że dopiero wtedy nabierze sporo siły. Owszem, siły nabierała i ciałka też, ku zdumieniu rodziców, czemu tak szybko Kama na wadze przybiera. Dopiero, gdy wydało się, kto jest sprawcą „nadwagi” dziecka, nieźle mi się od rodziców Kamili oberwało. No, ale na szczęście wszystko dobrze się skończyło, Kamilka rosła jak na drożdżach, a dzisiaj wyrosła z niej wspaniała i mądra dziewczyna. Ale chyba jakaś cząsteczka z tego niefortunnego, dziecinnego dokarmiania w Niej pozostała, bo Kamila wciąż walczy ze swoją wagą, chociaż uważam, że całkiem niepotrzebnie. Owszem, można, a nawet trzeba uważać na to co się je, ale bez przesady.Tym bardziej, że Kamila prowadzi bardzo aktywny tryb życia, biega, jeździ na rowerze, pływa, więc nadwaga raczej nigdy Jej nie zagraża.
A dzisiaj tutaj w blogu raz jeszcze składam Tobie Kamilko najlepsze urodzinowe życzenia: bądź zawsze sobą, bądź radosna i szczęśliwa i uśmiechaj się do życia, bo wtedy i ono będzie się do Ciebie uśmiechało.

Dzisiaj jest też inna, już raczej bardzo smutna, szósta rocznica strasznego wypadku samolotowego, w którym straciło życie 96 osób z polskiej elity z Prezydentem Polskim na czele. To był ciężki dzień dla wszystkich Polaków, okrył żałobą nas wszystkich i dzisiaj pochylam głowę nad tą tragedią, chociaż wciąż powtarzam, że ta tragedia zupełnie bez sensu wykorzystywana jest nadal do celów politycznych, przez co nie jest ona godnie obchodzona, nie zasługuje sobie w niczym na taką polityczną hucpę. Łączę się dzisiaj w bólu ze wszystkimi członkami Rodzin osób, którzy zginęli wtedy w tej strasznej katastrofie i którzy zapewne w cichości swojego serca, swojej wciąż łkającej z bólu duszy rozważają ten tragiczny dla nich dzień.
Niech wszyscy, którzy wtedy zginęli, jak również i inni , którzy stracili życie w innych wypadkach, nie tylko samolotowych, spoczywają w spokoju.

Od rana dzisiaj prześladuje mnie pech, nie wiem dlaczego nagle „wysiadł” mi glukometr, dotąd nie miałam z nim kłopotów, dzisiaj nagle zaczął mi się  na nim wyświetlać Error.
Chyba znów będę musiała sobie kupić nowy aparat do pomiaru cukru, tym bardziej, że obecnie nie zażywam już żadnego przeciw cukrzycowego leku i kontrola cukrów jest więc teraz bardzo ważna, muszę cały czas trzymać rękę na pulsie, chociaż o to też dba i mój żołądek, bo całkowicie przestał tolerować słodycze.
Głównie nie toleruje żadnych ciast, jest mi po nich niedobrze i niestety nie tylko, czasami gorzej się taka nietolerancja pokarmowa dla mnie kończy….. Ewentualnie raz na jakiś czas mogę zjeść jakiś malutki kawałek czekolady, najlepiej gorzkiej, bo ona jest najmniej szkodliwa, gdyż zrobiona jest głównie z kakao, bez tych różnych szkodliwych dodatków.
 Podczas pobytu w szpitalu zjadłam całkiem mały kawałek szarlotki, niestety potem ją odchorowałam. Proszę, jakie mam mądre brzusio, wie, czego mi nie wolno jeść 🙂

Dzisiaj mamy kolejny zapłakany i dżdżysty poranek, aż wierzyć się nie chce, że jutro ma radośnie nas powitać  wiosenny poniedziałek.
Ale taka jest właśnie kwietniowa aura, wszak nawet przysłowie mówi : Kwiecień plecień, bo przeplata trochę zimy, trochę lata.
A więc życząc wszystkim miłego niedzielnego odpoczynku mówię głośno : byle do jutrzejszej wiosny!!!

zapłakana sobota

 

Wczoraj właściwie nic ciekawego nie robiłam, spałam, oglądałam w międzyczasie zaległe seriale na Ipli, czyli ogólnie mówiąc leniuchowałam i dochodziłam do formy. I chyba do niej wreszcie dotarłam, bo przynajmniej rano obudziłam się całkiem rześka, oczywiście rozpoczynając sobotę od dobrej kawusi, bo czym inaczej można ją zaczynać, gdy za oknem wstał paskudny, łzawy dzionek?
Ale nie mam pretensji o to do pogody, takie zresztą były prognozy na dzisiaj i na jutro, grunt, że od poniedziałku znów zaczynamy piękną i słoneczną wiosnę
Magnolie pięknie już rozkwitają, znak, że wiosna zdecydowanie nam za-królowała.
Z powodu tej pogody dzisiaj też nie będę wyściubiała nosa z domu, chociaż chętnie usiadłabym sobie gdzieś na plantkach, buzię do słonka wystawiła, na to niestety muszę jeszcze troszkę poczekać. Chociaż znam takich, którym nawet deszcz w spacerowaniu nie przeszkadza, po prostu nie usiedzą w domu i chociaż troszkę idą się przewietrzyć, a po drodze jakieś zakupy na przykład w Tesco zrobić, cóż, różne są ludzkie przyzwyczajenia.
Zastanawiam się, gdzie ta Osoba będzie w niedzielę chodzić, gdy Pis zabroni otwierania w ten świąteczny dzień większych sklepów.
Dobrze, jest przykazanie : pamiętaj, abyś dzień święty święcił, ale bez przesady, nikt, nawet najbardziej pobożna rodzina nie siedzi w niedzielę cały dzień w kościele i nie modli się tam cały czas pod obrazem. Pójdzie rodzinnie, z drugą małżeńską połówką na mszę świętą, potem na mały spacerek i co, już potem znów ma iść się modlić pod ołtarzyk w domu?
Nie można ludziom narzucać, tak jak chce PIS, co mają robić. Zresztą dla rodziny to czasami też frajda, gdy wszyscy razem sobie do sklepu zaglądną, rodzice zrobią jakieś tygodniowe zakupy, bo wreszcie na to mają czas, córce, czy synowi kupią nowe buty, które akurat się zdarły, a potem wszyscy pójdą do licznych tam kawiarenek na wspaniałe lody. W naszym domu dzieci lubią bardzo takie wspólne zakupy w markecie z rodzicami, bo zawsze coś dla siebie tam wycyganią.
Pozostaje może tylko jeden problem dla tych pracujących akurat w niedzielę, ale na podobnej zasadzie trzeba byłoby na niedzielę zamykać szpitale, straż pożarną, stacje benzynowe, czy inne usługi społeczne. Pali się gdzieś tam? nic z tego, dzisiaj jest niedziela, dzień święty, przyjedziemy gasić pożar dopiero w poniedziałek, czy zachorował pacjent, owszem udzielimy mu pomocy, ale dopiero jutro, dzisiaj mamy święto. Niestety, to są minusy niektórych posterunków pracy, o których podejmując tam pracę wszyscy wiedzieli. Gdy pracowałam w szpitalu kolejowym też miałam w soboty, niedziele, czy w inne świąteczne dni dyżury i musiałam się z takim losem godzić.
Pewnie, można zamknąć markety w niedzielę, ale ci, którzy wydadzą taką decyzję zdają sobie sprawę z tego, ile osób straci wtedy pracę? Pracodawcy ograniczą wtedy liczbę zatrudnionych osób, bo po co zatrudniać więcej osób, skoro mniejsza liczbą też stanowiska można obsadzić, zwłaszcza w skróconym tygodniu pracy.
Zresztą nie tylko względy religijne powinny mieć tutaj zasadnicze znaczenie, liczy się dla państwa ekonomia, im mniejsze zarobki przy ograniczonej ilości zatrudnionych  osób, tym mniejsze dochody dla państwa no i mniejsze podatki, z których państwo „żyje”.
Czasami wydaje mi się, że obecny rząd całkowicie nie liczy się z podstawowymi zasadami ekonomii państwa, ich decyzje dyktowane są mało zrozumiałymi dla Polaków przesłankami ściśle politycznymi.
Zresztą nie tylko ekonomiczne postanowienia mają ujemny wpływ na sens istnienia naszej Ojczyzny, wszystko robione jest według idea fix jednej osoby i wdrażane natychmiast, bez rozważania skutków takiego postępowania przez innych, ściśle mu podlegających osób, którzy wykonują te rozkazy bez cienia krytyki, posłusznie, ba, nawet powiedziałabym poddańczo. Dokąd to nas zaprowadzi? Już jesteśmy spostrzegani jako kłopot dla Europy, dla całego zespołu państw zjednoczonych w Unii Europejskiej, ale również i inne kraje spoza Europy podnoszą na nas zdziwiony wzrok, jak to, państwo, które jeszcze do niedawna było symbolem zmian na pełną demokracją nagle uległy takiej regresji?  Panującą tam demokrację śmiało można porównać do demokracji państw zacofanych?
Jutro mamy 10 kwietnia, kolejna rocznica „smoleńskiego zamachu”, aż strach pomyśleć co się będzie działo. Na pewno zaplanowany marsz miliona się nie uda, ale i tak będzie na tej „imprezie” pewna garstka fanatyków. I znów będzie „odlotowo”, a niektórzy będą aż piszczeć z radości.
A miało być tak pięknie…..


 

No ale pozostawmy sobie polityczne rozróbki na dzień jutrzejszy, chociaż wielu osobom naprawdę nie będzie do śmiechu. Będzie to na pewno bolesny dzień dla tych, którzy swoich najbliższych stracili w tej strasznej katastrofie i w cichości swojej łkającej duszy będą to zdarzenie wspominać i czcić, tak, jak się czci pamięć wszystkich nam najdroższych, którzy od nas odeszli. Każdy indywidualnie, bez tej państwowej pompy zamyśli się nad utraconą osobą i będzie ją mile wspominać.
Ale niektórzy oczywiście wykorzystają ten fakt do politycznej hucpy i to jest chyba najstraszniejsze, gdy wykorzystuje się tak bolesne rocznice tylko po to, by zadowolić swoje własne, źle pojęte ambicje i zadowolić swoje ego.
APAGE, SATANAS !!!!!

Wczoraj zatelefonowała do mnie Ula, zaniepokojona wieściami  o chorobie naszej koleżanki Halinki. I chociaż temat rozmowy był bardzo smutny, to i tak bardzo się ucieszyłam, gdy usłyszałam w telefonie głos Ulki. Ulu, tak miło naprawdę było chociaż chwilkę z Tobą porozmawiać. 

Serdecznie Cię pozdrawiam i całuję.

Ciekawe jest to, jak człowiek szybko potrafi się przystosować do starych przyzwyczajeń, W szpitalu owszem też się budziłam w nocy, aby iść do toalety, ale potem grzecznie wracałam do łóżeczka i spokojnie sobie zasypiałam. W domu jest już inaczej, obudziłam się w środku tej  nocy i oglądałam po cichu, by innych nie budzić, seriale na Ipli. No cóż, pewnie wczoraj popołudniu za długo sobie pospałam, ale mimo mojej nocnej sesji i tak obudziłam się rześka na kawusię już zaraz po ósmej rano. No bo ile można w końcu spać? Chociaż dzisiejsza pogoda wyraźnie takim drzemkowym seansom sprzyja.
Życzę wszystkim, mimo brzydkiej pogody (nie bójmy się użyć tego słowa) i tak milutkiego i pogodnego dnia. Cieszmy się, wszak dzisiaj mamy sobotę, jeszcze jutro przed nami też dzień odpoczynku.