nowy tydzień i ani słowa o polityce

Wypaliłam się, przynajmniej na jakiś czas opuszczam politykę.
Nie wiem, czy coś jutro rzeczywiście będzie działo się w Warszawie, będę wszak obserwowała.

Ale dzisiaj jest poniedziałek, a ja wciąż jeszcze żyję wczorajszym dniem, bo spędziłam go całkiem miło.
Krakowskie Biuro Festiwalowe urządza co tydzień pikniki w parku, w sobotę w Parku Strzeleckim, a w niedziele w Parku Krakowskim.Tak będzie niestety jeszcze tylko w przyszła niedzielę, potem przenoszą niedzielną imprezę do innego Krakowskiego miejsca, u nas zapanuje błoga cisza.
Ale wczoraj od godziny jedenastej aż do popołudniowych godzin w całym  „moim” parku wrzało jak w ulu.
Tłumy przelewały się po alejkach, najbardziej oblężona była oczywiście główna alejka parku, na której stały traki z pysznym jedzonkiem i innymi dobrociami tego świata.
Można było zjeść i pizzę i sushi, można było swoje podniebienie zadowolić pysznymi naleśnikami w różnych odmianach i tych na słodko i tych na ostro. Pokusa była wielka, więc trzeba było dobrze za kieszeń się trzymać, żeby za dużo mamony z niej nie wyskoczyło, bo ceny oczywiście te były niebotycznie wielkie. Na przykład lody tajskie, na które jednak się skusiłam, normalnie kosztują 8 zł, wczoraj w parku sprzedawali je już po 12 zł, czyli 50 procent drożej. Ale przecież od czasu do czasu można zaszaleć. Co prawda w pierwszym momencie odeszłam od tego stoiska, bo i cena mi się nie spodobała i ten tłum ludzi, który przed  stoiskiem z lodami czekał. Takie lody robią na oczach ludzi. Wybierasz sobie składniki (ja wzięłam ananas i brzoskwinie), pan wylewa na specjalną zimna płytę porcje śmietany, na tym układa wybrane owoce(można tez było wybrać ciasteczka orego), po czym specjalnymi łopatkami wszystko razem sieka, potem rozmasowuje na większej powierzchni płyty, wszystko znów dokładnie sieka, wielokrotnie mieszając i znów rozmasowując, a po osiągnięciu odpowiedniej konsystencji łopatkami robi z powstałych lodów  zgrabne rolki i wkłada je do kubeczka i… Voile, już wszystko gotowe.

Potem tylko można oddawać się rozkoszom podniebienia.

Więc siedziałam sobie na początku  gdzieś tam w głębi parku na ławeczce, zaopatrzona sprytnie z własną wodę z cytryną (mała porcja takiej lemoniady kosztuje 8 zł), zagłębiona w jakiejś lekturze, ale co chwilę spoglądającą na wesołe dzieciaczki, które po parku brykały, na pieski zadowolone z innego psiego towarzystwa, na ludzi przemykających tam i z powrotem, Tam gdzieś ktoś tańczył, ćwiczył aerobik, inni grali w Tarkington i potem musieli strącać z drzewa lotkę, która gdzieś tam w liściach się zawiesiła….uff, wiele było z tym kłopotów, wiele razy podrzucał chłopak do góry  paletkę, ale wreszcie się udało, ufff, można było grać dalej.
Co jakiś czas troszkę pospacerowałam, zmieniałam miejsce pobytu w parku, siadając co rusz na innej ławeczce i w inne zdarzenia obok się działające się wpatrywałam. A działo się naprawdę wiele ciekawych zdarzeń, szczególnie dla dzieci i dla młodzieży, przeróżne konkursy, zawody….

Wszystko było bardzo fajne, ale pokusa tych tajskich lodów jednak była silniejsza, więc postanowiłam sobie raz jeszcze pooglądać jak te lody są robione.
Na całe szczęście (a może nieszczęście) w pobliżu tych lodów stało już  tylko kilka ludzi, wiec postanowiłam i ja je spróbować. Czy było warto? Na pewno są troszkę inne, niż te, które dotąd znałam, ale znowu bez przesady, można bez nich się obejść.
W parku jeszcze spędziłam troszkę czasu, ale na nieszczęście komuś przyszło na głos włączyć jakąś  głośną muzę i w końcu zaczęła mnie głowa pobolewać, wiec postanowiłam się ewakuować do domu.
Jak to dobrze, że dom mam tylko kilka kroków od parku, po chwili mogłam się już delektować  błogą ciszą mojego mieszkania i…. miękka kanapą w kuchni, na której z rozkoszą  posiedziałam sobie przy otwartym na oścież ganku. Jednak te ławki w parku są bardzo niewygodne, za twarde.
Ale wiele osób albo wypożyczało sobie leżaki, albo wprost rozkładali koce na trawie i w ten sposób oddawali się relaksowi.
Te kilka godzin spędzonych w parku troszkę mnie zmęczyły, musiałam ratować się kawą, bo nagle zachciało mi się spać, a przecież do wieczora pozostało jeszcze trochę czasu. Zresztą prócz głowy okropnie rozbolał mnie kręgosłup szyjny, trzaskało w nim, niczym jakby pełen był drobnych łamiących się gałązek, a prąd z kręgosłupa co chwilę promieniował mi do dłoni. Musiałam oczywiście zażyć Nimesil, inaczej nie dało się zasnąć spokojnie.
Muszę jednak pomyśleć o tej rehabilitacji, o masażach na mój schorowany kręgosłup, bo jak przy takiej pogodzie zaczyna dokuczać, to co będzie w jesieni, gdy nadejdzie deszczowa, zimna pora, a w zimie?…. lepiej nie mówić!

Dzisiaj przede mną długi i bardzo pracowity dzień (mam zamówionych sporo dodatkowych badań programowych, do których szczególnie muszę się przyłożyć), ale po takim weekendowym odpoczynku no i po porcji zażytego Nimesilu  żadnych kłopotów na dzisiaj nie przewiduję.

Życzę wspaniałego poniedziałku no i już ostatniego tygodnia miesiąca lipca (ale ten czas szybciutko ucieka), za tydzień z małym ogonkiem  wejdziemy  już w miesiąc sierpień, czyli już mogę myśleć o tym, że mieszkam tutaj  już prawie dwa lata.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s