nareszcie środa !!!!

Nareszcie, jak każe moja tradycja, mogę w środę zamieścić w blogu różę dla mojej Uleczki.
Oczywiście nie zapominałam o środach, o różach, zawsze w środę przesyłałam Jej w Messengerze różę, ale czułam, że to nie jest to samo. Że ta prawdziwa dla Ulki musi w końcu znaleźć się w moim blogu, czekałam na tę chwilę cierpliwie i….nareszcie się doczekałam.
Witaj ponownie w moim blogu Uleczko. Mam nadzieję, że nie powtórzy się juz sytuacja, gdy nie będę tu mogła zamieszczać w każdą środę dla Ciebie tej róży, chociaż……….kto wie, wisi nade mną następna operacja, tym razem lewego biodra, ale to raczej jeszcze nie teraz. Muszę uważać, by nic złego znów się do mnie nie przyplątało i….muszę ćwiczyć i zażywać wszystkie zaordynowane mi leki i suplementy, a mam tego dosyć sporo do zażywania. Na razie robię to sama w domu, chociaż to nie jest za dużo tych ćwiczeń, to nie to samo, co w Gabinecie Rehabilitacji, gdzie mam dostępne przeróżne odpowiednie rehabilitacyjne sprzęty, wspomagające terapię.
Staram się znaleźć odpowiedniego dla mnie Gabinetu, do którego mogłabym dojeżdżać i pod fachowych okiem specjalisty będę mogła odpowiednie ćwiczenia wykonywać. Nie jest to wcale łatwe, bo na NFZ co prawda po takiej operacji należy się 80 godzin takiej rehabilitacji, niestety rzeczywistość jest dość surowa, są dosyć długie terminy. Oczywiście, że spróbuję, ale na razie będzie do mnie przychodziła pani Kasia z Kwitnącej, czyli z Kliniki, gdzie leżałam. Co prawda to inna Kasia, niż ta, do której byłam przyzwyczajona, która tam się mną opiekowała, ale widziałam jak ta pani Kasia rehabilituje innych chorych i żadnych zastrzeżeń nie mam, p też jest wspaniała i w pełni fachowa, zresztą jak i pozostali fizjoterapeuci, po prostu na nią tam nie trafiłam 🙂
Może pod jej opieką nauczę się pokonywać moje schody na klatce schodowej – co prawda umiem już niby chodzić po schodach, ale na „obcych”, szpitalnych, teraz muszę nauczyć się dostosować do obecnej sytuacji, pokonywania własnych schodów i schodków przed domem, mam nadzieję, ze pójdziemy wreszcie do Parku, sama, bez ochrony bym się bała ulicy, nawet gdy ruch na mojej ulicy i sama uliczka nie są takie straszne, ale zawsze przez dwa pierwsze dni będzie szok, potem ewentualnie będę mogła próbować sama się przemieszczać, w końcu po to byłam na tej Rehabilitacji.
Po operacji Maciek powiedział mi, że nie puści mnie do domu, zanim nie nauczę się samodzielności w poruszaniu po domu i poza nim i dlatego załatwił mi pobyt w Kwitnącej , gdzie mnie postawili na nogi obie, jedną kulawą co prawda, a drugą nieco mniej kulawą, ale zawsze postawili mnie do pionu i mogłam już się poruszać.
I tu oficjalnie pragnę podziękować Maćkowi i Darce za wspaniałą opiekę nade mną, co prawda niby leżałam w Szpitalu, ale oboje dbali o to, bym miała odpowiednie leki i zawsze czyste ubrania, zawsze byli na każdą moją prośbę i w dodatku (co jest takie ważne, szczególnie dla emeryta) nie musiałam martwić się o zabezieczenie finansowe takiej kuracji.
Kuracja trwała co prawda trochę ponad miesiąc, ale przyjechałam prawie nieruchoma, a po pobycie na tej Rehabilitacji na własnych nogach ( i kulach) mogłam już do domku powrócić.
Co prawda do domu przywiozła mnie ze szpitala Darka, musiałam wysiąść z auta i przejść do domu, ale to było bardzo bliziutko, parę tylko kroków, teraz muszę nauczyć się pokonywać większe odległości, oczywiście na ulicy, bo po korytarzach szpitala sporo chodziłam. Ale to jednak nie to samo, przede wszystkim muszę pokonać lęk, który gdziś tam w mojej podświadomości zamieszkał, chociaż wcale go nie zapraszałam, lęk przed ulicznym gwarem, przed samochodami i przed przejściem na drugą stronę ulicy.
Tak więc widać, że jeszcze sporo trudów jeszcze przede mną, tym bardziej, że w ciąg bólowy niestety włączyła się druga, ta nieoperowana noga i teraz muszę ją trochę na dobre tory naprowadzić.
No a potem mogę myśleć o normalnej rehabilitacji już w odpowiednim Gabinecie Rehabilitacyjnym, muszę doprowadzić obie nogi do pełnej użyteczności, bym mogła kiedyś pożegnać się na zawsze z obecną moją „przyjaciółką” – kulą, ale bez stacjonarnego pobytu, tylko na zasadzie dojeżdżania na zabiegi.
Ale daję sobie na to czas, bo co nagle, to po diable. I tak już sporo zrobiłam, prawa, operowana noga praktycznie mało co boli, gorzej ta druga, ale nauczyłam się już pewnej, co prawda ograniczonej, ale zawsze samodzielności w moim mieszkaniu, konkretnie w łazience, gdzie sama umiem urzędować w brodziku – zawsze wtedy wspominam pana Wojtka, który jakby miał przeczucie i zapewnił mi pełna ochronę w brodziku przez zastosowanie odpowiednich trzymadeł no i siedziska – teraz są mi one bardzo potrzebne.
Również i w kuchni staram się być w miarę samodzielna, nawet potrafię sobie sama coś ugotować. Oczywiście nie są to żadne wymyślne potrawy, proste, ale jednak robię to sama, a to dla mnie naprawdę wielkie zwycięstwo nad samą sobą. Kto nie przeżył takiego „wskrzeszenia” może i nie zrozumnie, ale zawsze, gdy coś nowego mi się uda przeprowadzić jestem z siebie szalenie dumna.
Cały dzisiejszy wpis praktycznie jest o mnie, chociaż nie czuję się jak Pępek Świata, jak mi to nieraz Kaziu mówi, ale muszę przecież opisać wszystkie moje wrażenia i przeżycia, takie jest zresztą założenie mojego blogu – wszystko o mnie !
Dziękuję Wszystkim za uwagę w czytaniu mojej historii i proszę o trzymanie kciuków za moją dalszą pomyślność, teraz otucha jest mi bardzo potrzebna.
Dzisiaj kasztany już (chyba) zakwitły, więc dzisiaj do maturalnego egzaminu stanęli abiturienci liceów i techników, w tym „mój” Leon, syn Basi, a wnuk mojego ś.p. brata Krzysztofa, który na pewno nad nim czuwa, a ja tylko trzymam za niego i za innych zdających mocno kciuki.
Dziękuję Ci Uleczko za cierpliwość w oczekiwaniu na tę pierwszą po długim czasie środową różę w moim blogu, wiem, że cały czas mi dopingowałaś w mojej chorobie, mimo, że sama też masz zdrowotne kłopoty.
Ale zawsze, gdy pomyślałam sobie, co Ty przeżywałaś podczas pobytu i po w szpitalu no i oczywiście podczas długiej rekowalescensji stawiałam sobie Ciebie Uleczko za wzór cierpliwości i mawiałm sobie w duchu: Ulka dała radę, więc i ja również te przeszkody pokonam. Muszę Jej pokazać, że też jestem dzielna !.
Pozdrawiam serdecznie wszystkich Czytelnków mojego blogu i życzę wspaniałych, słonecznych, wiosennych dni i radości, że przynajmniej pogoda znów nam chęć do życia przywraca, że nasze oczy znów mogą cieszyć się radością zieleni, pięknych kwietnych barw koło nas się rozciągających i błękitem nieba, po którym, wśród ślicznych białych obłoczków, słoneczko wesoło sobie urzęduje.
Precz smutki i troski, te pozostawmy je już za sobą, wierząc, że i polityczne wieści też zmienią się na lepsze.
Wszystkiego dobrego !!!!!!!! 🙂 🙂 🙂

Reklama