Moje wczorajsze parkowe wariacje

Pomimo, że moja wczorajsza kondycja była nieco słabsza, niż poprzedniego dnia, nie zaniechałam ćwiczeń, a gdy przyszła pani Kasia, razem poszłyśmy ćwiczyć schody, schodki przed domem i przyznam, że idzie mi to coraz lepiej, chociaż te dwa niewielkie schodki przed domem troszkę zamieszania w mojej głowie czynią, jeszcze całkowicie nie opanowałam przed nimi mojego strachu.

No a potem oczywiście udałyśmy się do Parku, z zastrzeżeniem pani Kasi, że gdy się źle poczuję wracamy do domu. Od razu po tych słowach nabrałam wigoru i wyruszyłyśmy w drogę.
Oczywiście najpierw odwiedziłam swój ulubiony klomb, przy którym, siedząc na ławeczce przeprowadzałam ongiś z V.I.P -em wiele ciekawych rozmów.

Chwilę odpoczęłam i nabrałam ochoty do dalszej wędrówki.
Musiałam przecież sprawdzić, czy w moim Parku zamieszkały już kaczuszki

Nie było ich wiele, ale pewnie reszta pochowała się na wysepce, która otoczona jest jakąś taśmą, widać jakiś remont tam przeprowadzają.
Ale oczywiście nie mogłam nieuwiocznić Kaczuszek na moich zdjęciach.

Gdy leżałam w szpitalu, a zwłaszcza już w Kwitnącej, gdzie miałam zdecydowanie lepszą kondycję, umysłową też, często myślałam o swoim Ukochanym Parku no i zastanawiałam się, czy Kaczuszki już tam znów zamieszkały, nie mogłam się doczekać chwili, aż to wszystko na własne oczy zobaczę.
Po następnym krótkim odpoczynku poszłyśmy dalej i moim oczom ukazała się piękna, kwietna polana.
Kwiaty białe, czerwone pięknie kontrastowały z pełną, silną zielenią drzew i rosnących krzewów

Tak więc wczorajszy dzień zaliczam do bardzo udanego i szczęśliwego dnia. Co prawda pogoda była nieco kapryśna, było raczej pochmurno, chociaż były momenty, że słonko nieśmiało zza chmur się pokazywało, najważniejsze, że nie padał deszcz i było w sumie dosyć ciepło, dzięki temu mogłam obejść cały Park dookoła.
Nawet pani Kasia była zdziwiona, że właściwie pierwszy raz po długiej nieobecności wybrałam się na tak długi dystans,
Pewnie, że byłam lekko zmęczona, bo do spacerów wg zaleceń używam dwóch kul (pewnie nieprędko z nich będę mogła całkowicie zrezygnować, może po dłuższym czasie się od nich odzwyczaję, bo nie będą mi już potrzebne. Na razie w terenie chodzę o dwóch kulach (w domu z jedną a na małych dystansach próbuje iść bez kuli, ale zawsze mam coś pod ręką do podparcia), bo tak dla mnie narazie jest bezpieczniej. Co ciekawe, gdy szłam po Parku nawet ta lewa noga mnie nie bolała, widać się też rozruszała i pragnęla takich cwiczeń, siadałam na ławce po dodze tylko dlatego, że jednak nieco byłam fizycznie zmęczona i bałam się, żebym nadmiernie nie nadwyrężała obu dolnych kończyn – taka psychiczna, pooperacyjna asekuracja. Ale jednak znów udało mi się pokonać te dwa schodki i schody (chociaż byłam nieco zaniepokojona, czy dam radę), dopiero wieczorem zaczęłam odczuwać ból w tej nieoperowanej nodze, ale od czego są środki przeciwbólowe? Za to jak dziecko zaraz po 9 wieczór zasnęłam i spałam jak suseł do białego rana.
Wiem, że moja rehabilitacja przeszłaby o wiele skuteczniej, gdyby nie wplątała się w nią ta moja lewa noga, ból niestety przeszkadza, ale tę niby zdrową, a jednak chorą nogę muszę też ćwiczyć, by zapobiec nieszczęściu, czyli złamaniu szyjki kości udowej, podobniej, jak poprzedniej nogi – zdaję sobie sprawę z takiej możliwości, bo niestety wciąż mam bardzo niski poziom wapnia (chociaż łykam odpowiednie tabletki), a przy osteoporozie nawet najmniejszy, pozornie nieszkodliwy uraz może skonczyć się złamaniem – ach ten PESEL !!!!! 🙂
Nie jestem w tej chwili gotowa na następną operację, muszę jeszcze przegnać demony z poprzedniej operacji i nabrać sił, wtedy ewentualnie mogę myśleć, czy się mam na nia zdecydować, o ile nie stanie się tak jak poprzednio, czyli o ile nie złamię tej szyjki i będzie wtedy konieczna natychmiastowa operacja – nawet nie chcę o tym myśleć. Fakt, że w porównaniu z innymi miałam wielkiego pecha, że się wszystko do mnie przyczepiało (COVID, bakteria gronkowca w operowanej nodze i w związku z nią wiele kroplówek z antybiotykiem, a potem też bakteria jelitowa, znów antybiotykiem, tym razem w postaci picia leczona- to wszystko plus oczywiście nieuregulowany cukier komplikowało moje ozdrowienie. Wcale nie znaczy to, że tak musi być następnym razem, bo normalie pacjent po takiej operacji jest 3-4 dni rehabilitowany i wypisywany do domu, u mnie było jednak niestety wszystko na opak.
Ale już nie chcę wracać do tego co było, ważne jest to, co jest teraz i ważne są nowe cele, które przed sobą rozwijam.
Przez sobotę i niedzielę pewnie nie pójdę do Parku, bo jednak nie mogę narazie iść tam bez jakiejkolwiek opieki, ale w poniedziałek przyjdzie p. Kasia i znów będziemy Park zwiedzać To jest bardzo ważne, że ona tam jest ze mną, bo nie dość, że mnie ochrania, to jeszcze koryguje pewne błędy, które przy chodzeniu i przy siedzeniu na ławce robię, zwraca uwagę na moją całkowitą postawę (nie wolno się krzywić, schylać plecy do przodu ,robiąc garba, bo do tego wciąż mam tendencję, czy nawet zwraca uwagę na stawianie stóp przy chodzeniu, czy siedzeniu – stopy zawsze muszą być do siebie ustawione równolegle, a ja mam tendencję do uciekania stopami w bok. Ważny jest ten sposób oddychania, spokojny i głęboki, żeby opanowywać ewentualne zmęczenie, a ono niestety wciąż u mnie występuje.
Tak wię jej obecność będzie mi na pewno przez jakiś czas potrzebna.
Pozostają mi więc ćwiczenia w domu z piłkami i z taśmami, a także i bez tych przyrządów.
Zwracam głownie uwagę na wstawanie bez pomocy krzesła – takie ćwiczenie robię około 20 – 30 razy, tym samym umacniam mięśnie pośladków i ud. Roboty wiec przede mną sporo, a spacerpo Parku jest tylko przyjemnością, nagrodą za dobre ćwiczenia.

Jak pisałam, pogoda jest niezbyt wiosenna, podobno od przyszłego tygodnia ( a dokładnie od jego połowy) ma znów powócić słonko i ciepełko, a kwiaty dopiero wtedy wybujają w górę. Jakoś na razie nigdzie nie dojrzałam bzu, symbolu wiosny, zawsze o tej porze pięknie kwitnie i ten fioletowy i ten biały.

Życzę jedanak bardzo przyjemnego i spokojnego weekendu i wspaniałego humoru na te dwa dni prawdziwego odpoczynku.
Zaczaruję deszcz, by sobie nie padał w dzień (może ewentualnie pokropić w nocy) i burze, by nas nie straszyły – odpoczywajcie wesoło.
Reklama

a wczoraj……….

Miałam bardzo urzmaicony dzionek wczoraj. Najpierw ćwiczyłam sama wg. ściągi oczywiście, napisanej mi przez panią Kasię w Kwitnącej, a o 17 przyszła druga pani Kasia, ta, która teraz mną się opiekuje i zaczęło się Najpierw musiała sprawdzić, czy należycie wykonywałam sama rano te ćwiczenia, więc pod jej czujnym okiem zrobiłam powtórkę, oczywiście korygując prze nią niewielkie, ale zawsze błędy Teraz już wiem dokładnie jak mam je wykonywać sama, przy użyciu piłek, taśmy no i inne bez przyrządów np wstawanie bez trzymania (wciąż jednak muszę ćwiczyć mięśnie pośladków i ud), podnoszenie z pozycji bioder do góry itp.
A potem wzięłam obie kule i poszłysmy na schody. Tam przy uzyciu jednej kuli całkiem zgrabnie udało mi sie po tych schodach zejść , pozostały tylko te dwa nieszczęśne 2 schodki na zewnątrz klatki, które muszę pokonywać bez trzymania się poręczy, ale p. Kasia nauczyła mnie jak je pokonywać przy pomocy dwóch kul.
No a potem wolniutko poszłyśmy chodnikiem przed siebie, pokonałam niewielką uliczkę i….znalazłam sie wreszcie w moim ukochanym Parku. Mówię Wam, ale była radość!!!!!!! Właśnie tam sobie uświadomiłam, że o tym Parku marzyłam podczas całej tej mojej choroby i to mnie bardzo mobilizowało do walki. UDAŁO MI SIĘ TO!!! Jestem z siebie bardzo dumna!, Jeszcze nie całkiem pewna jestem, by sama się tam udać, zresztą dzisiaj p. Kasia i tak do mnie przyjdzie i znów pójdziemy do Parku Na razie ruch na ulicy nieco mnie przeraża, przejście przez jezdnię też, po takim dłuższym niechodzeniu, zwłaszcza gdy noga jest kulawa, niepewna (a ta lewa, nieoperowana niestety taka wciąż jest, chociaż jest lekka poprawa) człowiek ma prawo troszeczkę się zagubić i poprostu się lękać. Ale muszę to opanowac, tylko do tego też czasu trochę upłynąć musi. Grunt to nie ustawać.
Gdy wrociły śmy do domu (a p. Kasia pokazała co robić z drugą kulą, niepotrzebną przy schodzeniu i wchodzeniu, jak ją zachaczać o schody) nawet nie czułam wielkiego zmęczenia, pewnie przez euforię, w którą popadłam, gorzej dopiero było już wieczorem, z trudem doczłapałam do łóżka, a ponieważ, nie wiem czemu, zapomniałam zażyć tabletkę przeciwbólową, ból stawał sie nie do zniesienia. Ale jakoś zasnęłam, gorzej było w nocy, gdy po 1 w nocy musiałam iść do łazienki, szłam tam jak ostatnia sierota, kulawa i jęcząca z bólu, ale rano pierwsze co zażyłam sobie przeciwbólową tabletkę i ból nieco zelżał, już mogłam wszystkie poranne czynności w miarę sprawnie wykonać.
Jeszcze chwilę odpocznę po śniadaniu i zabiorę się za ćwiczenia, bo zauważyłam, że gdy te moje nogi nieco rozruszam ból prawie odpuszcza, ustępuje. No tak, rano wszystkie kości i mięśnie są zastane, a jeszcze gdy sie nie zażyje środka przeciwbólowego jest raczej słabo i potrzeba trochę czasu by wrócić do normy.
Tak jak pisałam, dzisiaj też pójdziemy na moment do Parku, byleby tylko nie padało, bo niestety dzisiaj nie zapowiada się taka piękna pogoda jak wczoraj. Wczoraj było słonecznie i cieplutko, dzisiaj od rana jest ponuro i o wiele chłodniej niż wczoraj. Niestety nie mam takich nadludzkich możliwości, żeby zaczarować pogodę, a szkoda, bo zdecydowanie właśnie teraz, gdy się asymiluję, ładna pogpoda, a szczególnie ciepło jest mi bardzo konieczne, no cóż, może w sootę, niedzielę pogoda się poprawi?
To tyle moich wrażeń z pierwszego dnia rehabilitacji nie tyle w domu ( bo tam, jak wspominałam staram sie ćwiczyć sama) ale w całkiem innych niż w tych cieplarnianych warunkach w Kwitnącej, bardziej jestem nastawiona na samodzielność, chociaż p. Kasia, która będzie przychodzić do mnie i korygować moje ćwiczenia i zadawać nowe zadania 2 razy w tygodniu, jest mi jednak bardzo potrzebna . Z nią przede wszystkim muszę nabrać tej pewności siebie na ulicy w różnych sytuacjach, które zdarzyć się mogą, ważne bym nie popadała wtedy w panikę, do której niestety mam tendencję, a jej spokojny, zdecydowany głos w tym mi pomaga. To nie chodzi o to, by mnie prowadziła za rączkę, to już nie ten etap, teraz potrzebuję poczucia bezpieczeństwa, że ktoś koło mnie jest i w sytuacji podbramkowej mi pomoże, a sama muszę zacząć normalnie na ulicy urzędowac, jak za starych dobrych czasów.
Acha, dzisiaj jest tydzień jak wróciłam z „Kwitnącej” do domu i tak wiele przez ten tydzień wiele się nauczyłam, nieco się usamodzielniłam, bo ani kuchnia ani łazienka nie są już dla mnie przerażające, ale do doskonałości wciaż jeszcze bardzo daleko.
Ale wierzę, że pomalutku, z wielką moją cierpliwością i z zacięciem w ćwiczeniach dojdę do jeszcze lepszego stanu, niż przed operacją. Na razie przestrzegam dyscyplinę którą sama sobie zadaję, ćwiczę, sama sobie zadaję zadania do wykonania,no i pilnie zażywam też zaordynowane leki, a tego jest jednak troszeczkę, w tym wiele jest potrzebnych witamin i potrzebnych do życia elektrolitów, a przede wszystkim środka przeciwcukrzycowego, która niekontrolowana bardzo sie rozchwiała. A z tym moim leczeniem przed chorobą było różnie, no dobrze, przyznam sie bez bicia, po prostu nie zażywałam tego, co powinnam była zażywać i niestety skutki tego też wpłynęły na złą jakość mojej choroby.

Jak pisałam, dzisiaj pogoda niezbyt dopisuje, może potem, albo jutro i w niedzielę będzie lepiej, kiedyś ta wiosna musi przecież trwać dłużej niż jeden – dwa dni.

Życzę wspaniałego weekendu a ja zabieram się za moje ćwiczenia

imieniny

Dzisiaj imieniny obchodzą Ireny.

Oczywiście nie wszystkie, bo moja Mama Irena obchodziła imieniny 20 października, ale znam Irenkę, która dzisiaj ma swoje święto i czasami też czyta mój blog, niech więc będzie Jej przyjemnie, gdy znajdzie piękne kwiaty i życzenia specjalnie dla Niej w mom blogu.
Tak jak pisałam na messenerze, życzę Ci Irenko wiele zdrowia – teraz doceniam, jak one jest niezbędne w codziennym życiu, pogody ducha, uśmiechów i wiele miłości od Najbliższych i od Przyjaciół.
Doceniam, jak ważne jest to, gdy się ma koło siebie Bliskich i właśnie Przyjaciół, czy Znajomych do których moża swoje przemyślenia, a czasem i żale i bóle wypowiedzieć.
Wszystkiego dobrego Irenko, niech każdy następny Twój dzień też będzie taki piękny, jak ten dzisiejszy.

Dzisiaj przede mną nowe wyzwania, najpierw wizyta Reni i jakoś przystosowanie mieszkania, by wszystko mieć pod tak zwaną ręką, bo jednak taki układ jest mi teraz potrzebny – łatwy dostęp do rzeczy koniecznych, przynajmniej do czasu, gdy nie będę całkiem od kuli uzależniona.
Potem muszę wykonać swoje ćwiczenia, wczoraj Daria przyniosła mi odpowiednie do tego przybory: piłki i taśmę rozciągającą, a popołudniu przychodzi do mnie pani Kasia z Kwitnącej, więc będą ćwiczenia, oczywiście schody, które muszę dokładnie opracować, no i może spacer do mojego ukochanego Parku.
Tak więc masm bogaty plan dnia, oczywiście po drodze muszę sobie ugotować obiad, oczywiście dietetyczny, bez zbędnych tłuszczy i kalorii. Do tej pory, od przyjścia ze szpitala mi się to udawało, bo gdy dzisiaj rano zbadałam sobie cukier, mój pomiar wynosił 84, czyli na nowe przeliczania ok 4.6, czyli całkowita norma.
Oczywiście, że zażywam Glucophage, ale i tak dieta jest konieczna.
I bardzo dobrze, dosyć już „pozornych dobroci”, a w sumie szkodliwych produktów w życiu się najadłam i teraz pora przystosować swój apetyt do zdowego odżywiania. To też i będzie miało wpływ na moją wagę, bo przyznam, że przed chorobą bardzo się ropasałam i całkowicie na dietę nie uważałam, skutki tego były żałosne, bo i przybrałam na wadze, no i cukier niestety mi podskoczył i musiałam na te tabletki przejść,
Okazuje się, że to nie jest wcale takie trudne to przestawianie diety, bo chyba nawet mój żołądek zrozumiał potrzebę ograniczenia tłuszczy i nadmiaru jedzenia, odrzuciło mnie od wielu szkodliwych pokarmów, niestety także i od mięsa, po prostu mi ono nie smakuje, podobnie jak kiełbasy, parówki, czy smażone kotlety, a nawet kurczak też nie należy do moich smakołyków.
Lubię za to wszelakie białe sery, a ulubionym moim śniadaniem są 2 grzanki z chleba tostowego , posmarowane białym serkiem z rzodkiewką, czy ze szczypiorkiem – same zdrowie, Również polubiłam surówki, a jako „czekoladki” teraz moim przysmakiem są pomidorki cherry.
Jak widać, od wszystkiego można się odzwyczaić, no i do wszystkiego można się przyzwyczaić, trzeba tylko pozwolić własnej głowie zarządzać tą dziedziną życia, jakim jest karmienie.
Nie powiem, od czasu do czasu (ale rzadko) zjem coś słodkiego np mały kawałek sernika, ale tak mały, ze nie może mi zaszkodzić, zresztą po qwiększewj porcji od razu robi mi się niedobrze.
Zobaczymy, jak długo wytrzymam i jakie skutki odniosę, trzymajcie kciuki, by się mi to udało.
Narazie robię wszystko, żeby zapobiec ewentualnej operacji następnej nogi, a mniejszenie wagi na pewno będzie pomocne.
Jak pisałam, dzisiaj nareszcie wstał piękny i cieplutki dzionek, cieszmy się nim i korzystajmy z tego, że nareszcie zawitała do nas wiosna, na kótrą tak tęsknie wszyscy czekaliśmy i która nareszcie do nas w swoim całym pięknie przybyła.
Wszystkiego najlepszego na dzisiaj i na najbliższe dni

nareszcie środa !!!!

Nareszcie, jak każe moja tradycja, mogę w środę zamieścić w blogu różę dla mojej Uleczki.
Oczywiście nie zapominałam o środach, o różach, zawsze w środę przesyłałam Jej w Messengerze różę, ale czułam, że to nie jest to samo. Że ta prawdziwa dla Ulki musi w końcu znaleźć się w moim blogu, czekałam na tę chwilę cierpliwie i….nareszcie się doczekałam.
Witaj ponownie w moim blogu Uleczko. Mam nadzieję, że nie powtórzy się juz sytuacja, gdy nie będę tu mogła zamieszczać w każdą środę dla Ciebie tej róży, chociaż……….kto wie, wisi nade mną następna operacja, tym razem lewego biodra, ale to raczej jeszcze nie teraz. Muszę uważać, by nic złego znów się do mnie nie przyplątało i….muszę ćwiczyć i zażywać wszystkie zaordynowane mi leki i suplementy, a mam tego dosyć sporo do zażywania. Na razie robię to sama w domu, chociaż to nie jest za dużo tych ćwiczeń, to nie to samo, co w Gabinecie Rehabilitacji, gdzie mam dostępne przeróżne odpowiednie rehabilitacyjne sprzęty, wspomagające terapię.
Staram się znaleźć odpowiedniego dla mnie Gabinetu, do którego mogłabym dojeżdżać i pod fachowych okiem specjalisty będę mogła odpowiednie ćwiczenia wykonywać. Nie jest to wcale łatwe, bo na NFZ co prawda po takiej operacji należy się 80 godzin takiej rehabilitacji, niestety rzeczywistość jest dość surowa, są dosyć długie terminy. Oczywiście, że spróbuję, ale na razie będzie do mnie przychodziła pani Kasia z Kwitnącej, czyli z Kliniki, gdzie leżałam. Co prawda to inna Kasia, niż ta, do której byłam przyzwyczajona, która tam się mną opiekowała, ale widziałam jak ta pani Kasia rehabilituje innych chorych i żadnych zastrzeżeń nie mam, p też jest wspaniała i w pełni fachowa, zresztą jak i pozostali fizjoterapeuci, po prostu na nią tam nie trafiłam 🙂
Może pod jej opieką nauczę się pokonywać moje schody na klatce schodowej – co prawda umiem już niby chodzić po schodach, ale na „obcych”, szpitalnych, teraz muszę nauczyć się dostosować do obecnej sytuacji, pokonywania własnych schodów i schodków przed domem, mam nadzieję, ze pójdziemy wreszcie do Parku, sama, bez ochrony bym się bała ulicy, nawet gdy ruch na mojej ulicy i sama uliczka nie są takie straszne, ale zawsze przez dwa pierwsze dni będzie szok, potem ewentualnie będę mogła próbować sama się przemieszczać, w końcu po to byłam na tej Rehabilitacji.
Po operacji Maciek powiedział mi, że nie puści mnie do domu, zanim nie nauczę się samodzielności w poruszaniu po domu i poza nim i dlatego załatwił mi pobyt w Kwitnącej , gdzie mnie postawili na nogi obie, jedną kulawą co prawda, a drugą nieco mniej kulawą, ale zawsze postawili mnie do pionu i mogłam już się poruszać.
I tu oficjalnie pragnę podziękować Maćkowi i Darce za wspaniałą opiekę nade mną, co prawda niby leżałam w Szpitalu, ale oboje dbali o to, bym miała odpowiednie leki i zawsze czyste ubrania, zawsze byli na każdą moją prośbę i w dodatku (co jest takie ważne, szczególnie dla emeryta) nie musiałam martwić się o zabezieczenie finansowe takiej kuracji.
Kuracja trwała co prawda trochę ponad miesiąc, ale przyjechałam prawie nieruchoma, a po pobycie na tej Rehabilitacji na własnych nogach ( i kulach) mogłam już do domku powrócić.
Co prawda do domu przywiozła mnie ze szpitala Darka, musiałam wysiąść z auta i przejść do domu, ale to było bardzo bliziutko, parę tylko kroków, teraz muszę nauczyć się pokonywać większe odległości, oczywiście na ulicy, bo po korytarzach szpitala sporo chodziłam. Ale to jednak nie to samo, przede wszystkim muszę pokonać lęk, który gdziś tam w mojej podświadomości zamieszkał, chociaż wcale go nie zapraszałam, lęk przed ulicznym gwarem, przed samochodami i przed przejściem na drugą stronę ulicy.
Tak więc widać, że jeszcze sporo trudów jeszcze przede mną, tym bardziej, że w ciąg bólowy niestety włączyła się druga, ta nieoperowana noga i teraz muszę ją trochę na dobre tory naprowadzić.
No a potem mogę myśleć o normalnej rehabilitacji już w odpowiednim Gabinecie Rehabilitacyjnym, muszę doprowadzić obie nogi do pełnej użyteczności, bym mogła kiedyś pożegnać się na zawsze z obecną moją „przyjaciółką” – kulą, ale bez stacjonarnego pobytu, tylko na zasadzie dojeżdżania na zabiegi.
Ale daję sobie na to czas, bo co nagle, to po diable. I tak już sporo zrobiłam, prawa, operowana noga praktycznie mało co boli, gorzej ta druga, ale nauczyłam się już pewnej, co prawda ograniczonej, ale zawsze samodzielności w moim mieszkaniu, konkretnie w łazience, gdzie sama umiem urzędować w brodziku – zawsze wtedy wspominam pana Wojtka, który jakby miał przeczucie i zapewnił mi pełna ochronę w brodziku przez zastosowanie odpowiednich trzymadeł no i siedziska – teraz są mi one bardzo potrzebne.
Również i w kuchni staram się być w miarę samodzielna, nawet potrafię sobie sama coś ugotować. Oczywiście nie są to żadne wymyślne potrawy, proste, ale jednak robię to sama, a to dla mnie naprawdę wielkie zwycięstwo nad samą sobą. Kto nie przeżył takiego „wskrzeszenia” może i nie zrozumnie, ale zawsze, gdy coś nowego mi się uda przeprowadzić jestem z siebie szalenie dumna.
Cały dzisiejszy wpis praktycznie jest o mnie, chociaż nie czuję się jak Pępek Świata, jak mi to nieraz Kaziu mówi, ale muszę przecież opisać wszystkie moje wrażenia i przeżycia, takie jest zresztą założenie mojego blogu – wszystko o mnie !
Dziękuję Wszystkim za uwagę w czytaniu mojej historii i proszę o trzymanie kciuków za moją dalszą pomyślność, teraz otucha jest mi bardzo potrzebna.
Dzisiaj kasztany już (chyba) zakwitły, więc dzisiaj do maturalnego egzaminu stanęli abiturienci liceów i techników, w tym „mój” Leon, syn Basi, a wnuk mojego ś.p. brata Krzysztofa, który na pewno nad nim czuwa, a ja tylko trzymam za niego i za innych zdających mocno kciuki.
Dziękuję Ci Uleczko za cierpliwość w oczekiwaniu na tę pierwszą po długim czasie środową różę w moim blogu, wiem, że cały czas mi dopingowałaś w mojej chorobie, mimo, że sama też masz zdrowotne kłopoty.
Ale zawsze, gdy pomyślałam sobie, co Ty przeżywałaś podczas pobytu i po w szpitalu no i oczywiście podczas długiej rekowalescensji stawiałam sobie Ciebie Uleczko za wzór cierpliwości i mawiałm sobie w duchu: Ulka dała radę, więc i ja również te przeszkody pokonam. Muszę Jej pokazać, że też jestem dzielna !.
Pozdrawiam serdecznie wszystkich Czytelnków mojego blogu i życzę wspaniałych, słonecznych, wiosennych dni i radości, że przynajmniej pogoda znów nam chęć do życia przywraca, że nasze oczy znów mogą cieszyć się radością zieleni, pięknych kwietnych barw koło nas się rozciągających i błękitem nieba, po którym, wśród ślicznych białych obłoczków, słoneczko wesoło sobie urzęduje.
Precz smutki i troski, te pozostawmy je już za sobą, wierząc, że i polityczne wieści też zmienią się na lepsze.
Wszystkiego dobrego !!!!!!!! 🙂 🙂 🙂

Nadszedł ten wielkopomny dzień 3- ciego Maja !!!!!!

Witaj majowa jutrzenko,
Świeć naszej polskiej krainie,
Uczcimy ciebie piosenką,
Która w całej Polsce słynie

Witaj Maj, Trzeci Maj
dla Polaków błogi raj.

Wielkie święto nam dzisiaj nastało.
3 Maja 1791 r w Rzeczy Pospolitej Obojga Narodów uchwalono jedną z pierwszych na świecie Konstytucji. Została ona uchwalona przez Sejm Czteroletni, zwołany w październiku 1788roku.
Uchwalona przez króla Stanisława Augusta Poniatowskiego wraz ze stanami skonfederowanemi w liczbie podwójnej naród Polski reprezentującemi. Została zaprojektowana w celu zlikwidowania obecnych od dawna wad opartego na wolnej elekcji i demokracji szlacheckiej systemu politycznego Rzeczypospolitej Obojga Narodów.
Miała ona za zadanie wprowadzenie ładu w zwaśnionej i podzielonej Polsce,
W drugiej połowie XVIII w. w I Rzeczpospolitej dominowały wpływy Rosji. Ambasadorzy rosyjscy w Warszawie o wszystkim musieli wiedzieć i podejmowali decyzje w sprawach dotyczących Polski: jej polityki wewnętrznej i zagranicznej, obsady stanowisk i zasad ustrojowych. Wielu Polakom to się nie podobało, aż pod koniec lat 80. XVIII w. pojawiła się szansa na uniezależnienie się od Rosji. Rosjanie popadli w konflikty z Turkami i Szwedami, których popierała Anglia i Prusy. W związku z czym król pruski zaproponował Rzeczpospolitej przymierze. W 1788 r. zebrał się w Warszawie sejm, który miał przedyskutować tę sytuację.

I co z tego wyszło?
Podpisano sojusz z Prusami, jednocześnie uzyskano od nich gwarancję, że nie będą się wtrącać do polskich spraw. Uchwalono też nowe podatki na wojsko i ogłoszono pobór do wojska.

A Rosja jak na to zareagowała?

Caryca Katarzyna II – władczyni Rosji – postanowiła się nie wtrącać. Miała swoje ważniejsze problemy w postaci jednoczesnej wojny ze Szwecją i Turcją.
Skoro Rosjanie się nie wtrącali, a Prusy obiecały tego nie robić, oznaczało to, że mogliśmy sami decydować o sobie.

Tak w dużym skrócie wyglądała geneza zawiązania Konstytucji 3 Maja.
Były to czasy bardzo politycznie niepewne, w pewnym wymiarze możnaby i porównać ją do naszej obecnej sytuacji politycznej, gdy nasz kraj stoi na krawędzi niebezpieczeństwa wchłonięcia nas pod wpływy wschodniej, potężnej Rosji.
Niestety i teraz panuje wśród naszych polityków wielki, polityczny chaos i trudno odnaleźć jakiś consensus, aby wyplątać się z tej niebezpiecznej pętli.
Dlatego świadomość tego, co działo się wtedy i co dzieje się obecnie jest dla nas bardzo ważna, bo tylko zgoda pozwoli podjąć odpowiednie, mądre kroki w dalszym naszym istnieniu.

Dzisiejszy dzień jest podwójnym świętem dla Polaków.
3 maja Kościół katolicki w Polsce obchodzi uroczystość Najświętszej Maryi Panny Królowej Polski. Nawiązuje ona do ważnych wydarzeń z historii Polski: obrony Jasnej Góry przed Szwedami w 1655 r., ślubów króla Jana Kazimierza – powierzenia królestwa opiece Matki Bożej, a także do uchwalenia Konstytucji 3 Maja.
To święto Najświętszej Maryi Panny Królowej Polski. Zostało ono ustanowione w 1920 roku i jest obchodzone tylko w polskim Kościele katolickim. Upamiętnia ono złożone przez Jana Kazimierza w trakcie potopu szwedzkiego śluby lwowskie, kiedy to król powierzył Polskę pod opiekę Matki Bożej.
I dzisiaj też powierzamy naszej Królowej Maryi opiekę nad wiszącym nad krajem niebezpieczeństwem, modlimy się o naszą wolność, a także o wzbudzenie politycznego pojednania pomiędzy zwaśnionymi obozami, abyśmy w najbliższym czasie wspólnie odnaleźli dobrą drogę do dalszego rozwoju naszej Ojczyzny, gdzie każdy Polak, bez bez względu na swoje wyznania, czy polityczne poglądy, bez trudu odnajdzie swoje miejsce i odnajdzie spokój i szczęście dla siebie i swojej Rodziny.

Piękny dzisiaj mamy dzionek, oblany słońcem, ciepłym powietrzem i radością.
Pozwólcie, że muszę też koniecznie zamieścić trochę swojej własnej „prywaty”, bowiem 3 Maja swoje urodziny obchodzi moja Bratanica Basia. Co prawda złożyłam Jej już życzenia na Facebooku, jeszcze spróbuję się do Niej dodzwonić, co pewnie łatwe nie będzie, bowiem na pewno będzie do Niej wiele telefonów z życzeniami urodzinowymi (Basia jest bardzo kochana nie tylko przez Rodzinę, ale również ma wiele Przyjaciół i Znajomych, którzy bardzo Ją lubią). Nie mniej i tutaj, w moim Blogu, który Basia czyta, pragnę raz jeszcze napisać : Wszystkiego najlepszego Basiu, niech wszystkie Twoje marzenia i zamiary się spełniają i bądź zawsze szczęśliwa i otoczona gronem Ci Najbliższych i gronem Przyjaciół.



A my wykorzystujmy ten dzień do przyjemnych spacerów, zabaw na świeżym powietrzu, oczywiście pewnie nie wszyscy będą mogli uczestniczyć w takich świątecznych imprezach, np, ja niestety jestem chwilowo uziemniona w domu, bo bez opieki nie mogę niestety sama opuścić domu i maszerować, nawet do mojego ulubionego Parku, ale mam nadzieję, że wkrótce ta sytuacja skończy się dla mnie pomyślnie, o ile nie okaże się, że niestety będe musiała mieć operowane także i lewe biodro, które teraz zaczęło mi bardzo dokuczać. No cóż, powolutku psychicznie nastawiam się na taką możliwość, chociaż wiem, że znów łatwo nie będzie, ale może doświadczenia z poprzedniej operacji pozwolą mi łatwiej przetrwać następny etap choroby.
A potem????? A potem to już tylko będę chodzić, biegać, chociaż na pewno w Maratonie startować już nie będę 🙂

No to wszystkiego najlepszego na ten piękny świąteczny dzień wszystkim życzę, bawcie się i cieszcie ze słonka, z obecności Przyjaciół i jednak wciąż z wolności.

2 Maja – święto narodowe Flagi

Jak bardzo ważne jest to dla nas Święto teraz, gdy wróg stoi blisko naszych granic i nam zagraża, rozumiemy jeszcze bardziej dosadnie.
Biało – czerwona, chluba wolnej, demokratycznej Polski i taką nadal chcemy JĄ mieć.
Życie pozornie toczy sie bez zmian, ale w każdej podświadomości Polaka zapala się czerwona lampka, gdy czyta wieści z nadchodzącej nieopodal nas Ukrainy.
A również sytuacja polityczna w naszej Ojczyźnie ciągle jest niepewna – fatalnie prowadzona polityka zagraniczna, nierozważne układy z niekoniecznie nam potrzebnymi oficjelami obcych państw, wykorzystującymi nasze zagubienie i pomylenie prawdziwych wartości demokratycznych , powodujących zamykanie się na świat i zerwanie z Zachodem, a także i nasza gospodarka, która wciąż upada powoduje, że ciągle nasz kraj jest na równi pochyłej, z której niestety zsuwa się ciągle w dół, ku upadkowi.
To wszystko dzisiaj przypomina nam, jak bardzo cenna jest nasza WOLNOŚĆ, jak trzeba teraz o nią walczyć, pokonując demony, które usiłują nas ostatnio opanować.
Za nami cięźki okres komunizmu i podporządkowania się obcemu reżimowi, próbowaliśmy wydobyć sie z tej matni i dzięki Unii Europejskiej nam się to udało, a teraz znów obce i wrogie nam siły usiłują przemienić nasz kraj na uległość wobec wschodniego reżimu, która to przemiana dzięki spolegliwemu im rządowi, jest całkiem możliwa do przeprowadzenia.
Z przerażeniem patrzę, jak blisko jesteśmy tego upadku i w sumie jak niewiele robimy, by sie z tego wyzwolić.
Przez moją chorobę nie było mnie w tym politycznym piekiełku przez ponad dwa miesiące.
Mój stan zdrowia nie pozwalał interesować się tym co sie dzieje, a przez pobyt w szpitalach byłam niejako odsunięta od rzeczywistości. Przyznam, że może to był czas, w którym głównie zajmowałam sie swoją własną osobą, to była niejako moja własna terapia odsunięcia się od tego, co się w około mnie dzieje i zdobycie własnego spokoju, który pozwalał mi na zwalczanie choroby.
Pewnie, że czasami czytałam gdzieś w necie wiadomości z Ukrainy, czy nawet z tego co sie dzieje w Polsce, ale przyznam, że robiłam to rzadko, bo stwierdziłam, że teraz najbardziej potrzebne jest mi wyciszenie i spokój.
Ale życie jednak pędziło na przód i mimo, że się usiłowałam nie interesować tym co się dzieje, jednak to wszystko obok mnie przebiegało i toczyło się dosyć groźnymi torami.
Teraz pomału wracam już do tego całkiem realnego świata, staram się nie oszukiwać siebie, że nic się nie dzieje, bo wiem, że to i tak mnie przecież między innymi dotyczy.
Dzisiaj mam łzy w oczach, gdy widzę łopoczącą Polską Flagę nad narazie wciąż wolną Ojczyzną i liczę, że jednak znów cud stanie się nad Wisłą i wszystko powróci do Europejskich wartości również w moim kraju jak i w krajach ościennych, pro Europejskich.
I tego wszystkiego Wam Kochani życzę, tak jak kiedyś spiewał Jan Pietrzak: „Aby Polska była Polską”, ale nie taką, jak on teraz uważa za słuszną, bo niestety i ten kiedyś prawdziwy patriota uległ omamom nieprzychylnych Polsce wiatrów.
Życzę Wam pracy i odpoczynku, uśmiechu Was i Waszych Dzieci i Wnuków, radości z każdego dnia, z każdego pomyślnie przeprowadzonego przedsięwzięcia, a przede wszystkim poczucia spokoju i pokoju w Polsce pod odpowiedzialną władzą, ktora będzie przeprowadzać Polskę po prostych, jasnych drogach, a nie po zaułkach podejrzanych politycznych rozwiązań.
NIECH ŻYJE WOLNA, PROEUROPEJSKA , SZCZĘŚLIWA I JASNA, WOLNA OD BURZ I NIEPOKOJÓW.

Wróciłam do rzeczywistości !!!!!

Po dwóch i pół miesiącach wreszcie zaczynam żyć bardzo podobnym rytmem, jak przed chorobą
Za mną bardzo cięzki czas chorób przeróżnych i pobytów w 2 szpitalach.
Po pierwsze złamałam sobie nogę – strzeliła mi szyjka kości udowej, czyli tzw biodro i musiałam przebyć operację- czyli wszczepiono mi nowe (sztuczne biodro) Pech chciał, ze zamiast szybkiej rehabilitacji pokonał mnie COVID i wyłączył mnie z życia na około 2 tygodnie. Mim, że trzykrotnie pobrałam szczepienie ochronne z chorobą nie wygrałam, zostałam niestety jego ofiarą i to dosyć wydatnie, można rzec, że jedną nogą byłam na tamtym świecie. A gdy się pozbierałam z choroby okazało się, że niestety nie mogę jechać do wyznaczonego mi szpitala rehabilitacyjnego z powodu jakiejś francowatej bakterii układu pokarmowego, Zostałam więc przewieziona z powrotem do Szpitala Narutowicza i umieszczono mnie na jednym miejscu, które akurat było wolne, czyli na Kardiologii. Tam sobie kilka dni poleżałam,az stwierdzili, że jednak wymagam rehabilitacji, więc z powrotem wywieźli mnie na Ortopedię Tam zaczęło się piekło, bo okazało się, że rehabilitacja jest trudna do wykonania, jako że przczepiła się do mojej rany pooperacyjnej bakteria, którą trzeba było przez 10 dni leczyć kroplówkami z antybiotyku. Ta bakteria była dosyć drapieżna i nie bardzo chciała mnie opuścić, nie mniej trochę ćwiczyli ze mna chodzenie, ale byłam szalenie słaba i rehabilitacja szła bardzo opornie. W końcu Maciek złatwił mi prywatny Szpital Rehabilitacyjny „Kwitnąca” , który mieści się w Zagórzycach Dworskich koło Michałowic , koło Krakowa i tam mnie postawili na nogi.
Dużo byłoby tego opisywania samej terapii, bo była ona długa i nieco męcząca, trwała półtora miesiąca, ale tez i skuteczna bo na dwóch nogach i 2 kulach wróciłam w piątek do domu. Mam wiele spostrzeżeń z mojego pobytu w obu szpitalach i pewnie jeszcze będę do nich wracała, na pewnoi nabyłam wiele doświadczeń nie tylko o chorobie, ale o życiu, o tragedii ludzi, którzy już nigdy nie będą w pełni zdrowia i nie mają szans na taki powrót, który mnie czekał. Dużo nauczyłam się o podstawowych uczuciach, tak obcych nam na codzień, o tolerancji, cierpliwości, akceptacji człowieka z jego wadami, o uśmiechu i pogodzie życia, które spod płynących łez nie raz trzeba było z siebie wydobyć. To była prawdziwa szkoła życia, nieco innego, niż do tej pory, życia, w którym słowo JA trzeba było zamienić na słowo MY.
Opieka w tym prywatnym Szpitalu oczywiście znacznie się różniła od opieki w normalnym Szpitalu, tu pacjent był najważniejszy i wszystko koło niego się kręciło.
No i przede wszystkim prócz wspaniałej opieki lekarskiej, a przede wszystkim pielęgniarskiej i Opiekunek medycznych, które z uśmiechem pozwalały rozwiązywać różne problemy należy wspomnieć o idealnej opiece rehabilitacyjnej. Moim głównym rehabilitantem, kierownikiem mojej rehabilitacji była uśmiechnięta i szalenie serdeczna pani Kasia i współpracowała ona równiez z bardzo sympatyczną panią Weroniką, z nimi miałam codzienne zabiegi rehabilitacyjne 2x po 1 godzinie, ale również i inne panie rehabilitantki, które czasami ze mną ćwiczyły też były super. Ogólnie było widać, jak bardzo wszystkim zależało, bym wróciła do zdrowia, a oznaczały się one niebywałą cierpliwością ale i skutecznością. Po malutku uczyłam się wstawać z wózka przy drabinkach, potem już bez pomocy szczebli drabinki, chodzić na przód o balkoniku, potem o 2 kulach, jednej kuli, a nawet pod rękę. Przyznam, że jestem tchórz, więc sporo cierpliwości musiały panie wyakazać bym pokonała niepotrzebny strach, który nie raz mnie opanowywał, zwłaszcza przy nauce chodzenia o kuli po schodach. Pierwsze moje wyjście po schodach to była okropna panika i blamaż, ale pomału dzięki cierpliwości p.Kasi udało mi się to pokonać, no i potem też chodziłam również z panią Weroniką góra- dół, co naprawdę nie jest wcale łatwe po takich urazach i długim nie chodzeniu. Zresztą obserwowałam innych pacjentów, którzy wraz ze mną ćwiczyli i stopniowo też opanowywali trudy nowej sytuacji, pomalutku, też z podobnymi obawami i trudnościamu jakie i ja przeżywałam.
Będę nie raz wspominała tamte dni, zwłaszcza w Kwitnącej, która przez półtora miesiąca była moim drugim domem, pełnym serdecznych osób z personelu i niestety też bardzo chorych pacjentów. Pozwólcie, że jeszcze wrócę do tego tematu.
A co dzisiaj? No cóż, nie jestem całkiem jeszcze zdrowa, zwłaszcza, że posłuszeństwa odmówiła mi moja lewa, nieoperowana noga, pewnie była mocno obciążona przez czas ćwiczeń i teraz dokucza, muszę się więc nadal rehabilitować,a to chyba jednak długo potrwa.
Na razie uczę się na nowo mojego domu, już opanowałam łazienkę (nawet kąpiel pod prysznicem) i trochę kuchnię. Od przyszłego tygodnia będzie przychodzić stamtąd pani rehabilitantka Kasia (ale inna, niż ta, która mną kierowała w Kwitnącej) i będę się dalej uczyła chodzić po schodach i do Parku, bo jeszcze sama na to nie mogę sobie pozwolić, muszę mieć koło siebie asekurację na dłuższej trasie. Na razie samotnie wykonuję ćwiczenia, które mi „zadano” do wykonania – ćwiczenie mięśni rąk i zwłaszcza mięśni nóg, ale i tak muszę jeszcze dokupić kilka potrzebnych sprzętów jak piłki małe i duże, taśmy do ćwiczeń itp.
No i muszę poszukać dobrego miejsca rehabilitacyjnego, gdzie będę nadal mogła ćwiczyć „całość” tzn obie nogi, kręgosłup, który ma tendencje do krzywienia, ręce, tak bym nabrała pełnej kondycji, której mi teraz brak. Ale wiem, że znając dzisiejszą Służbę Zdrowia i ich możliwości nie będzie to łatwa sprawa, a sama sobie nie bardzo pomogę.
To tyle narazie o mojej historii o przeszłej i obecnej sytuacji życiowe Ciąg dalszy nastąpi.
Miałam sygnały, że czekacie na moje wpisy, więc dopełniam obietnice, że Was nie opuszczam, chociaż ostatnio byłam i jestem tak sobą zajęta, że polityka zupełnie jest poza mną, może to nawet lepiej – jestem przez to o wiele spokojniejsza.
A moja największa zmiana??? Nauczyłam się wcześnie chodzić spać, terazo o 9 wieczór już odlatuję w ramiona Morfeusza.
Niestety nie udało mi sie całkowicie pokonać nałogu palenia i niestety powróciłam do e- papierosa. Wiem, wstyd, ale czymś muszę się cieszyć i dopingować. Może znów uda mi się to opanować, wszak te 2 i pół miesiąca wytrzymałam bez tego mojego „smoczka”
To tyle na dzisiaj.
Zaczął się piękny i długi weekend, na szczęście słoneczny i w miarę ciepły.
I takich tych pierwszych majowych, świątecznych Wam życzę
Do rychłego usłyszenia, przyrzekam, że powrócę na zawsze 🙂