Wczoraj wieczorem wracałam z pracy z tą "moją grubaską"
Kiedyś już jechałysmy autobusem,wtedy,po obserwacji jej ( jeju,mnie też tak ludzie spostrzegają????) podjęłam i to skutecznie walkę z tuszą.
Wczoraj miałam drugi doping…….
Dziewczyna młoda,chyba nie ma jeszcze trzydziestu lat,śliczna buzia,a tusza??- horror ( ja przy niej omalże pchełka).
Siedziała cała radosna i…zajadała lizaki.
I tak sobie właśnie myślałam,że jeszcze kilka lat i będzie przeklinała swoją tuszę,narzekając na kręgosłup,bolące kolana i stopy.
Narazie widać,że była z siebie bardzo zadowolona.
No właśnie,a może to o to chodzi,by siebie zaakceptować?
Bo jedno jest pewne,wcale sama siebie nie kocham.
Bo trudno pokochać swoją "słoninkę".ktora na codzień jednak przeszkadza…
Więc jednak będę walczyła.
