jeszcze wciąż „wolna”

Wyprawka już popakowana, a ja się cieszę ostatnimi godzinami wolności.
Torba całkiem pełna, bo i 2 ręczniki musiałam zabrać, podomkę, pantofle i crossy pod tusz,leginsy, jakieś 2 bluzki na zmianę, przybory toaletowe, lekarstwa, kubek i sztućce ( w szpitalu dają podobno plastikowe), jakiś sweterek, gdyby na korytarzu było chłodno, no i tak się szybko wcale  nie całkiem mała  torba zapchała.
Muszę jeszcze (chyba) zabrać laptop i słuchawki, bo co ja tam wieczorami robić będę? Ot, uzależnienie od internetu wyszło ha ha ha.
Nie przeczę wcale, ale fakt, z nudów tam urwać się będzie można, ale dodatkowo będę musiała uważać, żeby mi laptopa nie podprowadzili.
A gdzie miejsce jeszcze na 2-3 butelki Muszynianki????
Czuję się, jakbym wybierała się na wczasy, a nie do szpitala na kilka dni.
Dzisiaj postanowiłam się porządnie wyspać, bo kilka następnych dni mogą być ciężkie.
Wszak idę do szpitala całkiem zdrowa i wyspana, a wrócę……
Nudzisz Ewuniu, stop z tym narzekaniem.
No to idę sobie jeszcze pokimać, ale wcześniej muszę przejść kurs  szybkiego ścielenia łóżeczka w” kosteczkę” – Magda wie, czemu.
Bo chora, nie chora, ale damą zawsze trzeba być, nawet w szpitalu 🙂
Miłej soboty

ani słowa o….

No to o czym pisać?
A na przykład o tym, że telewizja kłamie. Ha! i to w dodatku moja ulubiona stacja TVN-24.
Rano   mój ulubieniec Jarek Kuźniar wspominając o pogodzie stwierdził, ze w Krakowie leje deszcz.
Ze zdumieniem popatrzyłam za okno, a tu nawet ani jedna kropla z nieba nie spadła, Co prawda są spore chmury, ale przez nie teraz słonko usiłuje się przebić.
To skąd u Jarusia takie mylne informacje? Chociaż kto wie, co będzie dalej…..

A teraz o nieco poważniejszej sprawie, czyli o tej strasznej tragedii w Alpach, która spowodowana została przez samolotową katastrofę, do której nie powinno było dojść. Okazuje się, że drugi pilot wykorzystując chwilową nieobecność kapitana, zaryglował drzwi i  zaczął gwałtowne zniżanie samolotu , czym całkowicie świadomie doprowadził do tej olbrzymiej katastrofy i śmierci 150 osób.
Te wszystkie wiadomości zostały nam podane przez francuską  prokuraturę, po odczytaniu wiadomości z pierwszej czarnej skrzynki, którą znaleziono prawie natychmiast po tym wypadku. Włos się na głowie jeży, gdy wychodzi na jaw cała prawda z tych ostatnich, tragicznych chwil.
Okazuje się, że ten w sumie bardzo jeszcze młody jak na pilota człowiek, już w przeszłości miewał kłopoty z depresją. Najprawdopodobniej nigdy nie powinien dostać licencji pilota, Niestety stało się inaczej. Najprawdopodobniej pod wielkim wpływem depresji pilot podjął tą tragiczną decyzję rozwalenia samolotu ze 150 pasażerami na pokładzie. Świadczy to o tym, że musiał być bardzo zdesperowany, z zaburzeniem logicznego realnego myślenia i zaburzeniem obowiązków, które na co dzień spełniał, nie mówiąc już o obowiązku zapewnienia bezpieczeństwa osób mu podległych.
Chciał  rozstać się  z życiem? Trudno, taką decyzje mógł podjąć, ale dlaczego przy okazji zakończył życie 149 całkiem niewinnym osobom?
Co myślał, co czuł, gdy swoje zamierzenie wprowadzał w życie? Czy myślał w tym momencie tylko o sobie, czy też o tych niewinnych pasażerach, którzy za moment zginą?
To naprawdę straszna tragedia – teraz wszystkie media, nawet nasze, polskie rozpatrują sytuacje co by było gdyby…… niestety na to wszystko jest już za późno. Jeszcze kilka dni wszyscy o tym porozmawiają, spróbują wprowadzić jakieś zmiany w różnych samolotowych  zabezpieczeniach, sprawa ucichnie, zostanie odłożona do lamusa, tylko niestety pozostanie ból osób tych, którzy stracili w tej katastrofie swoich najbliższych, chociaż ten z czasem też będzie stawał się coraz mniejszy.
Powróci codzienność, aż do następnej jakiejś tragedii samolotowej, czy dużego wypadku drogowego, czy kolejowego, spowodowanej przez człowieka psychicznie nieodpowiedzialnego, albo przez czyjeś niedopatrzenie……. Takie niestety jest nasze życie, od jednej tragedii do drugiej tragedii.
Najwięcej na tym tracą ludzie, najwięcej na tym zyskują media, które mają nowy temat do swoich gazet czy radiowo – telewizyjnych audycji.
To w sumie straszne, żeby zaistnieć, media muszą żywić się czyjąś tragedią……

No to jeszcze w tym tygodniu chyba uda mi się odezwać, chociaż przyznaję, że  mój stress jest coraz większy.
Dobrej pogody, miłego piątku i do jutra.

Wszystko O.K.

 

 

Wczoraj zadzwonił do mnie również bardzo miły asystent pana dr. chirurga Marcina i powiadomił mnie, żebym się nie martwiła, to była tylko mała pomyłka, która już została wyjaśniona i w niedzielę, około południa mam się zgłosić na Oddział Wewnętrzny Kliniki Medycznej, gdzie zostanę przyjęta na badania, nawet pani ordynator tego oddziału została o tym powiadomiona, że będę u nich leżała.
Pewnie nie będę tam za długo, ale co najmniej 3 dni, bo tyle c o najmniej trzeba być w szpitalu, by Narodowy Fundusz zwrócił im za mnie pieniążki Trochę to dziwne, ale tak jest. Mam nadzieję, że nic złego u mnie nie znajdą i po tych kilku dniach mnie wypuszczą. I tak przez ten czas dam w kość wszystkim moim współmieszkańcom  sali, w której będę leżała, bo przecież  ja okrutnie chrapię. A teraz, gdy jeszcze mam przytkany nos katarem, będę jechała na dudach jak trza.
Nie, nie jest to żadna aluzja do kandydata na prezydenta Polski, tylko rzeczywiście zawsze to był mój, a właściwie nie tylko mój problem, gdy leżałam w szpitalu, czy podczas pobytu w sanatorium. Każda moja współlokatorka mnie kilka razy w nocy budziła i tak w sumie ani ona, ani ja nie mogłyśmy spać.
Dla mnie to nie spanie nie będzie niczym nowym, bo i tak się budzę kilka razy w nocy i szwendam się wtedy  po chałupie, zastanawiam się tylko, co ja biedaczka będę  robiła podczas bezsennej nocy w szpitalu, bo tam nie będę miała ani komputera, ani telewizora….. Ale już robiłam próbę generalną ze słuchawkami  i radiem w moim telefonie, nie jest wcale tak bardzo źle, jakoś dam sobie radę, gorzej ze współlokatorkami, już mi ich jest żal 🙂

Powiedzcie mi, czy tylko ja mam szczęście do tak przemiłych chirurgów?
Począwszy od naszego chirurga od skolioz u dzieci, z którym współpracuję, przez chirurga w przychodni, który mnie leczył i robił blokady kolana i stawu barkowego i przez chirurga, który robił mi gastroskopię i kolonoskopię, aż po chirurgów, którzy pomagali, by mi ulżyć i przyjmować mnie będą do szpitala i będą mnie operować. Wszystko to takie naprawdę miłe i życzliwe osoby, a tak źle się o służbie zdrowia mówi…..
Czyli nadal mogę odliczać, oprócz dzisiejszego dnia pozostał mi tylko piątek i sobota, a w niedzielę już około południa stawiam się z moją”  fioletową szpitalną  wyprawką” na Klinice.
Teraz codziennie mierzę sobie cukier i żeby nie „podpaść” lekarzom trzymam anty – cukrowa dietę, co czasami mi się udaje, czasami mniej.

Tak wczoraj zapowiadali, że miał być to przepiękny i ciepły dzionek. Co prawda rano słonko ładne świeciło i owszem, ale już po godz 13 zrobiło się ponuro i było coraz chłodniej, tak więc wracając z pracy do domu pod wieczór nawet lekko zmarzłam. Możliwe, że i ten wciąż niedoleczony jeszcze katar mi przeszkadzał, ale może jeszcze nie czas na radykalne zrzucanie zimowej odzieży? A może to Starość….k….. starość, (czyli to co nazywam w skrócie SKS – sem), bo wracając autobusem prawie że zaczęłam się trząść z zimna, gdy zobaczyłam pewnego młodzieńca  ubranego tylko w T-shirt z krótkim rękawem.
No tak młodych miłość i energia rozgrzewa, też taka kiedyś byłam, jeszcze trochę z tych czasów pamiętam…… ale kiedy to było…….
Dzisiaj też niby jest ciepło, teraz termometr wskazuje w Krakowie 14 stopnie, ale niestety jest teraz ponuro.
A wczoraj moje kolana bardzo obawiały się o dzisiejszą pogodę, ba, nawet sugerowały mi, że mogą być opady.Kto wie?

Ale na wszelki wypadek życzę słonecznego czwartku, czwartku? ale te dni szybko lecą

nietypowa, fioletowa róża dla mojej środowej Przyjaciółki

 

Dzisiaj fioletowo ( bo to ostatnio jakoś zrobił się mój ulubiony kolor)  witam Ciebie Ulu w swoim blogu w tym radosnym dniu dla nas obu (środa) i posyłam Ci wiele uśmiechów z niezwykle wiosennego Krakowa,
Aż gębusia się uśmiecha, gdy widzi się te małe zielone pączki na drzewach (teraz już tylko takie podziwiać będę), te krokusy przy niektórych blogach i nieśmiało rozwijające się żonkile. Mam nadzieję, że u Ciebie też tak radośnie wiosna się właśnie rozpoczęła.
Właśnie przeczytałam : Osoby które identyfikują się z kolorem fioletowym są zazwyczaj wielkoduszni, władczy, pełni ducha, bogaci w myśli, poszukują odpowiedzi na pytania egzystencjalne, bardzo uczuciowi i o dobrej intuicji.
Ludzie lubiący kolor fioletowy często uważają się za osoby religijne, a ponadto potrafią nie tylko pomóc sobie, ale innym w znalezieniu właściwej drogi. Jeśli ktoś należy do takich osób to będzie posłuszny samemu sobie. Fiolet także kojarzy się z majestatem i zazwyczaj oznacza najwyższą jakość. Powiązany jest też z czasem, przestrzenią i kosmosem.
Tajnym odpowiednikiem koloru fioletowego jest kolor biały. 
Co prawda nie wiem, co oznaczają słowa „tajny odpowiednik”, ale fakt, biały kolor też mi nawet odpowiada.
Tylko, że ten fiolet tak jakoś ostatnio mnie dopadł,  prawie wszystko, co sprawiłam sobie na „szpitalną wyprawkę” jest właśnie w tym kolorze….czy to coś oznacza? Nie wiem, ale na wszelki wypadek fioletowo Cię Ulu pozdrawiam i życzę wszelakiej pomyślności na następny cały tydzień.

Wczorajszy dzień był taki dla mnie nieco poplątany, mogłabym sobie zaśpiewać „trochę dobrze, trochę źle”
Ale już wiem na pewno, że tak do końca nie można wszystkiego zaplanować, zawsze jakiś margines na poprawki trzeba zachować.
A wszystko zaczęło się od mojego jednego telefonu. Otóż Magda poradziła mi, żebym na wszelki wypadek zatelefonowała do tego szpitala, do którego wybieram się w niedzielę i dokładnie dopytała się, o której godzinie mam przybyć, skoro to jest taki nietypowy dzień tygodnia.
Okazało się, że nigdzie nie jest zapisane, że tam mam się zgłosić, mimo, że na własne oczy widziałam, jak doktor chirurg, który ma mnie operować własnoręcznie w komputerze mnie do systemu wprowadzał i zatwierdzał datę przyjęcia.Przyznaję, lekko się zdenerwowałam, zwłaszcza, gdy panie rejestratorki mi oświadczyły, że żaden chirurg nie ma prawa mnie u nich rejestrować, co najwyżej ja miałam podejść do nich, by uzyskać termin.Cóż miałam robić? Zatelefonowałam do pana doktora chirurga, na szczęście w telefonie miałam zapisany jego numer.
Pan doktor Marcin był bardzo zdziwiony tym, co ode mnie usłyszał, ale był bardzo miły i obiecał,że wszystko załatwi, tylko żebym się tym nie martwiła Obiecał, że potem do mnie zatelefonuje, bo akurat był poza szpitalem i wszystko mi objaśni. Równocześnie przeprosił, ale musi moje przyjęcie na Klinikę Chirurgiczną przesunąć o kilka dni, bowiem według pierwszego terminu będzie w Klinice nieobecny. Tak więc na Klinikę będę przyjęta dopiero 13 kwietnia (a nie jak wcześniej miałam być przyjęta 8 kwietnia), a dzień później pójdę pod nóż.
Oczywiście jeżeli zdążę pozałatwiać ten termin na Oddz Wewnętrznym. Cały dzień czekałam na telefon od miłego pana doktora, co chwilę spoglądałam, czy nie było rozmowy, mimo, że telefon nosiłam przy sobie.
Oczywiście telefon zadzwonił, gdy byłam w sklepie i wcale go nie  słyszałam, ale i szybko ten telefon wyłapałam i sama do doktora zadzwoniłam. Okazuje się, że pan doktor nadal był poza kliniką, więc nie miał dostępu do komputera i nic nie mógł wyjaśnić, ale powiedział, że zlecił sprawdzenie tej sprawy swojemu asystentowi, który ma do mnie zadzwonić i do końca o sprawie poinformować. Ale pocieszył mnie, że najprawdopodobniej to był jakiś błąd i wszystko wyjaśni się na moją korzyść, czyli prawdopodobnie pójdę  do szpitala jednak w niedzielę. No nic, muszę cierpliwie poczekać co z tego wyniknie.

Ale to nie jedna moja przygoda wczorajszego dnia. Po pracy postanowiłam jechać z pętli tramwajem, aby wysiąść koło Filharmonii, a potem skręcić w ul Zwierzyniecką. Tam jest sklep z produktami Milda.Tylko zapomniałam o wielkim remoncie torowiska  na ul Podwale i zamiast skręcić w prawo, tramwaj pojechał w lewo pod Dworzec, a potem pod pocztę Główną i dalej tramwaj jechał już prosto, tylko akurat nie w moim kierunku. Więc musiałam wysiąść przy ul Gertrudy i przejść na drugą stronę ulicy, aby wsiąść w tramwaj, który pojedzie tam, gdzie akurat ja zechcę. Po drodze postanowiłam odwiedzić market, który jest umieszczony w lokalu po byłym znanym krakowskim kinie Wanda. Weszłam i przypominałam sobie: tu był hol, obok kasy biletowe, a tam była wielka sala kinowa, przemieniona teraz w olbrzymią halę. Ale klimat sklepu całkowicie nie przypadł mi do gustu. Na dziale owocowym banany były już w brązowe kropki, czyli nadawały się natychmiast do konsumpcji, przy stoisku z wędlinami krzątały się co prawda dwie, a przelotnie i trzy panie, które były zajęte jakimiś porządkami i żadna z nich nawet nie zauważyła, że klientka, czyli ja stoję i czekam, aż do mnie podejdą,Zdenerwowało mnie to,więc poszłam w stronę półek chłodniczych, ale jakoś żaden towar szczególnie mnie tam nie zainteresował, Wzięłam więc jakiś byle jaki serek do koszyka, pęczek rzodkiewek i znów podeszłam do działu wędliniarskiego, ale tym razem stała już kolejka klientów, więc zaniechałam wędliniarskich zakupów i udałam się w kierunku kasy, po drodze wsadzając jeszcze jakieś słodycze dla Mii.. Było mi bardzo gorąco (fakt, ubrałam się jakby na wyjazd na Syberię- sweterek z golfem, na to bluzka sweterkowi, grube spodnie, botki i w dodatku ciepłą zimową kurtkę, a tu upał lał się z nieba, ponad 15 stopni), kolejka posuwała się żółwim krokiem, właściwie nie, nie posuwała się, bo była jedna kasa z okropnie powolną kasjerką i jeszcze bardziej niesforną klientką. Jeszcze moment i tu zemdleję, pomyślałam sobie, więc porzuciłam koszyk z towarem koło kasy i wyszłam sobie  łyknąć świeżego powietrza, oczywiście wcale już tam nie wracając. Co prawda raczej nie bywam w tych rejonach, ale na wszelki wypadek ten niesympatyczny sklep będę omijała z daleka.
Na szczęście potem wsiadłam we właściwy tramwaj, tzn taki, który zawiózł mnie w zaplanowane miejsce,
Swoją drogą, straszne jest, że chcąc z pracy do domu muszę objeżdżać dookoła cały Kraków i w dodatku się przesiadać. Czyli teraz pozostanie mi tylko powrót autobusem 194, chyba, że komuś też wpadnie coś do głowy i na przykład zaczną nagle remontować  również Aleje.
Ten cały remont wokoło Plant jest wstępem do przeprowadzanej regulacji ruchu jednokierunkowego pomiędzy Uniwersytetem a Dworcem głównym, czyli ktoś tak to wymyślił, że cały ruch spod Wawelu będzie kierowany w stronę i tak zakorkowanych wiecznie Alei – gratuluję pomysłu.
Dla mnie nie jest to aż tak bardzo ważne, bo na szczęście nie jestem kierowcą, a ten który mnie będzie woził niech sam sobie głową pokręci, ja tylko będę wygodnie i beztrosko sobie jeździła i tylko  biernie  błądziła po zapchanym Krakowie.
No dobrze, zboczyłam z tematu.
 Wysiadłam wreszcie na zaplanowanej ulicy i udałam się do sklepu, gdzie  zakupiłam nowego elektronicznego papierosa (jeden z tych zakupionych wcześniej niestety już mi szwankuje, chyba wysiadła w nim grzałka, bo  rozgrzewa się niemiłosiernie), a po drodze odwiedziłam jeszcze Bank PKO BP, gdzie mi upchnęli
kartę kredytową (chociaż całkiem co innego miałam tam załatwić) no i na końcu odwiedziłam sklep Lewiatan, gdzie już bez żadnych kłopotów dokonałam zakupów, z którymi, zmęczona jak cholera) ledwie żywa i spocona, jak mysz powróciłam do domu.
Ta szybka i diametralna różnica temperatur może doprowadzić człowieka do padnięcia. Oczywiście przy takiej zmianie całkowicie „wysiadają” moje bardzo wrażliwe stopy, więc chodzę wtedy na nich, jakbym stąpała po rozżarzonych węglach.

A dzisiaj mamy następny piękny i słoneczny, cieplutki  dzień. I bardzo dobrze. Niech tak już pozostanie.

Miłej środy.   

5 dni do…..

 

 

No i tak sobie do niedzieli będę odliczać, a potem, już po wyjściu ze szpitala znów na nowo włączę moją odliczankę aż do następnego pójścia do szpitala.
Swoją drogą szybko nawet mi ten czas oczekiwania minął, może dlatego, że bardzo długo oszukiwałam siebie, starając nie myśleć o tym, co mnie czeka.
Teraz już dłużej nie mogę się oszukiwać, przez co mój blog znów się robi monotematyczny, przepraszam z góry za to, ale to jest tak zwana wyższa siła.
Dwa ni temu śnił mi się mój Tatuś. Wcale nie lubię, gdy mi się śni, bo On zawsze przestrzega mnie przed jakimś niebezpieczeństwem, albo przed jakąś tragedią, która ma nastąpić, albo przed złymi wiadomościami.
Ale jestem dobrej myśli, bo tym razem śnił mi się bardzo pogodnie, bardzo się ucieszyłam z Jego wizyty, był taki ciepły, miły, obdarowywał mnie prezentami….
I jakoś wcale nie zapraszał mnie do siebie, więc może jednak nie tak szybko z Nim się jeszcze spotkam…..
No, różne człowiek miewa myśli, szczególnie przed tym, co jest dla niego nieuchronne. Ale sama chciałam, nikt mnie nie namawiał.
Wybrałam mniejsze zło, czyli najpierw  troszkę pocierpię, a potem wszystko wróci do normy, niż postępujące kalectwo z powodu dużej nadwagi.
Czytam co prawda o tych cudownych środkach, jak zielona kawa, czy o ostatniej rewelacji, czyli o  zielonym jęczmieniu, który pozwala zbić sporo kilogramów.
Tylko ja już to wszystko przerabiałam w swoim życiu, co prawda nie piłam tych świństw, ale sporo schudłam( mój rekord to 29 kg), tylko niestety zawsze wraca ten cholerny efekt jojo. A tu się tak  nie da , żołądek będę miała malutki jak u ptaszka i porcje też w związku z tym będą malutkie. No chyba, że się uprę i będę zajadała codziennie po 1 kg czekolady i innych łakoci, rozepcham sobie żołądek i cala operacja obróci się w niwecz. Tylko z drugiej strony i to nie byłoby wcale takie  łatwe, bo z chwilą, gdybym zaczęła „normalnie” jeść miałabym olbrzymie kłopoty z żołądkiem i spory dyskomfort, więc pewnie sama bym przed tym się broniła.
Muszę się przyznać, że w tej chwili bardziej niż operacja, stresuje mnie sam pobyt w szpitalu. Nie rozumiem dlaczego, przecież już wiele razy w szpitalu leżałam, dawałam sobie radę i żadna krzywda mi się nie działa. A teraz tak się czuję, jakbym w ogóle  po raz pierwszy w życiu szła do szpitala.
Oczywiście dla „pokrzepienia duszy” wymyślam sobie optymalnie złe sytuacje, a to brak brodzika do mycia ( do wanny bezpiecznie nie wejdę), a to te moje dziwnie przesypiane noce z budzeniem się co 2 godziny  (przecież nie będę się kręciła po korytarzu) i  o wielu więcej jeszcze innych możliwościach  napotykanych przeze mnie ewentualnych  kłopotów, czym się tylko „podkręcam” i coraz bardziej stresuję. Dobrze, że na wszelki wypadek mam  hydroxizinum  na uspokojenie, mam nadzieję, że pozwolą mi ją tam zażywać.
Boże, ile się człowiek musi namęczyć,zanim umrze!!!!!
A o resztę będę się martwić już po świętach, chcę tą najbliższą Wielkanoc mieć spokojną  i w miarę bez stresów, chociaż tych na pewno nie uniknę i to z wielu powodów.
Wszak będą podawali same pyszności ( mam w planie zrobić, podobnie jak w zeszłym roku paschę), a tu nici z podjadania, na 8 kwietnia cukier muszę mieć  w normie. A robiąc teraz codziennie pomiary widzę, że troszkę więcej jedzenia i już cukier nieco podskakuje w górę, nawet nie jedząc słodyczy, czyli na wpływ u mnie na cukier ma nie tylko jakość, ale i ilość skonsumowanego poprzedniego dnia jedzonka.Czyli wniosek jest jeden, dzień powszedni, czy świąteczny, muszę z jedzonkiem uważać!!!
Trudno, już dosyć w moim życiu słodyczy się nałykałam :-). Teraz pora na post, skoro chcę być w miarę szczupła (ale będzie heca, gdy będę ważyła na przykład 40-45 kg mniej, aż mi się nie chce wierzyć, że to jest możliwe) i przede wszystkim chcę być zdrowa no i jeszcze trochę chcę sobie pożyć, przynajmniej do tej setki:-)

Wczoraj Orange przechodziło jakiś armagedon, nagle sieć straciła połączenia, tak więc nie działała ani telefonia miejska, ani komórkowa, o internecie nie wspominając,
To musiała być jakaś większa chyba awaria, bo całą noc była sieć nieosiągalna ( no chyba, ze włączyła się nad ranem)

Katarek jakby pomału ustępował, co prawda jeszcze ciut męczy, ale jest już lepiej. Taki przełom miałam wczoraj popołudniu, gdy prócz kataru zaczęło mnie łamać we wszystkich kościach (czyżby znów miała nastąpić niedobra zmiana pogody) i marzyłam, żeby już skończyć pracę i taksówką jak najszybciej do domu powrócić, gdzie już czekał na mnie mój zbawienny Nimesil.
A potem jakoś chwilkę się zdrzemnęłam  i ból zaczął zanikać i katar zrobił się mniej dokuczliwy i obfity, co zdecydowanie widać było po moich chusteczkach.
Ale jednak całkowicie nie ustąpił i wciąż jeszcze zdarza mi się głośne A PSIK.
Czyli nie jest źle, a jutro będzie jeszcze lepiej….tylko….. ale zawsze jest takie tylko, nie tylko zresztą u mnie.

Ale dzisiaj Was wynudziłam swoja osobą, ale gdzieś te wszystkie swoje „żale” umieścić przecież muszę

No to dobrego dnia wszystkim życzę. :-).

6 dni do…..

 

 

poniedziałek 6 dni do….wiadomo…..nie chcę się powtarzać

Już wiosna, nawet gdzieniegdzie bociany już przyleciały, ale rano dzisiaj temperatura była na minusie.
Jak to dobrze, że idę dzisiaj na popołudnie, bo wtedy temperatura znacznie ma się podnieść.
Zaglądałam dzisiaj do mojego gniazda w Przygodzicach, na razie wciąż puste, widać nasz Dziedzic i Przygoda jeszcze nie dolecieli. A może to już będzie całkiem inny Dziedzic i całkiem inna Przygoda?
Za mną ‚zasmarkany” weekend, myślałam, że w poniedziałkowy poranek obudzę się ożywiona i rześka, a tu nic z tego, niestety nos nadal zajęty katarzyskiem i huczy nadal mi we łbie. Zresztą przez ten katar kilka razy w nocy się budziłam, więc jestem całkiem niedospana.
No tak, ale nieleczony katar trwa tydzień, a leczony „tylko” siedem dni, co jednak nie zawsze się sprawdza, czasami się choroba przedłuża.
I pewnie nic już ciekawego dzisiaj nie napiszę w blogu, bo nie wiele się na razie u mnie zmienia,wciąż jestem w oczekiwaniu.
A za tydzień o tej porze na pewno nie będzie wpisu do blogu, myślę, że będę wytłumaczona, Będę zajęta bieganiem na przeróżne badania, zresztą nie będzie pewnie ogólnodostępnego netu, a niestety nie mam rutera, np. orangu, który można podłączyć do laptopa, by coś tam sobie pooglądać.
Trudno, te trzy – cztery dni będę na odwyku, co dobrze zrobi na moje oczy. Będę miała co prawda telefon z dostępem do netu, ale na nim nie potrafię pracować, jak na laptopie, jest zbyt dla mnie mały i szybko oczy mi się męczą. A zresztą głupio z laptopem być w szpitalu, a nóż ktoś go gwizdnie?
No to życzę przyjemnego poniedziałku wszystkim

Wiosna, ach to Ty

 

 

Wiosna ach to Ty… Dzisiaj rano niespodzianie zapukała do mych drzwi Wcześniej niż oczekiwałem przyszły te cieplejsze dni Zdjąłem z niej zmoknięte palto, posadziłem vis a vis Zapachniało, zajaśniało wiosna, ach to ty Wiosna, wiosna, wiosna, ach to ty…………

Nareszcie! Ta piękna, uśmiechnięta wiosna do nas wreszcie zawitała. Od razu człowiekowi radośniej na duszy się robi.
I nawet te przedwczorajsze, wczorajsze kłopoty wydają się jakby mniej ważne.

Tylko, że mnie jakieś przeziębienie akurat złapało, mam katar i kicham i prycham, a w głowie mam jeden huk.
Dobrze, że jest weekend, to sobie poleżę i ten katarek wygrzeję.
No to wskakuję już do ciepłego łózia. Na razie papa.
Miłego pierwszego dnia wiosny, miłej soboty



ciekawy piątek

Całkowite zaćmienie Słońca z 20 marca 2015 będzie widoczne nad północną częścią Oceanu Atlantyckiego, na Morzu Norweskim i Morzu Arktycznym. Pas całkowitego zaćmienia przejdzie niemal wyłącznie przez obszary morskie – jedynymi obszarami lądowymi, na jakie natrafi, są Wyspy Owcze i Svalbard. Swoje maksimum zaćmienie osiągnie na wschód od Islandii, gdzie faza centralna potrwa 2 minuty 47 sekund.

Zaćmienie będzie widoczne jako częściowe w całej Europie, a także na większości obszaru Afryki Zachodniej, Afryki Północnej oraz na części obszaru Bliskiego Wschodu, Azji Środkowej i azjatyckiej części Rosji. W Polsce przesłonięciu ulegnie – w zależności od regionu kraju – od ok. 65% do ok. 80% tarczy słonecznej. Będzie ono widoczne od ok 9:40 (CET) do ok. 12:06 (CET)[1].

Jest to najbliższe całkowite zaćmienie Słońca widoczne w Europie (kolejne nastąpi 12 sierpnia 2026). Na końcu swojej drogi po powierzchni Ziemi cień Księżyca dotrze do bieguna północnego.

Tak więc wszyscy dzisiaj jedziemy zaopatrzeni w specjalne szkiełka oglądać całkowite zaćmienie naszego ukochanego słonka.

To pierwsza ciekawostka tego dnia.
Jest jeszcze druga i o wiele lepsza wiadomość na dzisiaj:

Tak, tak, dzisiaj bardzo późno wieczór zawita już do nas astronomiczna  W  I  O  S  N  A  !!!!!!

Hurra, nareszcie. I chociaż, że nas straszą, że zima tak całkowicie jeszcze nie odpuściła już cieszymy się rozkwitającymi pąkami listków, i pojawiającymi się gdzieś nieśmiało małymi wiosennymi kwiatuszkami i tym słonkiem na niebie, chociaż nie raz przesłonięte jeszcze będzie deszczowymi chmurkami.
Nareszcie zacznie się kwilenie ptaszków i będzie kolorowo i radośnie.

Przedwczoraj „zepsuli” mi w domu internet, trzeba było dokonać zamiany hasła, bo znów „domorośli Hakerzy” odkryli tajemnicze hasło. Skute tej całej wymiany hasła był taki, że na wieczór i całe przedpołudnie straciłam w domu dostęp do sieci, na szczęście Ksawer telefonicznie poinformował mnie, że internet domowy już działa, więc po powrocie z pracy do domu moje netowe  życie znów odżyło.

Jak już wczoraj pisałam, moja ostatnia „powinność” przed następną sobotą została wykonana, teraz tylko muszę pilnować tych moich cukrów, aby za bardzo mi nie fikały, będę sobie robić codzienne poranne pomiary, bo nareszcie mam nowe paski do glukometru no i wymieniałam w nim baterię na nową.
Oczywiście zero odwiedzin jakichkolwiek cukierni i innych restauracji, chociaż wczoraj byłam w pobliskiej Trattorii Amici na pysznej zupie –  kremie chrzanowym z wanilią, do tego dostałam jeszcze 2 grzanki, to był mój obiad. Nie za wiele, trzeba przyznać. Ale teraz chodzi nie tylko o ilość, ale i o jakoś spożywanych dań.
Odkryłam nowy pyszny serek biały Capri, typu włoskiego, o dosyć zbitej konsystencji. Niestety wczoraj  go nie odnalazłam w moim sklepie, więc kupiłam serek kremowy Łaciaty z czosnkiem, też bardzo smaczny.
Czyli na białym serku też da się żyć, można co najwyżej zmieniać ich gatunki.
Zresztą i tak te wszystkie „wędlinki” są po jednym smaku, chociaż wczoraj kupiłam sobie troszkę krakowskiej kiełbasy, bo jest chuda i w miarę smaczna
Można plasterek takiej kiełbasy położyć jako ozdobę serowej kanapki. Są jeszcze nowalijki, ale nie jestem do końca w tych smakach zauroczona, chociaż od czasu do czasu szczypiorkiem, czy młodą cebulką można serek też okrasić – wszak mamy już wiosnę!!!!
I tu mam ciekawostkę : w niektórych częściach kraju szczypiorek i młoda cebulka mają całkowicie przeciwstawne znaczenie.
U nas w Małopolsce szczypiorek jest cieniutki, a młoda cebulka nieco grubsza, zakończona właśnie niewielkimi białymi cebulkami.
Wydaje mi się to całkiem logiczne i nie rozumiem, czemu gdzieniegdzie taką cebulkę nazywają szczypiorem??

Rano spotkała mnie bardzo miła niespodzianka przy mierzeniu poziomu mojego cukru. No nie, nie jest on jeszcze całkowicie doskonały, ale jego poziom spadł o połowę od tej wartości, którą robiłam przed wizytą u pani doktor, co bardzo mnie cieszy.
Czyli co to oznacza? Ewusia potrafi, tylko musi nieco nad sobą popracować. Oj musi, musi, zwłaszcza, że wiosna za pasem no i nowe plany na nowe życie.
Tylko jeszcze ta wygrana w lotka by mi się przydała, te domy naprzeciwko mojej przychodni tak szybko rosną w górę…….

Życzę przyjemnego piątku i wiele atrakcji przy podglądaniu zaćmionego słońca.
W Krakowie to zjawisko ma nastąpić 7 minut przed godz. 11, a więc już nie długo!!!



tak sobie

Tak sobie, dla poprawy humoru daję piękną gałązkę frezji. Czy czujecie, jak pięknie w moim blogu dzisiaj zapachniało?

Przyznaję, że mój humor coraz bardziej „siada”, oczywiście przed naporem stresu, pod którym ostatnio jestem.
Przede mną jeszcze półtora tygodni „wolności”, a potem szpital.
Dzisiaj idę do lekarza pierwszego kontaktu, gdzie wyjaśni się sprawa mojego cukru, no i oczywiście przy okazji będę do szczepiona przeciw żółtaczce.
Czyli ostatnie dni „kręcą się” wokoło decyzji, którą przed kilkoma miesiącami podjęłam.
Teraz boję się tylko, żeby mój podwyższony cukier nie okazał się przeciwwskazaniem do operacji, bo to oznaczałoby odwleczenie mojej decyzji w czasie, a nie wiem, czy następnym razem już bym się zdecydowała. Dlatego poddałam się reżimowi, staram się jeść dietetycznie i zażywam regularnie leki, według lekarskich zaleceń. Ważne, co powie jutro pani doktor, ale i tak mam jeszcze jakiś tydzień z małym haczykiem do uregulowania tego poziomu cukrowego.
I o to chodzi.
Już jestem po wizycie, nie mogłam wcześniej zamieścić blogu, bo nagle w domu straciłam internet. Mam nadzieję, że po powrocie  z pracy wszystko
powróci do normy.
Cukier mam wysoki, alei tak o połowę niższy niż ostatnio, dostałam tabletki na uspokojenie nerwów przed operacją no i najważniejsze „straciłam” prawie 9 kilogramów, co dziwne, wcale nie stosując żadnej specjalnej diety, po prostu mniej jem, albo raczej inaczej jem ( nie tłusto), a moe jakiś przycisk w mózgu mi się zapalił, że moja waga musi się obniżyć przed operacją? nie wiem.
Teraz ide sobie popracować troszkę. Na razie, miłego i słonecznego dnia. U nas cieplutko, na szczęście.