nie ma to jak kawka w plenerze

Pewnie, że można napić się jej w domu, można zalać rozpuszczalną kawę wodą, albo zaparzyć (jak kto posiada) w ekspresie, ale gdy się jest na letnim wyjeździe można troszkę pogrymasić, nieprawdaż???
Wtedy idzie się do Parku i na tarasie stylowej kawiarni o wdzięcznym imieniu Sissi kawka smakuje wprost wybornie. A że trzeba troszkę pieniędzy z kieszeni wysupłać ? Nie bądźmy małostkowi, wszak to FUN, wakacje, na oszczędzanie pozostanie mi cały rok.
Wtedy nawet, wspominając miłe letnie dni, chleb z masłem smakuje, nie wspominając o zalewanej kawce 🙂
Wczoraj był w miarę spokojny dzień, tylko z jednym zabiegiem – pole magnetyczne na kolana, oczywiście z obowiązkową wizytą w Pijalni.
A ponieważ w miarę szybko to załatwiłam, miałam czas, a przede wszystkim ochotę na kawkę w kawiarni Sissi.
Zresztą nie mam wykupionego czajniczka z recepcji – dawniej dawali go za darmo w prawie każdym sanatorium, teraz zdzierają na biednym kuracjuszu gdzie tylko się da. Ale czajniczek jednak w poniedziałek (dopiero) wykupię, bo gdy przychodzę wieczorem do pokoju chętnie napiłabym się herbatki, na przykład owocowej. No i zaoszczędziłabym na tych porannych kawkach w kawiarni, robiąc ją sama, tradycyjnie w pokoju.
A może w ogóle odzwyczaję się od tej porannej kawki? Przez trzy dni, skoro świt, jak moja prywatna tradycja każe, jej nie piłam, ewentualnie później o niej pomyślałam, albo i nie (ze sknerstwa!!!!!)
Ale dzisiaj dzień świąteczny, więc na pewno Kawiarenkę Sissi, a raczej jej tarasik odwiedzę. Zresztą tam wiecznie są wszystkie stoliki zajęte, więc trzeba iść w miarę prędzej, tak koło 10 -11. A co, przynajmniej w tej materii sobie poużywam. A potem spacerek, ławeczka i niedziela minie.
Niestety jakaś franca w mój kręgosłup wlazła i nie mogę daleko chodzić, bo ból jest okrutny, jakbym miała drąg w krzyżach. Ale muszę potrenować, bo gdy Kamilka z Shiranem odwiedzą, pójdziemy spacerkiem do tych Czech na piwko. Co prawda ja piwa nie lubię, nigdy go nie lubiłam, najwyżej tam czeskiej kawki się napiję.
To nie jest daleko ode mnie, około 2 km, ale jeszcze na razie kręgosłup mnie hamuje, może po tych błotach, czyli po borowinie troszkę popuści, ale to dopiero w przyszłym tygodniu mam te zabiegi borowinowe. Zobaczymy!
Póki co cieszę się Deptakiem, po którym jeździ ku uciesze dzieci ciuchcia, obwożąc ich po cały parku. Wesoła ta ciuchcia, przez całą trasę piosenki puszcza, oczywiście też i tę „jedzie pociąg z daleka…”

Życzę udanej niedzieli.

P.S, jak to miło o polityce nic nie pisać, chociaż czasami ja obserwuję, ale w znikomych ilościach, wszak mam wakacje, od polityki też 🙂

nie mam czasu, zabiegana jestem…….

niestety moje wpisy będą teraz lakoniczne. Co prawda dzisiaj mam tylko jeden zabieg,ale tyle się dzieje….szkoda czasu na siedzenie przy komputerze, gdy za oknem świat się śmieje.
W Kudowskim Parku życie kwitnie od rana do wieczora, całe tłumy ludzi sie przez Park przetacza, piją wody, jedzą gofry, liżą lody – nic tylko trzeba trzymac sie za kieszeń, żeby potem nie zbankrutować.
Na razie mi się to udaje, chociaż wczoraj musiałam sobie kupić specjalny kubek do wody w pijalni za całe 12 zł – zgroza, ale co to jest przy innych cenach> na przykład gałka lodów kosztuje aż 5 zł!!!
Ale jakby nie było, to jest kurort, więc ceny są wystrzałowe!
Przejazd specjalną ciuchcia po Parku to dobre dla dzieci, ale podoba mi się, gdy taki przedpotopowy pociąg na mnie trąbi .:-)
No to chodzę na spacery, piję wodę mineralną, zabiegam na zabiegi i czas leci.
Sanatorium takie w formie starego Zameczku, jadalnia co najmniej jakbym w pałacu śniadała.
Co chwilę odkrywam nowości w pokoju, wczoraj odkryłam np, ze ….mam lodówkę schowaną w meblach, po prostu cos zabuczało, sprawdziłam, rzeczywiście lodówka. Będzie gdzie mleczko do kawy trzymać 🙂
Mieszkam sama w trzy osobowym pokoju, co wcale mnie nie przeraza, nawt wręcz cieszy, zwłaszcza, ze nie szukam towarzystwa.
Jutro ciag dalszy, teraz pędzę na śniadanie i potem na zabieg
Wesołej soboty

po przeprowadzce

nie mam się czym chwalić, niestety źle zareagowałam po przyjeździe, ból mi oczy całkiem przesłonił i chciałam wracać do Krakowa
Na szczęście moja Rodzina zareagowała i rozmawiała z panem doktorem, który wpisał mi w akta niezrównoważona psychicznie (chciał mnie już odesłać do Krakowa)- ale byłby wstyd) i w końcu przenieśli mnie do innego sanatorium, w samym środku Parku i teraz już nie muszę robić kilometrów z Sanatorium na zabiegi (około 1 km w jedną stronę – daleko) i ł= nie muszę łazić po piętrach
Mieszkam na parterze w pokoju 3 osobowym, ale będę cały turnus sama, więc luksus no i najważniejsze, że mieszkam w Parku, co prawda nie Krakowskim, a Kudowskim, który jest jeszcze piękniejszy, pełno w nim palm jam na południu świata i pełno kwiatów – będzie co fotografować.
Trochę mi wstyd za przedstawienie, które odstawiłam przy przyjeździe, ale w sumie się opłacało, mam o wiele lepsze warunki.
To tyle na dzisiaj, bo dzień bardzo bogaty w przejścia, przeprowadzka (dobrze ze są ludzie dobrej woli którzy przy niej pomogli), nowe rozeznanie w terenie itp
Jutro napiszę więcej
Pogoda cudowna!!!!

wstał piękny, słoneczny czwartek

A wczorajszą róże dla Uli przeznaczoną znów wcięło, wiec dzisiaj nie daję żadnego zdjęcia,dobrze, że chociaż wczoraj Ulka ją dojrzała.
Coś ta strona się popsuła, wywala obrazki.
A w Kudowej dzień jak co dzień, tylko niestety nie dla mnie, bo mnie wszystkie stawowe bóle dopadły dobrze, że mam Nimesil ze sobą Wszystko wskazuje na to, ze dzisiaj kończę tu swój pobyt, trochę szkoda,ale..
może kiedyś, gdy nabiorę sił i dystansu do sprawy wszystko opiszę
Na razie miłego czwartku życzę

Jest środowa tradycja…..

i jest róża dla Uleczki.
I kropka koniec, nic więcej.
Przynajmniej do czasu, gdy coś się zmieni, na dobre, albo na złe.
Ale tego jeszcze nie jestem pewna!!!!
Dzisiaj wstał nowy, wydaje się nieco lepszy dzień niż wczoraj, gdy po podróży byłam bardzo zmęczona i zniechęcona, wręcz źle do zmian nastawiona.
Kudowa Zdrój jest piękna, ale przywitała mnie deszczem, nie wiele jeszcze mogłam podziwiać, może dzisiaj będzie lepiej?
Na razie rozpoczynam życie kuracjuszki i nie mam wiele czasu na pisanie blogu, idę na śniadanie, a potem na zabiegi,czyli będę zabiegana, jak nigdy 🙂
No to na razie Buziaczki środowe dla Ulki i pozdrowienia dla Wszystkich.

żegnaj Krakowski Parku na trzy tygodnie

Tak sobie wczoraj na pożegnanie zdjęcie jeszcze jedno w Parku wykonałam, będę miała co oglądać w tej Kudowie Zdroju.
Bo tam też jest podobno bardzo ładny Park, ale na pewno nie będzie miał tyle uroku co Park Krakowski, nie będzie w nim tyle sentymentów, wspomnień…..

Wczoraj miałam dosyć zabiegany dzionek.
Przede wszystkim wreszcie załatwiłam sobie prolongatę programu Cyfrowy Polsat, teraz już mam przez dwa i pół roku zapewniony dobry program, ale nie to jest ważne, trochę mnie jednak w tym Cyfrowym Polsacie zadziwili, bo nie dość, że obniżyli mi abonament o całe 5 zł, co w czasach, gdy wszystko drożeje jest dosyć zadziwiające, ale w jeszcze większe zdumienie wprawiła mnie wiadomość, że z powodu tego, że jestem długoletnim odbiorcą tego programu, dostałam specjalny bonus, mianowicie 3 miesiące przez ten cały okres zawartej nowej umowy będę miała za darmo. NIESAMOWITE!!! Ale tak wyraźnie „stoi” napisane na umowie, którą podpisałam.
Czyżby było to spowodowane dobrym wpływem dobrej zmiany na pana Solarza, który jest prezesem Cyfrowego Polsatu, a ostatnio podobno przeszedł na tę druga stronę ( tej złej) mocy.
Nie ważne, niech sobie wierzy w co chce, grunt, że ja będę trzy miesiące oglądać Cyfrowy Polsat za darmo, co oczywiście wcale nie oznacza, że zmieniam swoja opcję polityczną, nadal wiernie tkwię po Niebieskiej Stronie Mocy i to się na pewno nie zmieni!!!!
Przyznam, że byłam bardzo miło zaskoczona.?
Potem wstąpiłam jeszcze do Rossmanna po moją ulubioną miękką gąbkę i nowe pantofle, a na koniec jeszcze zaopatrzyłam się w moim ulubionym sklepiku, w którym urzęduje przemiły pan Kamil w liguidy do mojego elektrona (a nawet dwóch elektronów), no i wtedy mogłam sobie jeszcze pójść po odpoczywać chwilkę w Parku. tym razem nie siedziałam na mojej ulubionej ławeczce, byłam w tej drugiej, mniej przeze mnie uczęszczanej części Parku, tuż koło wciąż nieczynnej, nie wiem czemu, fontanny, kaczuszek (których nadal nie ma), mając piękny wisus na żółtą łąkę z lilii.
Było nieco pochmurnie, ale parno, wiadomo było, że dzionek deszczem skończyć się musi. I tak było, ale dopiero wieczorem zaczęło padać, a jak się już rozpadało, to na dobre, całą noc padało i dzisiejszy poranek i pewnie też przedpołudnie będą łzawe.
Jednym słowem Kraków płacze za Ewusią 🙂
No a po powrocie do domu zabrałam się za pakowanie walizki, a właściwie to olbrzymiej walizy, pewnie Daria się zdziwi, jaką ciężką walizę do auta będzie musiała taszczyć. Jaka to jednak wygoda, że to nie mnie to dźwiganie ciężarów jest przypisane!!!
No cóż, mimo dobrych chęci, nie udało mi się nie spakować prawie całej szafy ciuchów, ale przecież jakby nie było, jadę do Kudowej na całe trzy tygodnie, muszę mieć więc kilka rzeczy do przebrania.
Co prawda Kazik bardzo się martwił, czy będę miała się w co ubrać na wieczorek zapoznawczy, ale spokojnie, na nie jeden wieczorek ciuchów mi starczy.
Tylko…….. czy ja w ogóle na jakieś wieczorki będę tam chodziła??, raczej wątpię, to już nie te czasy, zdrowie nie to, bo i kręgosłup dokucza i kolana nie funkcjonują jak trzeba i kto by z taką kulawą, starą babą chciał zatańczyć????? 🙂
Nie, to nie jest wcale z mojej strony żadna kokieteria, to tylko niestety smutna samokrytyka……. samo życie…….. 😦
Niestety, czas zabaw minął, a w końcu nie na zabawę tam jadę ale po zdrowie, po zabiegi……
A nowe towarzystwo wcale mi do szczęścia nie jest potrzebne, już to pisałam, stawiam na wypróbowanych, doskonale mi znanych Przyjaciół.
A tu w Krakowie mam ich trochę i to mi całkowicie wystarcza !

Chyba jednak wczoraj wieczorem troszkę byłam zmęczona tymi przygotowaniami i jakieś reise – fiber mnie opanowało i nawet filozoficzne rozważanie „Jechać nie jechać – oto jest pytanie” na Facebooku zamieściłam, ale potem wlazłam pod prysznic i wszystkie obawy z siebie zmyłam i już całkiem spokojna położyłam się spać.
Oczywiście noc była dosyć nerwowa, co jest chyba normalne w takiej sytuacji, miałam „włączone” czuwanie, (mimo, że budzik był nastawiony na 6 rano), co godzinę się budziłam, wreszcie po piątej już wstałam na dobre.
A dzisiaj rano tylko pozostało mi podlać kwiatki, jeszcze sprzątnąć resztki po pakowaniu i oczekuję na Darię, która zaraz po 9 po mnie przyjedzie.
No i co?
W DROGĘ EWUSIU! NIE MA TO TAMTO !!!
NIECH SIĘ DZIEJE CO CHCE!!!
Reszta wiadomości nastąpi już z Kudowej, o ile oczywiście będę miała dostęp do internetu.

NO TO NA RAZIE – PA!!!
DO ZOBACZENIA Z KUDOWEJ ZDRÓJ 🙂

Znów niedobra Ambra coś zeżarła :-(

Nie wiem czemu wczorajszy zamieszczony w blogu obrazek po prostu popołudniu zniknął. Jeszcze rano był, ale potem, gdy weszłam na stronę, niestety już go nie było.
Widać strona wordpress.com też nie zawsze poprawnie działa.
Dzisiaj też przekornie obrazek zamieszczam i…zobaczę potem, na razie jest , taki letni, pogodny……. !!
Wczorajsze niedzielne popołudnie spędziłam oczywiście w Parku, musiałam przecież z nim się pożegnać na te trzy tygodnie.
Nie, nie sama oczywiście miło spędziłam ten niedzielny czas, był ze mną…Kto? oczywiście, Kazik.
Co prawda zrobił mi psikusa, telefonując do mnie już z Parku, gdy jeszcze go nie było na horyzoncie widać, upewniając się, czy rzeczywiście w Parku jestem i życzył mi miłych chwil, mówiąc, że On idzie położyć się spać.
Trochę się zdziwiłam, bo to był środek popołudnia, piękna pogoda, a On o śnie mówi, no tak, ale już po kilku minutach uśmiechnięty i zadowolony z udanego żartu pojawił się na ścieżce tuż koło mojej ławki.
Lubię takie miłe niespodzianki, od razu przypomniał mi się mój Tata, który też zawsze lubił kogoś miło zaskakiwać.
Siedzieliśmy na ławeczce, podziwialiśmy piękno przyrody oprawionej w słoneczną, ale delikatnie schładzaną wietrzykiem przyrodę, a ja wciąż podziwiałam te wrota z drzew ułożone, które prowadziły mnie w dal, jeszcze wciąż jednak na ławce siedząc.
To był taki symbol, jeszcze jestem na miejscu, jeszcze jestem tu, na ławce w Krakowskim Parku, ale przede mną odległa dal, która już mnie wzywa……
I to przemijanie, to mnóstwo przechodzących ludzi, dzieci, psów, które po chwili już gdzieś w tej dali znikali, tworząc następny dzień historii tego Parku.
A dzisiejszy dzień jest już całkiem inny, przygotowawczy.
Chyba również i psychicznie jestem trochę nastawiona na czekającą mnie zmianę, bo co prawda dosyć wcześnie (jak na mnie) wczoraj zasnęłam, nawet jeszcze tuż przed północą, ale już o 3.40 rano całkiem wyspana obudziłam się i …zaczęłam swoje „myślenice”, jak tam będzie, czy szczęśliwie dojadę, czy jeszcze mam coś wcześniej załatwić……
Ot zwyczajne raise -fiber przed wyjazdem, zawsze tak przed jakąś dłuższą podróżą mam taki niepokój. Na szczęście potem jeszcze udało mi się na krótką godzinkę zdrzemnąć, tak więc nie musiałam rozpoczynać poniedziałku w środku nocy 🙂
Tak więc dzisiaj jeszcze muszę chwilkę po Krakowie się pokręcić, powinnam jeszcze iść przedłużyć moją umowę z Cyfrowym Polsatem, muszę kupić jeszcze kilka opakować wkładów do mojego elektrona i nową, miękką gąbeczkę do kąpania.
No a po powrocie z tych zakupów do domu zacznę pakowanie walizki, bo jutro rano już z Krakowa wyjeżdżam do Kudowej. Jadę! tak, jadę!
Chociaż….mam całkiem nowe obawy, mianowicie związane są one ze zwiększeniem zachorowalności na tego koronawirusa i może okazać się, że znów ze względów sanitarno – epidemiologicznego zamkną sanatoria i odeślą nas z kwitkiem.
Wolałabym się dowiedzieć prawdy jeszcze przed moim wyjazdem, bo jednak niepotrzebnie jechać te 400 km nie byłoby mądrym pomysłem, więc dzisiaj na wszelki wypadek jeszcze zadzwonię do sanatorium Koga i upewnię się, czy naprawdę mam po co tam przyjeżdżać.
Jednak póki co jestem wciąż na etapie przygotowań .
Podróż będzie chyba przyjemna, bo okazało się, że jadę autem nie tylko z Darką, ale także jedzie z nami i Wika i Oliwka, będzie więc wesoło.
A dziewczyny, po oddaniu w opiekę swoją Kochaną Cioteczkę medycznemu personelowi, pojadą sobie zwiedzać Wrocław.
Sam Wrocław jest również pięknym miastem, z cudowną Starówką i z wieloma zabytkami, ale również chlubi się najpiękniejszym w całej Polsce ZOO, które Dziewczyny własnie chcą zwiedzić.
Cóż, tyle wpisu na dzisiaj, teraz zabieram się już za przed wyjazdowe przygotowania. Muszę jeszcze dzisiaj podlać moje biedne kwiatki, ale na całe szczęście Magda obiecała się nimi zaopiekować, wystarczy, że raz w tygodniu je podleje.
Dzisiaj niby ma być ciepło i słonecznie, chociaż jakiś nadciągający deszczowy front też zapowiadają.
Wiec póki jeszcze jest dobra pogoda wychodzę z domu a Wam życzę nie tylko bardzo przyjemnego poniedziałku, ale przede wszystkim dobrego, udanego całego tygodnia.

To ostatnia niedziela……

i ostatnia wspólnie wypita kawka tutaj, w Krakowie.
Ale nie bójcie się, wrócę do Krakowa, do Was, do mojego domu i do mojego Kochanego Parku Krakowskiego – NA PEWNO POWRÓCĘ !!!!
Zresztą kto wie, może tam, w Kudowej Zdrój też znajdę trochę czasu, by Wam na bieżąco moje sanatoryjne przygody opisywać?
Nie, nie, nie te co macie na myśli, czyli nie te damsko – męskie przygody, bo to mnie całkowicie nie interesują, zresztą tak po prawdzie, nie mam ochoty z nikim się tam zaprzyjaźniać, no bo po co, trzy tygodnie szybko przeminą, potem i tak każdy w swoja drogę pojedzie, nawet jeżeli będzie jakikolwiek kontakt to listowny, czy na Facebooku przez krótki czas, a potem…czas wszystko i tak zamaże.
Najważniejsi są ci wypróbowani Przyjaciele, Ci, których już się dobrze zna i wie, że na nich zawsze można polegać.
Ale jakoś te trzy tygodnie trzeba będzie sobie towarzysko zagospodarować, a może nie…..
Co prawda zawsze byłam raczej tak zwaną duszą towarzystwa, teraz jakoś ten duch we mnie stanowczo się przytępił, może dlatego, że mieszkam sama i całkiem dobrze mi z tym jest? nikt mi do szczęścia nie jest na dłużej potrzebny????
Cóż, wiek swoje kaprysy ma i tak już jest.
Ale co ja tam będę na zapas się martwić, wszystko okaże się już na miejscu.
Zresztą wierzę w to, co powiedziała mi moja Kochana Uleczka i wiem, że będzie mi tam wspaniale i cała radosna, z bagażem miłych wspomnień wrócę do Krakowa i znów życie wróci do normy.
To tylko dwadzieścia jeden dni, co to jest trzy tygodnie na przeciw wieczności…….
A co mówi każda kobieta, gdy ma gdzieś wyjść na imprezę, czy gdziekolwiek ma pojechać?
Oczywiście, powie : Boże nie mam co na siebie włożyć.
Nie byłam oczywiście w tym wcale wyjątkiem, więc poprosiłam wczoraj Darkę i pojechałyśmy na zakupy na Plac Imbramowski.
I dobrze trafiłyśmy, już przy pierwszym stoisku kupiłam fajną letnią, nieco dłuższa letnia spódniczkę w pięknym niebiesko granatowym odcieniu, fajną letnia sukienkę- na granatowym tle wesołe drobne kwiatuszki i jeszcze pani wmówiła we mnie też taką kwiatową dłuższą bluzkę – tuniczkę.
Co prawda wcale nie miałam zamiaru żadnej bluzki kupować, ale w sumie byłam z niej bardzo zadowolona, bo jest nieco dłuższa, taka jak lubię, sięga za biodra i nieco brzuszek i tłuszczyki w różnych miejscach mi przesłoni.
I o to przecież chodzi.
Zresztą Darka oceniła moje zakupy bardzo pozytywnie (oczywiście wszystko na miejscu przemierzyłam) i nawet dodała, że jeszcze nigdy nie udało jej się w takim tempie, przy pierwszym stoisku, kupić wszystko, co potrzeba. Ale widać miałam szczęście, a i pani właścicielka stoiska była bardzo sympatyczna, najlepszy dowód, że jednak udało jej się wcisnąć mi dodatkowo jeszcze tę bluzkę. Ale obydwie, czyli i ja i owa pani byśmy z tych transakcji bardzo zadowolone.
Oczywiście pełna euforii powróciłam do domu i radośnie stwierdziłam TAK!!!!! JADĘ DO KUDOWEJ ZDROJU !!!!!
No i tak mi minął wczorajszy dzień, oczywiście nie omieszkałam sobie popołudniu posiedzieć na mojej ulubionej ławeczce w Parku. Co prawda ta moja upatrzona była jak zwykle zajęta, ale użyłam wszystkich swoich czarów- marów, żeby wreszcie intruzów niej pogonić i samemu tam osiąść.

Fajna jest ta ławeczka, bo jest przy alejce, ale w cieniu i mam z niej piękny widok na cały Park, na te piękne stare drzewa, które układają się w naprawdę wspaniałe kształty, niekiedy nawet tworząc takie nieco tajemnicze liściaste wrota, przez które widać przepiękną i romantyczną zieloną dal.
A wieczorem jeszcze przeprałam tę resztę rzeczy, które ewentualnie ze sobą zabiorę i poszłam spać.
Jak już wspominałam, mam wszystkie ciuchy już przygotowane na stołeczku, ale i tak już wiem, że część z nich do szuflady z powrotem będę musiała odłożyć, bo co prawda będę odwieziona na miejsce, czyli nic dźwigać nie będę musiała, ale po co mi cała szafa ciuchów na wakacjach? Te drobne bluzeczki najwyżej sobie ręcznie przepiorę na miejscu.
Noc miałam nawet dosyć wspaniałą, ale przed piatą rano obudziłam się nieco zniesmaczona, albowiem śniło mi się, że rozmawiałam ze samym panem Kaczyńskim, Też coś, to już naprawdę nie miał mi się kto przyśnić?
Więc po przebudzeniu powiedziałam więc : KACZYŃSKI PRECZ!!!! APAGE SATANAS!!!!! i już całkiem spokojnie sobie znów zasnęłam.
A dzisiaj wstał piękny i słoneczny dzionek, pewnie znów go w Parku spędzę.
Co prawda dawniej w niedzielę w Parku było głośniej i były te traki z pysznościami, teraz epidemia je skutecznie zamroziła, ale to i dobrze, wcale za tymi tłumami nie przepadam, no i niepotrzebnie pieniędzy też nie wydam, bo zawsze jakoś człowiek na coś się przy tych kramach skusił.
A tu przed wyjazdem trzeba oszczędzać, a poza tym jeszcze i brzuszek nie całkiem do końca jest wyleczony, czasami jeszcze bryka.

No to tylko wypada mi jeszcze życzyć Wam pięknej, słonecznej niedzieli, bo taka zapowiada się w Całej Polsce, od północy aż po południe naszego kraju.
BAWCIE SIĘ DOBRZE DZISIAJ przez calutki, wciąż jeszcze długi dzionek !!!!

1 VIII i Maciek

Nie, nie będę wspominała telefonów, które 43 lata temu rozbrzmiewały na linii Kraków – Władysławowo, lodów jagodowych i oraz tego, o czym już wielokrotnie w Dniu Urodzin Maćka wspominałam.
Dobrze, że jesteś Maćku, bez Ciebie życie byłoby smutne i dla Twojej Kochającej Cię Rodziny i dla mnie też, bo doskonale wiesz, jak bardzo dla mnie jesteś ważny, a ja wiem, że zawsze na Tobie mogę polegać i nigdy się nie mam możliwości się zawieść. A to dla mnie jest naprawdę bardzo cenne.
I wręcz temu, co zdjęcie głosi, bądź zawsze do przodu, z wieloma pomysłami, które dotąd Ci się spełniały, więc i nadal niech się spełniają, bądź zawsze sobą.
Tego wszystkiego w kolejny urodzinowy dzień życzy Ci Twoja naprawdę gorąco kochająca Cię Ciocia Ewa.

Wynik z koronawirusa już jest – na szczęście test wyraził się o mnie negatywnie, o czym telefonicznie już koło 10 rano wczoraj poinformowało mnie Sanatorium. Nawet przyznam, że się zdziwiłam, że tak szybko ten wynik do Kudowej, a potem od nich do mnie znów do Krakowa dotarł, nie minęło przecież nawet 24 godziny, Co prawda miałam numer zlecenia, które mogłam sama sprawdzić na stronie pracowni, która mi badanie przeprowadziła, ale jednak co oznacza epoka komputerowa – wiadomość lotem błyskawicy potrafi pół Polski pokonać.
No to teraz nie ma już żadnych zastrzeżeń, trzeba zacząć się pakować i jechać.
Może i dobrze mi ta zmiana klimatu zrobi, a może jednak trochę podleczą moje bolące kosteczki?
Cudów co prawda nie oczekuję, ale nawet każda mała zmiana na lepsze będzie przeze mnie wyczekiwana.
Wczoraj był jednak następny gorący dzień, chociaż ranek wcale tego nie zapowiadał.
Potem jednak słonko pokazało swoje pazurki, co odczułam na swojej osobie – niestety czekając na pacjentów trochę mało roztropnie posiedziałam sobie na ławeczce koło przychodni, nawet sobie nie zdawałam sprawy z tego, że moja główka ulega silnemu naświetlaniu i w pewnym momencie zrobiło mi się słabo, a w głowie poczułam bardzo nieprzyjemne gorąco.
Szybko pojechałam więc do domu, włączyłam wiatraczek, położyłam się z mokrym ręcznikiem na szyi i chwile się przespałam. Po obudzeniu się było już prawie wszystko w porządku.
Po powrocie do domu miałam małą przygodę Otóż chciałam otworzyć drzwi na balkon, patrzę, a pod drzwiami siedzi sobie gołąb. Trochę się przestraszyłam, żeby nie chciał mi ten gołąb wejść do kuchni, bo potem nie miałabym jak go z mieszkania wyprosić, Zamknęłam więc szybko drzwi i poszłam do pokoju. Po godzinie poszłam sprawdzić, co słychać u owego ptaka, a ten nadal jak gdyby nic siedział sobie na moim balkonie, tym razem już nie pod drzwiami (widać zrozumiał, że nie zostanie jednak zaproszony do wewnątrz), ale schował się w cieniu za stojącym tam krzesełkiem.
Dziwnie trochę wyglądał, miał takie nastroszone piórka i obawiałam się, czy o nie znalazł sobie tutaj dobrego miejsca do zakończenia swojego ptasiego życia, dopiero by mi kłopotów wtedy narobił.
Na szczęście ptaszek sobie odpoczął i odleciał w siną dal.
Odetchnęłam z wyraźną ulgą, bo już raz tutaj miałam taki przypadek, gdy przez otwarte drzwi balkonowe wleciał do mojej kuchni gołąb i rozsiadł się na stojącej tam kanapie i wcale nie było łatwo go przegonić. Musiałam zamykać drzwi i do kuchni i do pokoju, żebym go potem po całym mieszkaniu nie musiała ganiać.
Ale fakt jest jeden: ostatnio jakoś podejrzanie często mam takie dziwne spotkania z tymi ptakami, akurat z gołębiami, niedawno wspominałam, jak gołąb usadowił się koło mnie na ławce na skwerku – przypadek czy co???

Dzisiaj trwają już przygotowania do pakowania, ale jeszcze coś nowego sobie muszę dokupić, może sukienkę, może spódnicę, bo w takim sanatorium to rewia mody jest.
Ja staram się temu nie ulegać, bo lubię proste i wypróbowane ubrania, w których się dobrze czuję, ale jakaś jedna kieckę na wyjazd muszę kupić, bo z tamtych poprzednich nieco niestety „wyrosłam”
Cóż, zdarza się, ale może gdy w tym sanatorium dietę 1000 kalorii mi dadzą okaże się, ze znów wszystko na mnie będzie leżało jak trzeba.
W sumie ta cała moja operacja to trochę było nieporozumienie, co prawda w rezultacie i tak mam sporo mniej niż przed operacją, ale niestety i sporo od tej operacji ciałka znów nabrałam, taka jest prawda, nie dopilnowałam do końca, a teraz znów ciężko się tego nadmiaru pozbyć.
Jedno co mi niestety pozostało już na zawsze, to te wieczne moje kłopoty z niesfornymi jelitami.
Ale jakby na ta nie patrzeć, JEST DO KITU!!!! MEA CULPA!!!!
Ale nie będę się zamartwiała, jest jak jest i już!!!!
W końcu świat dla grubasów też jest przecież dostępny.
W sumie całe życie byłam grubaskiem, czemu akurat na starość miałabym się stać chudziuteńka? Nie ma takiej opcji!!!
I KONIEC TEMATU, DOŚĆ TEGO RUMAKOWANIA!!!!

A dzisiaj już sobota piękna i słoneczna wstała,
Do pakowania jeszcze zostało mi 2 dni – już się pogodziłam z myślą, że jadę.
A co mi tam, jak mi się nie spodoba najwyżej spakuję walizkę i wrócę do Krakowa, ale może aż tak źle mi tam nie będzie?
Na pewno jedno mi dobrze zrobi….będę daleko od polityki, nawet bardzo daleko……
W każdym bądź razie jedno jest pewnie: NIE BĘDĘ OGLĄDAŁA PARODII ŚLUBOWANIA DUDY, celowo nie nazywam go prezydentem, bo dla mnie i wielu innych Polaków jest zwyczajnym oszustem, który podłymi metodami, przy pomocy swoich pokrętnych kolesi zabukował sobie drugą kadencję, która nie jemu się należała, a następna pisowska funkcjonariuszka, która piastuje wysoki urząd Prezesa Sądu Najwyższego, nie dopatrzyła się żadnych manipulacji przy wyborach i swoją pieczęcią owe wielkie oszustwo podbiła. – chyba jednak mocno niedouczona jest, nawet to, że sam Jacek Kurski przyznał , że swoimi pokrętnymi telewizyjnymi manipulacjami spowodował wygraną Dudy ją nie przekonało. Ciekawe, na której to uczelni pani Manowska studia skończyła?????
No cóż, według pisowców białe jest czarne i tak musi pozostać, bo tak Wielki Wódz chce!!!!
Szkoda tylko, że Duda będzie się znów przysięgał na Konstytucję, która tak nagminnie łamał i w dodatku doda te słowa „tak mi dopomóż Bóg”, takie krzywoprzysięstwo jest po prostu OHYDNE!!! o w dodatku Boga na świadka do tych haniebnych swoich słów powołuje……
Rota przysięgi powinna być czysta, prawdziwa, nie fałszywa!!!!!
Niech mu tam, Bóg jest nierychliwy, ale sprawiedliwy, kiedyś go oceni.
Wtedy Boga te fałszywie wzniesione oczy do góry nie zwiodą, jak niektórych ciemniaków w Polsce. Będzie sam, nagi, obdarty z honoru, czci i z tego, co tak teraz chętnie manifestuje – z fałszywej wiary.

Miłej soboty Wszystkim życzę.
Dzisiaj rozpoczynamy nowy miesiąc, niech będzie szczęśliwy, kolorowy, słoneczny i ciepły, pełen samych miłych chwil, a te nie miłe chwile jak te, o których powyżej wspomniałam, trzeba po prostu omijać z daleka.

LATO WCIĄŻ TRWA !!!!

moja przygoda z…..

……..oczywiście, że z testem na koronowirusa.
No to zaczynamy……
Darka przyjechała po mnie gdzieś wedle 10.30 i natychmiast pojechałyśmy pod Taurona, gdzie rozłożony jest namiot z pracownikami medycznymi, pobierającymi materiał od pacjentów potulnie stojących w kolejce i czekających najpierw na pobranie, a potem, czyli już na następny dzień na wyrok.
Trudno powiedzieć że ktokolwiek stał w kolejce, bo to głównie kolejka przeznaczona jest tylko dla osób zmotoryzowanych, więc w momencie gdy podjechałyśmy pod stosowne miejsce, przed nami już wił się wąż ułożony z różnych samochodów, dużych, małych, białych i w każdym innym kolorze , tak na oko stało ich dobrze ponad 50 sztuk, a może nawet i więcej. Ta kolejka bardzo powolutku się przesuwała, więc już po prawie godzinnym czekaniu czułam się całkiem zniechęcona.
W dodatku, że ciągle w mojej wizji snuł się zapach kawy, której nie wolno mi było nawet się rano napić, ale o tym później, a z nieba żar się lał, ot zwyczajna ulica, bez drzew, rzucających cień.
Muszę przyznać, że za nami wiła się dalsza. również bardzo długa część tego samochodowego węża, więc razem z Darka doszłyśmy do wniosku, że skoro oni mają nadzieję, że dzisiaj cokolwiek załatwią, tym bardziej my nie powinnyśmy upaść na duchu.
Co chwilę wychodziłam z samochodu sprawdzać o ile ta nieszczęsna kolejka się posunęła na przód, ale wciąż zakręt , który prowadził już prawie do owego namiotu, gdzieś tam w oddali nam tylko migał.
Jak to było w tej piosence z serialu „Zmiennicy”? podśpiewywałam sobie ten refren z nadzieją „coś być musi do cholery za zakrętem”, ale nic z tego nie wynikało, nadal to była tylko mrzonka, a nie upragniony namiot.
I nie wiem jakby się ta przygoda skończyła, ponieważ czas uciekał co raz szybciej, a o godzinie 13 ekipa medyczna namiot zamykała i szła do domu, gdyby…..
Było już dobrze po godzinie 12, gdy do naszego auta podszedł jakiś uprzejmy, starszy pan i spytał, czy my to badanie będziemy robić prywatnie, czy na NFZ, bo jeżeli na NFZ to można na piechotę podejść do tego namiotu (mimo, że niby ta placówka przeznaczona była tylko dla zmotoryzowanych), a tam co prawda głównie obsługują tych z auta, ale co któregoś klienta właśnie z NFZ, który na własnych nogach tam dotarł też badają. Poradził, bym tak spróbowała zrobić, bo on tam podszedł o czekał tylko około 15 minut i został załatwiony.
Strasznie to wszystko było skomplikowane, więc naradziłyśmy się z Darią co mamy robić. Postanowiłyśmy, że Darka nadal będzie uczestniczyła w tej samochodowej kolejce i będzie sobie pomalutku podjeżdżała na przód, a ja pójdę zbadać sytuację na miejscu.
Gdy tam na własnych nóżkach dotarłam (a kawałek nawet do tego namiotu było, sporo jeszcze przed nami aut stało) zobaczyłam kilkoro osób, którzy też wpadli na taki sam pomysł jak ja i grzecznie czekali w niewielkiej tak zwanej bocznej kolejce i rzeczywiście co jakiś czas podchodziła do nich pani, spisywała dane i prowadziła kolejnego klienta do namiotu.
Wstąpiła we mnie nadzieja, jako, że już zrobiło się już dosyć późna godzina i niewiele ponad 30 minut pozostało do zamknięcia interesu Porozumiałam się telefonicznie z Darią i powiedziałam, że jest szansa, że uda mi się dzisiaj wszystko załatwić, ale na wszelki wypadek niech ona nadal tkwi w tej samochodowej kolejce.
W końcu odetchnęłam z ulgą, gdy pani pielęgniarka podeszła i do mnie i spisała moje dane, nazwisko, imię adres, telefon, a wiecie co mnie zaciekawiło? co prawda w ręku miałam skierowanie do Sanatorium, ale pani nawet nie sprawdziła zapisanego tam nazwiska, ba nawet nie poprosiła mnie o dowód osobisty, wszystko spisywane było na tak zwaną gębę.
Ale nie przejmowałam się tym za bardzo, bo po chwili zostałam zaproszona do namiotu, gdzie pan wyjął patyczek, którym podłubał mi w nosie ( no nie powiem, żeby to było przyjemne), a potem ten patyczek wrzucił do fiolki, a tą wraz z moimi danymi wrzucił do specjalnego szczelnie zamykanego woreczka i już na tym badanie zostało zakończone.
No i tu mam takie pytanie: skoro materiał pobrano mi z nosa, a nie z gardła, to po co miałam być na czczo i dlaczego nie miałam myć zębów w tym dniu? A tak zostałam poinformowana kilka dni wcześniej, gdy właśnie tam do tego punktu zadzwoniłam.
To miałoby sens, gdyby pobierali materiał z gardzieli, a nie z nosa.
No nie ważne, badanie już miałam za sobą, więc mogłam wrócić do samochodu i natychmiast kazałam się zawieść na jakąś wymarzoną już kawusię.
Na całe szczęście mój brzuszek jakoś dawał mi spokój, więc z całą radością poszłam odpoczywać do Parku, gdzie wkrótce dołączył do mnie Kazik.
Była wspaniała, wręcz wymarzona typowo polska letnia pogoda, piękne słonko i ten milutki cieplutki, ale lekko orzeźwiający wiaterek.
Siedzieliśmy sobie na ławeczce i tak pomyślałam sobie, że za parę dni będę siedziała na całkiem innej ławeczce, w całkiem innym Parku, w całkiem innej miejscowości i będę wspominała to miłe wspólne popołudnie.
Nawet zrobiliśmy sobie wspólne selfie, aby te chwilę uwiecznić i potem wspominać ją „na wygnaniu” 🙂
Kazik też dostał to zdjęcie, może, gdy chociaż troszkę zatęskni za mną (???) też popatrzy i przynajmniej na moment się zaduma…………
Bo przecież znów przyjdzie czas, gdy spotkamy się na naszej wspólnej ławeczce w Parku Krakowskim i wszystko powróci znów do normy.
Bo już tak starsze Babcie i Dziadki mają, lubią się własnie na ławeczce w parku spotykać i wspominać dobre, stare lata.
Zawsze wtedy wracają w myślach jakieś starsze lata, zwłaszcza, gdy jeszcze do uszu docierają stare melodie z młodzieńczych lat i padają słowa”a pamiętasz”?
Wiele lat temu miałam taką serdeczna Przyjaciółkę Majkę, zawsze śmiałyśmy się, że gdy już doczekamy czasów emerytury, będziemy razem siedzieć na jakiejś ławeczce w parku i wspominać te nasze wspólne lata pracy.
Niestety Majka nie doczekała tych lat, nie ma już Jej 10 lat i kiedyś, gdy siedziałam w Parku, a na sąsiedniej ławce siedziały i plotkowały dwie starsze panie, przypomniałam sobie Majkę i te nasze założenia o przyszłości na parkowej ławce i bardzo smutno mi się zrobiło.
Czas tak szybko przeleciał, razem chodziłyśmy do Szkoły dla techników rtg na Koletki, często odwiedzałam Majkę w domu, ona z synem przychodziła do mnie, potem to Majka ściągnęła mnie do pracy do Szpitala Kolejowego,……. szmat wspólnych lat przeleciał jakby wiatr je gdzieś przegnał.
Wszyscy znamy to powiedzenie „Kochajmy ludzi, bo oni tak szybko odchodzą” i to jest prawda, w tym zagonionym czasie trzeba znaleźć trochę czasu dla kogoś, komu można własnie zadać to pytanie „a pamiętasz”?
I jak to dobrze, że właśnie w Kaziu mam tego wiernego Przyjaciela, z którym też łączą nas wspólne wspomnienia z prawie już 50 lat.
To już szmat czasu, to prawie pół wieku, kiedy ten czas minął??………..
A potem wróciłam do domku, a mój ukochany brzuszek nagle przypomniał sobie, że zbyt długo tego dnia dawał mi spokój, więc rozpoczął swoje zwyczajowe figle, które trwały aż do późnego wieczoru, (przynajmniej miałam urozmaicone spacery po mieszkanku) na szczęście potem pozwolił mi w miarę spokojnie noc spędzić.
Tylko czy zdążę ten nieznośny brzuch do mojego wyjazdu utemperować? Takie jego wyczyny raczej nie będą wtedy wskazane !
Nic wczoraj nie zapowiadało, że dzisiejszy dzionek obudzi się jakiś taki szary, nijaki, może potem słonko się pokaże?
A może taki lekki oddech od słonka trochę się nam przyda? Tym bardziej, ze podobno weekend ma być naprawdę znów gorący…tylko czy na pewno?
Życzę jednak i trochę słonka i sporo radości na ten ostatni już dzień lipca, bo co prawda jutro już będziemy mieli sierpień, ale lato wciąż jeszcze przecież trwa.