Już po spotkaniu rodzinnym 
Dzisiaj u mojego brata było mini party na cześć naszego Kuzyna Toma ( from USA),nie władającego naszym pięknym polskim językiem, niestety.
Oczywiście siedziałam na uboczu i pozwalałam innym chwalić się swoją angielszczyzną.
Ale jestem co?
Nie,przyznaję, szło to niektórym całkiem całkiem.
Ja tam się nie wyrywałam…. przy nich moja mowa byłaby bełkotem.
Zresztą i tak sie wygłupiłam,bo zaimek for pomylił mi się z from,co nie uszło uwadze Łukasza,no cóż błądzić nie grzech.
Ale przyszła pora,że zostałam z Tomem sam na sam i musiałam wysilać swój mózg,jako ,że i tak wiozłam go do mojego szpitala na wyjmowanie szwów,więc co nieco spędzilismy wspólnego czasu i wypadało coś niecoś porozmawiać.
Przyznaję,po dwóch drinkach szło mi to zdecydowanie o wiele lepiej niż wcześniej….. :)))
A taksówkarz,który nasz zwiózł był wręcz zdziwoiny,że tak szybko rozmawiam ,jak on to nazwał ,w innym języku.
Gdyby biedaczek( taksówkarz) znał troszke tego angielskiego jego zachwyt byłby zdecydowanie mniejszy,ale cóż,najważniejesze,że jakoś się z Tomem dogadywaliśmy.
Dzięki temu dowiedziałam się na ten przykład,że ichniejsza (czytaj amerykańska) służba zdrowia tez nie pracuje tak całkiem bez zarzutu,a opieka pielęgniarska nie zawsze tak wygląda jak na amerykańskim filmie.
Chyba przestanę mieć w tej przynajmniej materii kompleksy.
