
Ano pod znakiem śniegu i……. kapeli góralskiej, która dzielnie nam przygrywała do
Wielkanocnego, uroczystego śniadania.
Ponieważ jemy w drugiej turze ( jest pełne obłożenie na tych świątecznych wczasach),
więc śniadanie, które dłużej niż normalne trwało, było dopiero o 10 rano.
Wcześniej z Magdą wypiłyśmy zwyczajową poranną kawusię i czekałyśmy na te świąteczne
niespodzianki i smakołyki.
Trzeba przyznać, że chłopaki szwornie grały, przytupując swoimi kierpcami w takt muzyki.
Jeden z tych góralskich grajków wpadł Madzi w oko (I wiem że ona jemu też), więc
Jacek miał jednak nieco kwaśno – zazdrosną minę, bo Magda podobać się może.
Śniegiem duło cały dzień, więc o spacerowaniu raczej nie było mowy, nawet do kościoła
były uruchomione 2 auta, bo w sumie nas tu sporo.
Po obiedzie obchodziliśmy tradycyjnie, jak w każde święta Wielkanocne, urodziny, Antosia,
był wspaniały, specjalnie na tą okazję przywieziony przez Babcię Irenkę tort, był szampan,
żółty dla dorosłych, czerwony dla dzieci i oczywiście śpiewaliśmy Sto Lat.
A po kolacji …….były balety, nawet Ciotka Ewa tańczyła…….jesteś szalona…… lalala…..
mówię ci, jesteś szalona…….
Ale stosowne zdjęcie wkleję już po świętach, musicie cierpliwie poczekać, obiecuj , że
wstawię. Najwyżej będzie trochę śmiechu…… ale przecież…….. jestem szalona!!!!!
A dzisiaj rano obudziło mnie słoneczko buszujące w śnieżnej, puchowej pierzynce.
Tak, tak, śniegu napadało tyle, że nie zdążył stopnieć, on tam ciągle leży.
I tylko zastanawiam się, czy mi się święta nie pomyliły, czy aby nie trzeba zapalić lampki na
choince i czy zamiast żajączka św Mikołaj nie powinien znów rozdawać prezenty.