BUKIET DLA mgr. inż. JACKA K.
Wiadomość przyszła do mnie w momencie, gdy już miałam bloga na tamten dzień napisanego, a potem, czyli na następny dzień po prostu zapomniałam o tym bardzo ważnym rodzinnym wydarzeniu.
Ale co się odwlecze, to nie uciecze.
Otóż wszem i wokoło biegnę poinformować, że mamy w Rodzinie Następnego Magistra Inżyniera Jacka – męża Magdy.
Jest to bardzo ważna i radosna wiadomość, albowiem jest to uwieńczenie przez naszego Jacka pięciu lat ciężkiej nauki i zarazem zawodowej pracy od świtu, omalże do nocy.
Myślę, że Babcia Irenka i Dziadek Jacek są dumni ze swojego syna, który musiał wiele trudności pokonać i mimo ciężkiej pracy, tak pięknie ten magisterski egzamin z wyróżnieniem obronił.
Pewnie i mały Jaś też jest dumny ze swojego Taty i na pewno też będzie chciał w przyszłości iść w jego ślady.
Ja też dołączam się do gratulacji i mam nadzieję, że w najbliższym czasie wszyscy razem, rodzinnie, będziemy oblewali ten ważny etap życia Jacka.
Ale sobie wczoraj w pracy popiłam!.Nie, to nie było ani piwo, ani wódka, ani wino, to był po prostu….baryt (siarczan baru), służący do kontrastowania przewodu pokarmowego przy badaniach rtg.
A dlaczego zamiast pacjenta ja sobie go popiłam? Po prostu przygotowałam dwa kubki, jeden z barytem ( dokładnie z siarczanem barytu) dla pacjentki, drugi z wodą do popicia dla mnie, ponieważ przy włączonej wentylacji ciągle mam suchość w ustach.
Na nieszczęście oba kubki postawiłam obok siebie, a ponieważ zaczynało mnie drapać w gardle, chwyciłam za jeden z kubków i wcześniej nie sprawdziwszy popiłam spory łyk……. właśnie barytu. Brr, jaki był niedobry, szybko popiłam go wodą, a dla pacjentki musiałam przygotować następną porcję.
Tylko potem koleżanka spytała mnie, czemu mam taką białą obwódkę na ustach, no i wszystko się wydało.
I od razu przypomniała mi się historia sprzed wielu lat temu, gdy pracowałam w swojej pierwszej przychodni. Byłam wtedy młoda, więc byłam bardzo wrażliwa na wszystkie marudzenia pacjenta.
Pamiętam, że przyszedł wtedy młody chłopak, który miał zlecone zdjęcie klatki piersiowej z kontrastem w przełyku, w celu oceny sylwetki serca.
Trzeba wykonać wtedy dwa zdjęcia, jedno przeglądowe klatki, a drugie zdjęcie lewoboczne klatki po przełknięciu kontrastu.
Wtedy nie było jeszcze gotowych jak teraz mieszanek barytu, trzeba było proszek ( bardzo niedobry, o smaku ściany) rozrobić z wodą i dać jedną łyżeczkę papki, którą miał połknąć i następną, która miał połknąć tuż przed zrobieniem drugiego zdjęcia, tak, by osad osiadł w przełyku i pokazał, czy poszerzone serce odpycha przełyk na bok, co może wskazywać na wadę serca.
Przygotowałam więc papkę dla pacjenta, dałam mu jedną łyżeczkę barytu i kazałam połknąć i…pacjent zaczął „wydziwiać”, miał odruch wymiotny, kaszlał, prychał i za nic tego barytu nie chciał połknąć.
Więc aby pokazać mu, że ten baryt co prawda nie jest smaczny, ale jednak nie jest najgorszy, przygotowałam sobie drugi kubek barytu i na oczach pacjenta go wypiłam, aby przekonać go, że jednak można się w imię zdrowia ( pacjenta, a nie mojego, bo ja wcale tego medykamentu akurat nie potrzebowałam) poświęcić.
Pacjent podziwiał mnie, jak ten baryt przełykałam i wziął swoją porcję co prawda do buzi, ale markował tylko, że połyka, na zdjęciu nie było nawet śladu po papce.
Na drugi dzień zostałam wezwana „na dywanik” do dyżurki lekarskiej i tam mnie spytano, czy wiem, jak się robi zdjęcia na sylwetkę serca. Ile musiałam się natłumaczyć, że na prawdę przekonywałam pacjenta do przełknięcia kontrastu, ba, nawet przyznałam się, że sama wypiłam też baryt, aby mu pokazać, że jednak da się kontrast wypić, tylko niestety nie udało mi się go do końca przekonać, aby moje polecenie wykonał.
Na szczęście lekarze mi uwierzyli, ba, nawet wzbudziłam ogólną wesołość w dyżurce, najpierw się śmiali, ale potem z powagą stwierdzili, że na prawdę jestem pełna poświęcenia dla swoich pacjentów.
Do dzisiaj pamiętam, jak wtedy okropnie się wstydziłam (wszak miałam tylko niecałe 20 lat) i chciałam się zapaść pod ziemię.
Tak jak już pisałam, ówczesny baryt był naprawdę wstrętny i ciężki do rozrobienia, powstawały grudki, które trudno było rozmieszać, dzisiaj mamy już gotowe baryty w butelce, wystarczy tylko porządnie kilka razy butelką wstrząsnąć i już można podawać go do picia. No i w smaku jest o wiele, wiele lepszy, niż kiedyś..
Tamta historia zdarzyła się w 1970 roku i baryt wypiłam wtedy z pełną premedytacją, a wczoraj? Wczoraj to był tylko przypadek, bo na szczęście nie musiałam pacjentki namawiać do wypicia podanego leku, sama bez żadnej namowy go wypiła i mogłam bez trudu zrobić stosowne zdjęcia.
Ale tak przy okazji znów mam okazję do „powrotu do przeszłości”, zawsze takie stare historyjki są miłe i z łezką w oku wspominane.
Dzisiaj idę na zmianę poranną, to jest jeden, jedyny taki dzień w tym wyjątkowym tygodniu, wczoraj byłam w pracy popołudniu, podobnie będę i jutro i w czwartek i w piątek.
Niestety wciąż jeszcze wracam z tej zmiany, gdy już jest ciemno. Co prawda ludzie jeszcze kręcą się po ulicach, ale kawałek mojej drogi od autobusu do domu jest prawie ciemny i przyznaję się, że troszkę się obawiam, przecież tyle się mówi i pisze o napadach w biały dzień, a co dopiero, gdy jest szarówka, czy nawet ciemno i samotna, starsza (nieco) pani kroczy po prawie pustej ulicy. Wystarczy, że jakiś drab podjedzie na rowerze, pchnie mnie, wyrwie torebkę i co wtedy? Wiadomo, w takiej sytuacji jestem przegrana. Dlatego zawsze, gdy czuję, że ktoś za mną idzie zatrzymuję się i udaję, że coś sobie poprawiam i czekam aż mnie minie.
W takim starciu jestem po prostu bez szans i nie za bardzp gdzie jest szukać wtedy ratunku.
No i inna sprawa, człowiek przychodzi późno do domu, coś tam zje, coś poczyta, oglądnie w TV i już się robi późno, trzeba iść spać.
A z tym spaniem nadal mam kłopoty, o której bym się nie położyła i tak budzę się pomiędzy trzecią a czwartą rano i potem do piątej nie mogę ponownie zasnąć
Mówię wam, prawdziwa utopia, tyle się człowiek namęczy w nocy, a to gorąco się robi, a to pościel uwiera i parzy, a tam coś kuje, obłęd…. kto tego nie przeżywa może mnie nie rozumieć.
Ale na szczęście dni robią się coraz dłuższe, przynajmniej popołudniowe powroty będą o wiele bardziej przyjemne, a co do snu…….. pewnie ten kłopot nadal się będzie utrzymywał, po prostu coś mi się w moim biologicznym zegarze poprzestawiało i już, nic na to nie poradzę, a już na pewno nie będę się faszerowała następnymi lekami. Już i tak sporo ich zażywam.
A może znajdę jakiegoś szczególnego „zegarmistrza”, kto wie, wszak wiosna już niedługo!!!!
Chociaż z tą wiosną nic nie wiadomo, bo świstak Phil z Pensylwanii podobno dojrzał wczoraj swój cień, co zapowiada, że zima będzie jeszcze trwała 6 tygodni. Ale co on tam wie…….
Zresztą to jest prognoza pogody dla USA. A nasza polska prognoza mówi : Co nas czeka w Polsce w kolejnych tygodniach? Zdaniem synoptyków TVN Meteo – raczej nie ma co liczyć na śnieżyce i lodowatą aurę. W lutym średnia temperatura będzie o 1-2 st. C powyżej normy, a aura jako taka będzie na ogół sucha. Z kolei w marcu, choć wartości również będą o stopień, dwa wyższe, pogoda będzie zdecydowanie bardziej „mokra”. Synoptycy zapowiadają, że nie ominą nas opady.
To może ta świstakowa przepowiednia prawdę gada, że długo trzeba będzie na prawdziwą wiosnę poczekać……
Trochę tego „białego” jeszcze nam popada, grunt, żeby nie było lodowato, nie było zasp i ślizgawic.
Ale ja czekam na krokusy.
Zawsze byłam niepoprawną optymistką!!!!
No to co? Byle do wiosny i miłego dnia życzę 🙂


