wodnej odysei ciąg dalszy

Tym razem remontują drugi pion w naszym mieszkaniu, czyli małe WC. Oczywiście całe to pomieszczenie jest w totalnej ruinie.
Ale nie o to wcale chodzi. Zlew w kuchni też jest podłączony do tego właśnie pionu i okazało się, że  gdy ktoś chce w kuchni umyć naczynia, natychmiast leją się strumienie wody w małym WC. Szukałyśmy z Moniką przyczyny i okazało się, że panowie hydraulicy pozostawili niezabezpieczoną i otwartą rurę, która nie była po prostu zaślepiona, stąd u nas ta powódź.
Ręce opadają na tą beztroskę robotników, jak można pozostawić w ten sposób niezabezpieczone stanowisko pracy? Oczywiście od razu podjęłyśmy stosowną interwencję i pan musiał specjalnie przyjechać, aby to załatać jak potrzeba. Jasne, że jutro dalej będą tam wiercić,  ale…….. to jest zwyczajne niechlujstwo z ich strony tak pozostawić miejsce pracy, jak oni wczoraj pozostawili. A wszystko przez to, że poszłam na popołudniu do pracy i do końca ich nie przypilnowałam. Widać trzeba sprawdzać dokładnie co robią i w jaki sposób kończą swoją pracę, inaczej zaliczają (oni, czy my?) same wpadki. Tak było chociażby w mojej łazience, gdzie „zapomnieli” załatać mi jedną dziurę pod umywalką, dopiero uczynili mi to  w następnym dniu, na moją specjalną interwencję. Dobrze, że są „pod ręką” więc można jeszcze ciągle od nich wymagać tych  poprawek. Na przykład  nie działająca spłuczka, czy to, że wyleciały mi z zawiasów drzwi od kabinki prysznicowej, muszę ich poprosić, by je z powrotem je tam umieścili. Boże, kiedy oni wreszcie wykończą tą robotę i sobie na zawsze od nas pójdą. Wczoraj nie dało się zjeść spokojnie obiadu, bo jeden odgłos wiertarki dochodził zza ściany, drugi z dołu. Jednym słowem, można oszaleć.
Jestem już  chyba na  ostatnim nerwowym zakręcie, tuż przed całkowitym załamaniem. Nie da się tak żyć.
Wczoraj była Renatka, która usiłowała doprowadzić do porządku moją łazienkę. Ale niestety kafelki podłogowe są tak bardzo zaniesione tym kurzem i resztkami gruzu, że ciągle są na nich czarne maziaki. Na szczęście Magda powiedziała mi, że istnieje specjalny preparat do sprzątania po remontach, muszę go znaleźć i kupić, chociaż nie wiem, czy i on się nadaje, czy będzie wystarczająco skuteczny.

CLEANUX Plus Płyn do Gruntownego Czyszczenia po Remontach 750 ml – opis

To najskuteczniejszy środek do gruntownego usuwania: – pozostałości po farbach, emaliach, lakierach wodorozcieńczalnych, – tłustych plam po olejach i smarach, – uporczywego i lekkiego brudu, – pozostałości po klejach i wszelkich zaprawach budowlanych, – pozostałości po środkach nabłyszczających.
Podaję tą wiadomość, bo może akurat komuś się kiedyś przyda, przecież chyba nie tylko u mnie przeprowadza się remonty?
Nie wiem, w którym sklepie można go kupić, ale ja go szukać nie będę, zakupię go przez internet i już. Jest jedno ale, płyn kosztuje tyle co jego dostawa do domu!!!!!! Ale co mam zrobić, gdzie chodzić i szukać? Może w jakiejś hurtowni??

No i pogoda! nie, żebym narzekała, ale znów pogoda przesadza. Jeszcze dzisiaj będzie w miarę możliwie, czyli gdzieś około 27-29 stopni, ale w weekend w cieniu temperatura osiągnie 34 stopni, czyli w słońcu będzie ich około 50. Istna Afryka!!!!! I jak tu żyć? A nie mogło by być „tylko” 25-26 stopni? Od rana niebo jest bez jednej chmurki, żaden listek nie drgnie nawet na drzewie. Nic, tylko leżeć pod parasolem i popijać zimne, bezalkoholowe oczywiście drinki, a może lepiej pić np. zimną wodę mineralną z miętą? W każdym bądź razie koniecznie trzeba uzupełniać płyny. No i dobrze by było, żeby osoby starsze, a szczególnie te z kłopotami sercowymi, nie wychodziły na zewnątrz między godziną 12- stą a 16-stą, bo wtedy ma być apogeum temperatury. No chyba, że ktoś ma warunki do siedzenia na tarasie, a jeszcze lepiej w przydomowym basenie.
A te temperatury mają się w tak wielkich wartościach utrzymywać prawie przez tydzień. Oczywiście zapowiadają gwałtowne burze, których tak się boję.
Ale z kolei burza przynajmniej na chwilę przyniesie ulgę i będzie można wtedy trochę swobodniej pooddychać, a do następnego gwałtownego skoku temperatury.
Nie cierpię tropików (ile razy już o tym pisałam), jestem przyzwyczajona do klimatu umiarkowanego. Prz wyższej temperaturze zaraz mi „wysiada” serce, czyli czuję ucisk w klatce piersiowej, ale także ucisk i zamęt w głowie, już nie mówiąc o tym, że moje stopy wtedy całkowicie odmawiają mi posłuszeństwa. Dziwne, prawda? pada deszcz i stopy mnie bolą, przy wysokiej temperaturze też mnie stopy bolą, jakaś feralna jestem, czy co?

Ponarzekałam sobie trochę, ale jakoś żyć trzeba, czyli jak ktoś mądry powiedział „Alleluja i do przodu”
To i tak jest teraz o wiele lepiej, niż na przykład w lipcu zeszłego roku, gdy okropnie puchły mi kostki i w dodatku nosiłam na sobie około 32-33 kg więcej sadełka. Do ideału brakuje mi jeszcze jakieś 25 -30 kg, ale powolutku, aż do skutku. Teraz chudnę sobie powoli, czyli około 1-1,5 kg tygodniowo. Ale nikt mnie przecież nie goni, a takie spokojne chudnięcie jest o wiele zdrowsze dla organizmu, niż raptowne, mogące tylko doprowadzić do poważnej choroby.
A teraz zaczynają się kłopoty innego rodzaju, po prostu muszę już zacząć wymieniać garderobę, właściwie wszystko co dotąd nosiłam już jest dla mnie  za szerokie.
Ale muszę to przeprowadzać w spokojny sposób, bo jak już pisałam powyżej, nadal mam w planie gubienie wagi, więc i ta zakupiona dzisiaj będzie niedługo za duża na mnie. Ale coś z tym zrobić muszę, bo nie mogę przecież chodzić w „namiotach”
Dobrze, że dzisiaj pracuję rano, może jakoś uda mi się przemknąć pomiędzy tymi natrętnymi słonecznymi promyczkami.
Miłego czwartku życzę.