refleksje z wczorajszego dnia

 

Byłam wczoraj w sklepie z ciuchami, dodam w okropnie dusznym sklepie, zero klimatyzacji. Ponieważ wyszukiwanie towaru zajęło mi dłuższą chwilę,   z tego zaduchu zrobiło mi się po postu słabo. Ledwo doszłam do pani za kontuarem i spytałam, czy tu można gdzieś usiąść, bo jest mi troszkę słabo. Pani odesłała mi do nieistniejącego parapetu, to był tylko taki niziutki i wąziutki murek, na którym raczej trudno byłoby usiąść.  Więc wróciłam do pani, która patrzyła na mnie jak na raroga, jakby zdziwiona chciała spytać: co to stare grube babsko ode mnie jeszcze chce.
Sama siedziała za tym kontuarkiem na obrotowym fotelu, a obok niej wiał prosto na nią wentylatorek. Zero współczucia, sklep stary, pamiętający jeszcze socjalistyczne czasy, podobnie i po staremu zachowywała się ekspedientka. Nawet okiem nie mrugnęła, gdy ledwo żywa oparłam się o ladę, nawet nie skierowała w moją stronę wentylatorka, który pozwoliłby mi chociaż na chwilę ochłonąć, całkowita znieczulica.
Ledwo żywa wyszłam z tego sklepu, ale coś tam sobie jednak kupiłam.
Za to historia z moim złym samopoczuciem powtórzyła się jeszcze raz wczorajszego dnia (jakaś na prawdę była niezbyt korzystna bioaura) , gdy przy popularnym warzywniaku kupowałam owoce, znów zakręciło mi się w głowie i lekko oparłam się ręką o stolik. Pani sprzedająca owoce popatrzyła na mnie uważnie i spytała, źle się pani czuje?, może che pani sobie usiąść, tu mam krzesełko. Zadziwiłam się, chociaż przecież  raczej powinnam się była dziwić tej pierwszej zaistniałej sytuacji. Ot tu człowiek i tu człowiek, a jaka różnica? I czemu człowiek dziwi się, gdy ktoś jest dla niego miły, a nie przeraża go, gdy ktoś go lekceważy? Dziwne czasy, zaiste……

Wróciłam do domu skonana. Niby nie ma już tych upiornych upałów, ale coś niedobrego w powietrzu wisiało, padłam więc jak kawka i przespałam jakieś dobre 2-3 godziny.
Wieczorem zadziwił mnie znów nasz pies. Biedna Pepa chciała koniecznie iść na spacerek, więc o przechodziłam przez przedpokój, ona biegła do smyczy i brała ją do pyska. Nigdy dotąd nie widziałam takiej jej reakcji, zawsze tylko kręciła się pod drzwiami, pokazując, że chce wyjść, Ale wczoraj przeszła sama siebie. Na szczęście nadszedł Ksawery i szybko sunię wyprowadził. Chyba trochę tęskni za dziewczynkami, bo wczoraj obdarzała mnie swoimi karesami, a to lizała mnie po nogach, a to zaczepiała wesoło szczekając i zapraszając do zabawy. A może i ona czuje tą jakąś niedobrą aurę?, kto wie.
Dzisiaj już piątek, jak to dobrze, że (oprócz oczywiście środy) jest ten miły dzień w kalendarzu.
Pójdę sobie spokojnie do pracy, a potem już będę tylko wypoczywać.
Wczoraj popełniłam jedno małe „przestępstwo”. Otóż zrobiłam sobie z bułki 2 grzanki i…posmarowałam je potem lekko dżemem morelowym. Ot, taki eksperyment, jak reaguje mój organizm na odrobinę cukru. Oczywiście rano zrobiłam sobie test cukrowy i mój wynik nie był wcale podwyższony, miałam tylko 5.6, czyli 100,8 według starych pomiarów. Ciekawe, a poprzedniego dnia nie jadłam nic więcej, ani nic słodkiego, a cukru miałam 6.2.Zupełnie nie wiem, od czego to zależy, że czasami nieco cukier mi podskoczy, mimo, że zażywam te 2 tabletki Glucophage dziennie.
W przyszłym tygodniu wybieram się zrobić sobie badania analityczne, bo coś za często ostatnio  kręci mi się w głowie i męczą mnie te skurcze nóg.
Za kilka dni minie trzecia miesięcznica operacji, więc najwyższa pora dokonać przeglądu mojego organizmu. No i oczywiście muszę się wybrać do pani doktor pierwszego kontaktu, aby przeanalizować, czy wszystko jest ze mną O.K.
Ale o tym pomyślę dopiero w poniedziałek. Co sobie będę sobie tym głowę zawracała w tak piękny dzień jak piątek  Prawda??
Wczoraj prysnął mój kolejny sen o wygranych milionach, owszem, padła nawet wczoraj szóstka w Lotka, ale została podzielona na trzy wygrane osoby, niestety wśród nich nie było i mnie. Każdy z nich wygrał około 5milionów 800 tysięcy złotych, też by mi tyle wystarczyło. Może następnym razem????
Życzę przyjemnego piątku