krótkie sprawozdanie

Zadzwoniłam wczoraj do przychodni i okazało się, że są już moje wyniki. A ponieważ miałam trochę podniesione niektóre wartości, a poza tym aż do urlopu moja pani doktor będzie urzędowała tylko rano, więc zdecydowałam się na wizytę w dniu wczorajszym. Nie było to wcale takie łatwe, bowiem już wszystkie miejsca były do pani doktor zarezerwowane, zapisano mnie więc na najwcześniejszą możliwą godzinę, czyli na 13-stą.
Aby się tam dostać i potem długo ewentualnie nie czekać, pojawiłam się w przychodni o godz 12-stej w południe i rzeczywiście (chyba pierwszy raz w życiu) byłam pierwsza w kolejce.Śmiałam się nawet, że jedna babcia już jest, już czeka w kolejce. Piję to do tego, co napisałam dzień wcześniej, to znaczy, że wszystkie babcie okupują już miejsce przed gabinetem nawet godzinę wcześniej. Wczoraj padło na mnie, ale ponieważ miałam jeszcze pewne popołudniowe plany, chciałam sprawę załatwić jak najwcześniej.  Na szczęście pani doktor przyszła nawet kwadrans przed czasem, tak więc punkt o godzinie 13- stej Byłam w jej gabinecie. Pani doktor porównywała bieżące moje wyniki z tymi sprzed 3 miesięcy, robionych w obu szpitalach i okazało się, że wcale nie jest aż tak źle.
Po pierwsze nie mam zdecydowanej  anemii (pająk raczej mnie do kąta nie zaciągnie, jak było w tym znanym kawale: anemik woła: panie doktorze, gdzie mnie ten pająk ciągnie), chociaż jakiś wielkich sukcesów w tej materii nie odniosłam. Ale fakt , że zawsze miałam lekko przesunięte wyniki w krwi, widać taka jej uroda. Te dwa główne oznaczenia wątrobowe o wiele się polepszyły, to znaczy wartości ich spadły, czyli wątroba pomału wraca do normy, jedynie wynik CRP był nie zadowalająco podniesiony, co świadczyłoby o jakimś stanie zapalnym w drogach żółciowych. Okazało się, że po prostu zbyt mało je płuczę, to znaczy stanowczo piję za mało wody mineralnej. Jedyne więc zalecenie, które dostałam to picie codziennie około 3 litrów wody mineralnej, aby wypłukać to wszystko, co organizm jeszcze w sobie pozostawił i ewentualną kontrolę tego badania pod koniec sierpnia.
To wszystko, innego żadnego lekarstwa, ani polecenia nie dostałam.
Jednym słowem nie tylko chudnę, ale i zdrowieję i to nie tylko w oczach. Cukier też nie był rewelacyjny, to znaczy miałam 6.3 mmola, nieco podniesiony, ale można było podciągnąć to pod jednorazowy kaprys, chociaż ciągle mam wrażenie, że mój glukometr nieco zaniża jego wartości.
Ale i tak w porównaniu z badaniami przeprowadzonymi w szpitalu, cukier spadł mi o połowę, czyli źle nie jest. Tak oceniła to pani doktor.

Po przyjściu do domu otworzyłam swoją paczuszkę z ciuszkami, Bluzka śliczna, tylko nie wiem, czy już nie jest zbyt szeroka (akurat tych 2 numerów niżej nie było), za to sukienka jest dobra, tylko……. trochę zbyt szara jak na moją ziemistą cerę i te siwe włosy. Powinnam sobie bardziej ożywione kolory  kupować, bo gdy popatrzyłam na zdjęcie, które sobie wczoraj w niej zrobiłam, wyglądałam jak stara babcia. Bardzo przypominałam moją ciocię Helę z jej ostatnich już lat. Niestety, czas swoje piętno na buzi pozostawia, a teraz gdy buźka też nieco się zwęziła widać to jeszcze bardziej wydatnie.
Diana zaproponowała mi, żebym zrobiła sobie jakiś kolorek na głowie, może przy tej ziemistej cerze będę nieco weselej wyglądała i koniecznie muszę skrócić już te moje rozwichrzone fale na głowie. Z tym kolorem to przyznam , trochę się boję, bo po pierwsze  bardzo szybko mi włosy odrastają i praktycznie musiałabym raz na miesiąc robić sobie farbę (albo przynajmniej odrosty), bo nic nie ma gorszego, gdy spod farby wyłazi siwizna.
A drugi problem jest taki, że prawie każdy kolor, który kładę na moje włosy w większym, lub mniejszym stopniu jest rudy. Osobiście mi rudy kolor na włosach nie bardzo przeszkadza, ale ten odcień włosów nie odpowiada VIP-owi i bardzo wtedy się na mnie denerwuje. Cóż, z jego zdaniem też muszę się liczyć, prawda?
Nie wiem, widocznie mam tak specyficzny własny kolor włosów, że w połączeniu z inną farbą tworzy rudy odcień, ciekawe, nieprawdaż?
W każdym bądź razie mam temat do przemyślenia. Będę miała przynajmniej o czym myśleć przez cały weekend.
Dzisiaj chcę ubrać tą moją całkiem nową sukienkę, niestety ciągle pozostaje problem z butami. Obecnie mogę nosić tylko jedne, jedyne półbuty, pewnie nie za bardzo pasują do tej sukienki, ale są w miarę wygodne. W miarę, bo też już po nieco dłuższym codziennym ich używaniu robią się w środku niezbyt wygodne i zaczynają ocierać skórę, z czego potem powstają różne odciski na palcach i na stopach. Pewnie zakupię sobie podobne, ale nowe i znów będą przez pewien czas dobrze mi służyć
Jak już pisałam, ubrałam sobie kiedyś sandałki, też niby wygodne i też kupowane w sklepie ORTO, ale tak zmasakrowałam sobie nimi stopy, że do dzisiaj nie bardzo mogę w ogóle chodzić. Stopy bolą, pieką, co utrudnia chodzenie. Nawet nie myślę o nowych zakupach butów, bo gdy przeglądałam na stronach internetowych zdjęcia  z podobno bardzo wygodnym obuwiem, już a sam ich widok dostawałam odciski na….. mózgu.
Najgorsze jest to, że z każdym rokiem mam coraz większe kłopoty z takimi właśnie zakupami, wydaje mi się, że nie ma dla mnie już odpowiedniego obuwia. A wcale nie mam wysokich wymagań, but odpowiedni dla mnie to taki, który jest szeroki, miękki w środku, bez żadnych udziwnień w postaci wkładek czy wzmocnień poprzecznych, łatwo układający się do moich stóp ( a mam niestety je zdeformowane i w dodatku mam tzw płaskostopie poprzeczne), musi mieć nieco grubszą, ale płaską podeszwę (żadnych koturn, czy obcasów), tak bym nie czuła idąc żadnych kamyczków pod stopami, no i przede wszystkim but musi być miękki i plastyczny (to znaczy nie być twardą podeszwą, ale musi się się zginać ).
Jest całe mnóstwo sklepów z tak zwanym obuwiem ortopedycznym, ale jest ono dla mnie tak odczuwalne, jakby mi ktoś  przybił gwoździami wprost do stóp twardą, nieobrobioną deskę i kazał tak chodzić. Już teraz rozumiem powiedzenie, że ktoś cierpi jak Piekarski na mękach, ja właśnie tak cierpię prawie w każdym założonym obuwiu. Te moje nieszczęsne sandały wylądują w końcu w koszu na śmieci, żeby mi jeszcze nie przyszło do głowy kiedykolwiek je ubrać. Do prywatnego szewca też się nie wybieram, bo po pierwsze takie obuwie jest drogie i w końcu tak zrobione, jak sobie szewc wymyśli, a nie tak, jak ja oczekuję. Czyli mam tak zwany obuwniczy impas i nie umiem sobie z nim poradzić. Kiedyś fajne buty przysyłała mi z USA Ciocia Juta, ona widać też miała podobne jak ja problemy z obuwiem, ale te otrzymywane od niej zawsze dla mnie były bardzo wygodne, obojętnie, czy to były sandały, czy półbuty. Niestety Ciocia Juta już nie żyje, więc na taką pomoc nie mogę liczyć. I co ja mam teraz biedaczka robić? Na prawdę rzadko udaje mi się kupić coś sensownego, kiedyś w Lidlu kupiłam bardzo wygodne botki, które bardzo lubię, ale pewnie też już przyjdzie pora je wymienić. A zresztą ani w lecie, ani w jesieni i tak w nawet najwygodniejszych botkach chodzić nie mogę.
O  jesieni i o zimie nawet boję się pomyśleć, bo czeka mnie wymiana i kurtek i swetrów, których większość już niestety się pozbyłam.
Taka cenę płaci się za chudnięcie…… A wymiana ubrań niestety kosztuje.
Magda ma chyba rację twierdząc, że ostatnio nastawiłam się tylko na siebie, nawet w blogu ciągle piszę ja to, ja tamto, ale kto inny ma zadbać o swoje sprawy, jak nie ja sama???

Pogoda dzisiaj będzie odpowiednia, ani nie za gorąco, ani nie za chłodno, więc zapowiada się całkiem niezły dzień
Rano czekam tylko jeszcze na szklarza, który wymieni mi tą pękniętą szybę w oknie i wybieram się potem zaraz szybciutko do pracy.
Życzę wszystkim udanego i miłego czwartku