jak dobrze wstać w Modlnicy skoro świt

 

A tak właśnie wcześnie dzisiaj wstałam, bo o 5.30. Trochę się przestraszyłam, bo było całkiem chmurzasto, ale pomału lekki wiaterek po-przeganiał chmury i zaczęło słoneczko nam świecić. Teraz jest całkiem fajnie, bo lekki wiaterek nadal się utrzymuje, a i słonko świeci, może nie będzie takiego zaduchu jak wczoraj.
Chociaż kto wie? Niebo teraz jest błękitne, bez najmniejszego nawet obłoczka.
Pepa, która przyjechała wczoraj tu zemną ( no, nareszcie wiadomo, z kim pojechałam do Modlnicy) jest całkiem szczęśliwie. Nauczyła się, że dużego kota nie wolno zaczepiać, mały kot przed nią ucieka, a z psem Czako trzeba żyć w zgodzie. Co prawda są czasami między nimi zatargi o jedzonko, lub karesy pana, ale w sumie można świetnie pobawić się w psiego berka. Nawet, gdy chwilę potem znów jakiś zgrzyt nastąpi.
Czako musi od czasu do czasu przyprowadzić do porządku Pepę i pokazać, kto tu jest panem, a kto gościem – przybłędą.
Całkowity spokój nastąpi dopiero wtedy, gdy ta nieznośna Pepa wreszcie sobie pojedzie i nie będzie dla nikogo zagrożeniem.
A może wtedy w Czakusia główce zakwitnie myśl: eh, nie było tak najgorzej, zawsze można było wspólnie fajnie poganiać, a wieczorem wspólnie poszczekać na wroga, który kręci się gdzieś koło domu. W tym oboje są bardzo zgodni, jak Czako przestawał szczekać na zewnątrz, to zaczynała koncert Pepa w domu, aż się bałam, że wyjdzie Jacek ze swojego pokoju i mnie i Pepę na werandę wysadzi. Ale widać wreszcie przestali się ludzie kręci i oba psy grzecznie poszły sobie spać.
Ja też jestem szczęśliwa, jak zresztą zawsze w Modlnicy, jest pogoda i lekki wiaterek, co mi więcej do szczęścia potrzeba.
A jak wspaniale smakuje śniadanko na tarasie z widokiem na róże i wszystkie inne roślinki!
Aż żal będzie wyjeżdżać.
Teraz też na tarasie piszę sobie ten blog, jakie to miłe.
Życzę wszystkim wspaniałej niedzieli