powrót do Krakowa

 

Miło było, ale się niestety skończyło.
Najbardziej cierpiała z tego powodu Pepa, której pobyt w Modlnicy tak się spodobał, że mimo, że prowadzona była na smyczy do samochodu, starała się unikać wejścia do środka, jak tylko się dało. To raz szła na przód, drugi raz cofała i nijak do drzwi dojść nie potrafiła. Całą powrotną drogę przeziajała, chyba ze zdenerwowania, że już wraca.
Zresztą sami popatrzcie na jej uśmiechniętą i szczęśliwą minkę na trawce w Modlnicy
Jej kolega Czako odprowadził Pepę aż do bramki i tylko nie wiem, czy tak się z nią żegnał, czy sprawdzał, czy aby ta straszna sunia sobie rzeczywiście pojechała. Niby zabawa w berka była przednia, ale jednak Czako cały czas musiał uważać, żeby Pepa nie za bardzo wkupiła się w łaski jego pani i pana.
Ot taka psia zazdrość.

Cały wczorajszy dzień był pod znakiem burz. Jeszcze gdy Byłam w Modlnicy aż trzy takie zaliczyłam, a po każdej z nich jakby nigdy nic wychodziło słoneczko.
Ledwo Magda odwiozła mnie do domu, a tu w Krakowie rozszalała się ogromna burza z dużą wichurą, tak więc ta pęknięta i jeszcze nienaprawiona szyba rozwaliła się całkiem na pół. Oczywiście w domu panowała duchota, bo musiałam pozamykać wszystkie okna w całym domu, a burza udawała, że już odeszła, aby nagle ni stąd ni zowąd znów potężnym grzmotem i błyskiem o sobie przypomnieć. Powracała kilkakrotnie i ogromnie mnie stresowała, bo przecież ja przeraźliwie burzy się boję.
Z trudem doczekałam ranka. Ale w końcu zmęczona usnęłam, ale ten zaduch w mieszkaniu już o 4 rano ściągnął mnie z łóżka.
A jaka teraz jest pogoda łzawa, to znaczy co chwilę pada, na szczęście te pioruny już mnie nie straszą.  Ale według prognoz, słonko ma jeszcze do Krakowa powrócić, z tym, że już przy wiele mniejszych  na szczęście temperaturach.
Jednak na wsi całkiem inaczej takie upały się znosi. Jest lżej, chociaż, gdy słonko mocniej przygrzało, też chowałam się w domu.  Ale generalnie można powiedzieć, że prawie te całe dwa dni przesiedziałam sobie na tarasie, z pięknymi widokami na kwiaty i inne roślinki ogrodowe.
Tak więc nie tylko Pepa miała używanie, ja  również byłam bardzo szczęśliwa, tym bardziej, że w Modlnicy czuję się prawie jak we własnym domu.
Dzisiaj zaczynamy nowy tydzień, oby już nie taki nerwowo – burzowy. Te dwa ostatnie dni przyniosły w Polsce olbrzymie straty.
Dziwny mamy ostatnio klimat w Polsce, tornada, huragany zupełnie jak byśmy Polskę do Stanów lub Japonii przenieśli.
Podobno ostatnia, wieczorna burza przyniosła też w Modlnicy kłopoty, nie było elektryczności, a Magda, która odwiozła mnie do Krakowa, nie mogła spokojnie wrócić do domu, olbrzymia nawałnica i niesamowita ulewa zatrzymała ją w korku na olkuskiej trasie co najmniej na godzinę. Tak więc odwiozła mnie w ostatniej chwili, moment później utknęłabym aż do dzisiaj w Modlnicy. To się nazywa mieć szczęście.

Życzę przyjemnego, pełnego świeżego oddechu poniedziałku.