weekend

Dzisiaj jadę odpoczywać weekendowo do Modlnicy.
Ale tym razem nie jadę sama, jadę z……….. a to na razie tajemnica.

I jeszcze jeden ważny news dzisiejszego dnia:

Dzisiaj Wiktoria, młodsza córka Maćka, ma urodziny, kończy 17 lat.
Tylko jeden rok jej pozostał do pełnoletności.
Jak ten czas szybko leci, najpierw Matylda, potem Daria, obie już pełnoletnie, a teraz Ola, która miesiąc temu też „zaliczyła siedemnastkę”  no i Wiktoria.
A tak niedawno jeszcze  wszystkie  były takimi małymi, słodkimi  dziewczynkami…..
Wszystkiego najlepszego Wika w dniu Twoich urodzin, niech Ci się wszystkie spełniają marzenia.

Pamiętam jak wczoraj, gdy odwiedziłam Cię w pierwszych Twoich godzinach życia w Szpitalu, byłaś takim fajnym dzidziusiem zawiniętym w  malutki tobołeczek w misie i miałaś malusie rączki i bardzo zaciśnięte oczęta. A potem przyjechałaś z Rodzicami i z Darką do mnie do Sielpi, gdzie byłam na wczasach.
Miałaś już wtedy trochę ponad dwa tygodnie i leżałaś sobie wygodnie w swoim leżaczku, o Bożym świecie nic nie wiedząc. A teraz proszę, jaka duża i piękna panna z Ciebie wyrosła 🙂
Jeszcze raz zdrowia i szczęścia Ci Wika życzę.

Wstał piękny, słoneczny poranek. Cała sobota ma być bardzo  gorąca, pełna słońca.
Dlatego szczęśliwy ten, co w mieście dzisiaj nie mieszka, bo nie ma jak na łonie przyrody.
Życzę zatem wszystkim dobrego, letniego odpoczynku, bez stresów i kłótni i zmartwień.
 Niech dzisiejszy i jutrzejszy dzień  przepłynie tak, jak śpiewa w swoim znanym przeboju Maryla Rodowicz, z tym, że ja będę z braku gruszy, leżała sobie pod jabłonią. Niech ten dzień płynie sobie całkiem leniwie……..
https://youtu.be/tRSxVhF3U0M

nie przemęczają się ci fachowcy wcale

Do tego pracowitego owada, który jest na zdjęciu na pewno nie mogłabym zaliczyć pana szklarza, który przyszedł wczoraj do mnie dopiero parę minut przed dziesiątą, a umawiał się na ósmą.
Przyszedł, wyjął centymetr z kieszeni, trzy razy dokładnie zmierzył ( chociaż wcześniej podawałam mu telefonicznie namiary) i powiedział, że przyjdzie ponownie w….poniedziałek. A jak komuś do tej pory ta szyba poleci z okna na głowę?
Ale cóż robić, tacy są dzisiaj fachowcy, mieszczący się pod nazwą solidna firma.
 Na tą szybę, którą wymieniali mi w zeszłym miesiącu w drzwiach przynajmniej nie czekałam, zamówiłam, na drugi dzień przyszło dwóch panów, z szybą, docięli ją według rozmiarów i odr razy wprawili, nie było takich ceregieli. Fakt, że może sporo zapłaciłam, ale nie musiałam się przy tym denerwować. Zresztą nie mam pojęcia, ile ten szklarz zażyczy sobie za wprawienie tej szyby, wszak może mi policzyć za podwójny dojazd. Do kitu, ale muszę zęby zacisnąć i się poddać, nie mam innego wyjścia. Szkoda tylko, że nie zapisałam sobie poprzedniego telefonu. Ale gdy jakąś usługę zamawia się przez google, można na minę trafić. Tak już bywa.

Zbliża się ten zapowiadany, gorący weekend, zobaczymy, co z niego wyniknie, czy uda mi się jednak pokonać dzielnie (przy pomocy mojego wiatraczka) ten miejski skwar?
Już się robi gorąco, nawet nie chce mi się nic więcej dzisiaj pisać.
Tylko mogę życzy wspaniałego weekendowego odpoczynku

krótkie sprawozdanie

Zadzwoniłam wczoraj do przychodni i okazało się, że są już moje wyniki. A ponieważ miałam trochę podniesione niektóre wartości, a poza tym aż do urlopu moja pani doktor będzie urzędowała tylko rano, więc zdecydowałam się na wizytę w dniu wczorajszym. Nie było to wcale takie łatwe, bowiem już wszystkie miejsca były do pani doktor zarezerwowane, zapisano mnie więc na najwcześniejszą możliwą godzinę, czyli na 13-stą.
Aby się tam dostać i potem długo ewentualnie nie czekać, pojawiłam się w przychodni o godz 12-stej w południe i rzeczywiście (chyba pierwszy raz w życiu) byłam pierwsza w kolejce.Śmiałam się nawet, że jedna babcia już jest, już czeka w kolejce. Piję to do tego, co napisałam dzień wcześniej, to znaczy, że wszystkie babcie okupują już miejsce przed gabinetem nawet godzinę wcześniej. Wczoraj padło na mnie, ale ponieważ miałam jeszcze pewne popołudniowe plany, chciałam sprawę załatwić jak najwcześniej.  Na szczęście pani doktor przyszła nawet kwadrans przed czasem, tak więc punkt o godzinie 13- stej Byłam w jej gabinecie. Pani doktor porównywała bieżące moje wyniki z tymi sprzed 3 miesięcy, robionych w obu szpitalach i okazało się, że wcale nie jest aż tak źle.
Po pierwsze nie mam zdecydowanej  anemii (pająk raczej mnie do kąta nie zaciągnie, jak było w tym znanym kawale: anemik woła: panie doktorze, gdzie mnie ten pająk ciągnie), chociaż jakiś wielkich sukcesów w tej materii nie odniosłam. Ale fakt , że zawsze miałam lekko przesunięte wyniki w krwi, widać taka jej uroda. Te dwa główne oznaczenia wątrobowe o wiele się polepszyły, to znaczy wartości ich spadły, czyli wątroba pomału wraca do normy, jedynie wynik CRP był nie zadowalająco podniesiony, co świadczyłoby o jakimś stanie zapalnym w drogach żółciowych. Okazało się, że po prostu zbyt mało je płuczę, to znaczy stanowczo piję za mało wody mineralnej. Jedyne więc zalecenie, które dostałam to picie codziennie około 3 litrów wody mineralnej, aby wypłukać to wszystko, co organizm jeszcze w sobie pozostawił i ewentualną kontrolę tego badania pod koniec sierpnia.
To wszystko, innego żadnego lekarstwa, ani polecenia nie dostałam.
Jednym słowem nie tylko chudnę, ale i zdrowieję i to nie tylko w oczach. Cukier też nie był rewelacyjny, to znaczy miałam 6.3 mmola, nieco podniesiony, ale można było podciągnąć to pod jednorazowy kaprys, chociaż ciągle mam wrażenie, że mój glukometr nieco zaniża jego wartości.
Ale i tak w porównaniu z badaniami przeprowadzonymi w szpitalu, cukier spadł mi o połowę, czyli źle nie jest. Tak oceniła to pani doktor.

Po przyjściu do domu otworzyłam swoją paczuszkę z ciuszkami, Bluzka śliczna, tylko nie wiem, czy już nie jest zbyt szeroka (akurat tych 2 numerów niżej nie było), za to sukienka jest dobra, tylko……. trochę zbyt szara jak na moją ziemistą cerę i te siwe włosy. Powinnam sobie bardziej ożywione kolory  kupować, bo gdy popatrzyłam na zdjęcie, które sobie wczoraj w niej zrobiłam, wyglądałam jak stara babcia. Bardzo przypominałam moją ciocię Helę z jej ostatnich już lat. Niestety, czas swoje piętno na buzi pozostawia, a teraz gdy buźka też nieco się zwęziła widać to jeszcze bardziej wydatnie.
Diana zaproponowała mi, żebym zrobiła sobie jakiś kolorek na głowie, może przy tej ziemistej cerze będę nieco weselej wyglądała i koniecznie muszę skrócić już te moje rozwichrzone fale na głowie. Z tym kolorem to przyznam , trochę się boję, bo po pierwsze  bardzo szybko mi włosy odrastają i praktycznie musiałabym raz na miesiąc robić sobie farbę (albo przynajmniej odrosty), bo nic nie ma gorszego, gdy spod farby wyłazi siwizna.
A drugi problem jest taki, że prawie każdy kolor, który kładę na moje włosy w większym, lub mniejszym stopniu jest rudy. Osobiście mi rudy kolor na włosach nie bardzo przeszkadza, ale ten odcień włosów nie odpowiada VIP-owi i bardzo wtedy się na mnie denerwuje. Cóż, z jego zdaniem też muszę się liczyć, prawda?
Nie wiem, widocznie mam tak specyficzny własny kolor włosów, że w połączeniu z inną farbą tworzy rudy odcień, ciekawe, nieprawdaż?
W każdym bądź razie mam temat do przemyślenia. Będę miała przynajmniej o czym myśleć przez cały weekend.
Dzisiaj chcę ubrać tą moją całkiem nową sukienkę, niestety ciągle pozostaje problem z butami. Obecnie mogę nosić tylko jedne, jedyne półbuty, pewnie nie za bardzo pasują do tej sukienki, ale są w miarę wygodne. W miarę, bo też już po nieco dłuższym codziennym ich używaniu robią się w środku niezbyt wygodne i zaczynają ocierać skórę, z czego potem powstają różne odciski na palcach i na stopach. Pewnie zakupię sobie podobne, ale nowe i znów będą przez pewien czas dobrze mi służyć
Jak już pisałam, ubrałam sobie kiedyś sandałki, też niby wygodne i też kupowane w sklepie ORTO, ale tak zmasakrowałam sobie nimi stopy, że do dzisiaj nie bardzo mogę w ogóle chodzić. Stopy bolą, pieką, co utrudnia chodzenie. Nawet nie myślę o nowych zakupach butów, bo gdy przeglądałam na stronach internetowych zdjęcia  z podobno bardzo wygodnym obuwiem, już a sam ich widok dostawałam odciski na….. mózgu.
Najgorsze jest to, że z każdym rokiem mam coraz większe kłopoty z takimi właśnie zakupami, wydaje mi się, że nie ma dla mnie już odpowiedniego obuwia. A wcale nie mam wysokich wymagań, but odpowiedni dla mnie to taki, który jest szeroki, miękki w środku, bez żadnych udziwnień w postaci wkładek czy wzmocnień poprzecznych, łatwo układający się do moich stóp ( a mam niestety je zdeformowane i w dodatku mam tzw płaskostopie poprzeczne), musi mieć nieco grubszą, ale płaską podeszwę (żadnych koturn, czy obcasów), tak bym nie czuła idąc żadnych kamyczków pod stopami, no i przede wszystkim but musi być miękki i plastyczny (to znaczy nie być twardą podeszwą, ale musi się się zginać ).
Jest całe mnóstwo sklepów z tak zwanym obuwiem ortopedycznym, ale jest ono dla mnie tak odczuwalne, jakby mi ktoś  przybił gwoździami wprost do stóp twardą, nieobrobioną deskę i kazał tak chodzić. Już teraz rozumiem powiedzenie, że ktoś cierpi jak Piekarski na mękach, ja właśnie tak cierpię prawie w każdym założonym obuwiu. Te moje nieszczęsne sandały wylądują w końcu w koszu na śmieci, żeby mi jeszcze nie przyszło do głowy kiedykolwiek je ubrać. Do prywatnego szewca też się nie wybieram, bo po pierwsze takie obuwie jest drogie i w końcu tak zrobione, jak sobie szewc wymyśli, a nie tak, jak ja oczekuję. Czyli mam tak zwany obuwniczy impas i nie umiem sobie z nim poradzić. Kiedyś fajne buty przysyłała mi z USA Ciocia Juta, ona widać też miała podobne jak ja problemy z obuwiem, ale te otrzymywane od niej zawsze dla mnie były bardzo wygodne, obojętnie, czy to były sandały, czy półbuty. Niestety Ciocia Juta już nie żyje, więc na taką pomoc nie mogę liczyć. I co ja mam teraz biedaczka robić? Na prawdę rzadko udaje mi się kupić coś sensownego, kiedyś w Lidlu kupiłam bardzo wygodne botki, które bardzo lubię, ale pewnie też już przyjdzie pora je wymienić. A zresztą ani w lecie, ani w jesieni i tak w nawet najwygodniejszych botkach chodzić nie mogę.
O  jesieni i o zimie nawet boję się pomyśleć, bo czeka mnie wymiana i kurtek i swetrów, których większość już niestety się pozbyłam.
Taka cenę płaci się za chudnięcie…… A wymiana ubrań niestety kosztuje.
Magda ma chyba rację twierdząc, że ostatnio nastawiłam się tylko na siebie, nawet w blogu ciągle piszę ja to, ja tamto, ale kto inny ma zadbać o swoje sprawy, jak nie ja sama???

Pogoda dzisiaj będzie odpowiednia, ani nie za gorąco, ani nie za chłodno, więc zapowiada się całkiem niezły dzień
Rano czekam tylko jeszcze na szklarza, który wymieni mi tą pękniętą szybę w oknie i wybieram się potem zaraz szybciutko do pracy.
Życzę wszystkim udanego i miłego czwartku
 

ogród z róż

Zapraszam Ciebie w dzisiejszą środę do ogrodu pełnego róż Uleńko. Wszystkie te róże są tylko dla Ciebie.
Co prawda nie wiem, co zrobisz z taką ilością tych przepięknych kwiatów, możesz je na przykład zawieź do ogródka Twojej Magdy i tam wszystkie je zasadzić. Będą cieszyły nie tylko Ciebie, ale również i Magdę i jej rodzinkę. A jak pięknie będą pachniały……..
Mam nadzieję, że te ciepłe, nadchodzące dni spędzisz poza Poznaniem, bo w mieście raczej trudno będzie wytrzymać w ten gorący weekend, znów temperatura ma skoczyć ponad 30 stopni, aż strach pomyśleć, co się będzie działo w Krakowie. Co prawda mam już czynny wiatraczek, ale……
Całuję Cię serdecznie Uleczko. Przeczytałam wczoraj w Twoim komentarzu, że od Twojej operacji też już sporo czasu minęło, te dwa miesiące jak z bicza strzelił, prawda? No i mam nadzieję, że też już zbierasz, podobnie jak ja, same pozytywy tej decyzji. Co prawda Ty nie musisz się borykać z kilogramami, ale…… każdy ma swoje własne kolce, które musi z własnego życiorysu wyrywać, ładnie to napisałam, prawda? Niech więc te Twoje róże wyrosną bez żadnych kolców, byś na co dzień mogła tylko się uśmiechać, a żaden grymas bólu nie mącił Ci tych pięknych dni.
Bo teraz i dla Ciebie i dla mnie te dni są jednak piękniejsze. Jeszcze raz posyłam Ci słodkie  i słoneczne całusy i uśmiechy prosto spod Wawelu.
A nasz piwny ogródek na Rynku ciągle czeka na Twoją wizytę (ja od razu mówię, będę piła tylko  wodę mineralną).
Niedawno była rocznica (która, już nie pamiętam) naszych miłych balowych chwil w Krakowie, w Raju, a potem właśnie na Rynku w naszym ogródku kawiarnianym. Pamiętałam o tym i żałuję, że to już było, a może jednak jeszcze się kiedyś wróci?????

Wczoraj robiłam sobie badania analityczna, byłam bardzo dzielna i nawet nie krzyczałam ( przecież ja nigdy nie krzyczę, no chyba, że u dentysty), a teraz czekam z niecierpliwością na „wyrok”. Chyba cukier jednak mam w porządku, ciekawa jestem, czy mam tą anemię, czy nie ( wszak jem owoce, warzywa i w dodatku zażywam zalecone mi witaminy), ale ważniejsze jest to, czy moja wątroba już nieco „odpoczęła” od tych tłustości i pokaże lepsze, niż ostatnie wyniki. A to by była bardzo dla mnie ważna wiadomość, bo podczas operacji okazało się, że moja wątroba była już bardzo tłuszczykiem zniszczona i omalże była na granicy marskości. Teraz, gdy tych tłustości już nie jem, pewno i wątroba to odczuła. Chociaż nie wiem, czy tak prędko potrafi się ona całkowicie  zregenerować.
Wczoraj skusiłam się na  kawałeczek gotowanej skórki otaczającą nogę  z kurczaka, bo sam kurczak był okropnie suchy, bardzo długo siedział mi  ten  nieco tłustszy skrawek  na moim żołądku i nie bardzo  przyjemnie się przypominał.
Ot, taki się jakiś delikatniutki zrobił ostatnio. Ale jak widać, nie zawsze jestem daleka od popełnienia jakiegoś dietetycznego błędu, muszę zatem jeszcze bardziej uważać. I znów z kurczaczkiem pożegnam się na dłuższy czas, bo na samą myśl o nim….br, aż skóra cierpnie mi na rękach.
No i oczywiście muszę iść pod osąd Pani doktor, ale to dopiero pod koniec tygodnia. Najgorsze jest to, że trzeba będzie znów swoje odsiedzieć, bo to jest najbardziej popularna internistka w tej przychodni i zawsze do niej są tłumy chorych, nawet w ten letni, wydawałoby się mniej obciążony chorobami czas. Ale ona ma głównie wielkie zaufanie pośród babć i dziadków ( no, nie tylko), a ci niestety na wczasy już nie jeżdżą, wolą  czas spędzać w przychodni i opowiadać pani doktor o swoich, a także  rodzinnych i sąsiadów bolączkach. Rzeczywiście doktor Maria ma niesamowitą cierpliwość do swoich podopiecznych, zawsze ich wysłuchuje z wielkim zainteresowaniem i z dużym zaangażowaniem, dlatego często przyjmuje swoich chorych nawet wtedy, gdy czas jej urzędowania już minął.  Można rzec, że jest to prawdziwy lekarz z wielkim powołaniem. Niestety okupowane jest to jej zdrowiem i zmęczeniem, a także zniecierpliwieniem tych, którzy podobnie jak ja, przychodzą do niej tylko rzeczywiście w potrzebie, muszą za to swoje w długiej kolejce  mniej lub więcej cierpliwie  odczekać.

Dostałam wczoraj bardzo fajny link do słownej układanki, coś w rodzaju popularnej gry scrabble. Jest to całkiem fajna zabawa, polega na ułożeniu z siedmiu podanych liter wyraz 4,5,6 a najlepiej siedmioliterowy. Fakt, że można to od razu  sprawdzić i okazuje się, że jest wiele słów, o których do tej pory nawet nie słyszałam.
Jeżeli ktoś ma ochotę też w wolnej chwili się pobawić, podaję stosowny link : http://www.slowonadzis.pl
Ta zabawa jest nawet lepsza od układanie pasjansów, czy gry w zbijanie kulek. Przynajmniej trzeba trochę pomyśleć, a taka gimnastyka mózgu też jest  dla higieny własnej potrzebna.

Aha, miałam jeszcze wspomnieć o tej specjalnej masce na stopy, która niweluje zbędne zgrubienia. Otóż trzymałam te lecznicze skarpetki  całą noc, oczywiście włożyłam na nie jeszcze  bawełniane skarpetki, a i tak szeleściłam jak przysłowiowa mucha w ortalionie. Ale jednak muszę kurację raz jeszcze dzisiaj wieczorem powtórzyć, bo rzeczywiście przyniosła ona pewną ulgę dla moich biednych stópek (trochę mniej stopy pieką), ale jeszcze nie koniecznie tak do końca.
Zobaczymy, jaki będzie efekt końcowy.

Dzisiaj po przyjściu z pracy będzie na mnie pewno już czekała paczuszka z nową sukienką i nowa bluzeczką, wczoraj dostałam potwierdzenie, że już została wysłana, więc dzisiaj na pewno ją otrzymam.
Jutro podzielę się z Wami moimi spostrzeżeniami.
 Ta nowa kremowa bluzeczka na pewno świetnie będzie pasowała do moich nowych leginsów, które dostałam w prezencie za dobre postępy w odchudzaniu od Magdy. Kochana ta moja Magda, nie dość, że mnie dopinguje, to jeszcze zrobiła mi taką miłą niespodziankę.

Jeszcze dzisiaj czeka mnie jeszcze jeden wydatek, muszę w końcu wymienić tą szybę w oknie, bo boję się, by całkiem się nie posypała na głowę komuś przechodzącemu pod moim oknem,  bo teraz już pękła na całą szerokość kwatery. Ale muszę znaleźć  jakąś tańszą firmę, niż tą, która ostatnio
szkliła mi drzwi, bo 90 złotych za jedną malutką kwaterkę w drzwiach to jednak to niebywałe zdzierstwo, to ile musiałabym zapłacić za kwaterę w oknie?. Muszę coś sensownego znaleźć dzisiaj w internecie i zamówić w końcu  sobie tą usługę, trudno, znów trochę grosza z kieszeni wyleci, ale jak mus, to mus. A może w końcu mi się w tego Lotka poszczęści i trafię więcej niż biedną trójczynę?????
Nadzieja jest podobno matką głupich, ale czasami i ślepej kurze jakieś ziarno się trafi.
A wtedy, gdy już wygram………… ach, jak miło sobie przynajmniej pomarzyć.
No to pozostawiam Was w marzeniach : „gdybym był bogaty” i idę zarobić sama troszkę tych pieniążków, nie ma to tamto

https://www.youtube.com/watch?v=8_JwUPLanoo

Miłej środy.

adios 100 kilogramów!!!!

 FOR  EVER !!!!!!!

Wczoraj ważyłam nawet poniżej 99 kg, czyli jakieś 98.500 Brawo.
Czyli od operacji, a dzisiaj mija trzy miesiące, „znikło mi” 26 kilogramów!!!
Tera czekam na następną granicę, czyli poniżej 90- tki, a potem poniżej 80… i ciąg dalszy nastąpi.
Każdy mnie się pyta, czy trzymam nadal restrykcyjnie dietę. Otóż nie, nie muszę, mój żołądek sam reguluje, ile i jakie potrawy może otrzymać, inaczej robi bunt na pokładzie, a to do przyjemności raczej nie należy. Szkoda tylko, że niektóre jarzyny, jak na przykład szpinak, moje podniebienie lubi ( zawsze, nawet jako dziecko uwielbiałam szpinak), ale mój brzusio niekoniecznie go obecnie lubi, wyraźnie robi potem zamieszanie w moich wnętrznościach. Taki już ten mój nowy brzusio, a ja czy chcę, czy nie, muszę się z nim liczyć. On tu teraz rządzi!!!!

Wczoraj byłam u mojej pani doktor I-szego kontaktu, wprost oniemiała ze zdziwienia, gdy mnie zobaczyła. Zresztą druga pani doktor, która kiedyś też była anty mojej operacji, też nadziwić się nie mogła. Obie mnie pochwaliły i stwierdziły, że się z  tą oceną medyczną pomyliły i że bardzo dobrze się stało, że tak pięknie schudłam i oczywiście życzyły mi dalszych sukcesów.
Dostałam od pani doktór skierowania na masę badań, dzisiaj rano idę do przychodni, by mi je pobrano, a za kilka dni muszę z wynikami jeszcze do niej powrócić. Wtedy mnie zbada dokładnie, wczoraj tylko zbadała mi ciśnienie, które okazało się w normie.

Kiedyś założyłam sobie, że w miesiącu lipcu już pożegnam moje 100 kg i udało mi się, teraz zastanawiam się, ile czasu potrzebuję, bym zeszła poniżej dziewięćdziesiątki.
Oczywiście, że chudnę teraz powoli, ale gdzie mi się spieszy? Do setki lat brakuje mi jeszcze sporo, a ja jeszcze chcę i tą setkę przekroczyć – czemu niby nie? Jedna setka w dół, druga setka w górę……
Tak więc wczoraj miałam całkiem pomyślny dzień, mimo, że to był trzynasty dzień miesiąca, ale nawet piosenka mówi, że trzynastego wszystko zdarzyć się może.
W związku z moim sukcesem zamówiłam sobie w domu wysyłkowym nową sukienkę i nową bluzkę. Należy mi się przecież jakaś nagroda, prawda????

A tak w ogóle to nie jest źle, setka w kg przekroczona, trójka w Lotka wygrana, kto wie, może i inne moje marzenia zaczną się jeszcze spełniać.
Tylko by mnie te nogi tak nie bolały i tak nie piekły.
Kupiłam wczoraj w aptece specjalne skarpetki, które na kilka godzin wkłada się na umyte stopy i podobno świetnie złuszcza wszelakie zgrubienia na stopach, które właśnie potem tak okrutnie właśnie pieką.
Nazywa się ten preparat złuszczająca  maska do stóp, jednak ma taki  mankament, że jest droga, bo kosztuje około 12 zł, a te skarpetki niestety są jednorazowego użytku. Maska jest zrobiona na bazie aktywnych kwasów roślinnych, złuszczających zrogowacenia, normalizuje proces złuszczania, wspomaga odnowę  i regeneruje i intensywnie wygładza skórę stóp.
No, jestem bardzo ciekawa, jak będę na tą nowość reagowała, kupiłam sobie na razie 2 takie opakowania, chociaż na nich pisze, że regularne stosowanie takich skarpet zapobiega powstawaniu silnych zrogowaceń. Tylko na takie skarpety musiałabym wydać 30 x 12 zł, czyli miesięcznie musiałabym wydać 360 zł, kupa forsy!!!
No ale od czegoś trzeba zacząć, ja zacznę od jednego na razie opakowania i o ewentualnych efektach napiszę. Po pierwszych takim „skarpetkowym seansie” trudno cokolwiek więcej powiedzieć, ale fakt, że po ich założeniu czułam olbrzymią ulgę stóp, nie były takie zmęczone
Oczywiście bez leczniczego pedicure u Pani Eli się nie obejdzie, ale najpierw muszę sobie te bolące stopy jakoś przygotować.
Planuję wizytę u niej gdzieś w przyszłym tygodniu, bo i pani Krysia też będzie miała co robić , bowiem  już włosy mi sporo odrosły, trzeba je przyciąć lekko, by mi czupryna dęba nie stawała na głowie 🙂

Na razie gnam do przychodni na badania, a potem, prosto stamtąd do pracy. Muszę szybko się uwinąć, bo już mój brzusio mówi, że jest głodny, a tu trzeba być całkiem na czczo. Nawet lekarstw żadnych na razie nie zażywam, wszystkie muszę w pudełeczku zabrać ze sobą.
A jutro  popołudniu będę miała okazję przymierzać nowe ciuszki, już się na nie cieszę.
Życzę miłego wtorku

poniedziałek – dzień pracujący

Oj przepraszam Cię Irsila, pomyliłam niki, ten wpis o ciuchach miał być kierowany do Kogoś o niku mmzd (Magda), która coś pisała o mamie koleżanki. Raz jeszcze serdecznie Cię przepraszam za to nieporozumienie, nie chciałam Cię urazić. Mam nadzieję, że mi wybaczysz, bo nie kierowałam się przecież złymi intencjami.

Dzisiaj wstał znów  poniedziałek. Dla mnie dość „zabiegany” poniedziałek, bo po pracy wybieram się do mojego lekarza I – szego kontaktu z kontrolną wizytą, pewnie przepisze mi kilka badań, potem muszę na drugi dzień pojechać wykonać te badania no i na trzeci dzień znów muszę powrócić z wynikami do pani doktór. Tak więc trochę „zachodów” z moim zdrowiem znów będzie, ale po pierwsze, rzeczywiście mam dosyć ziemistą skórę, a po drugie i trzecie kręci mi się często bez powodu w głowie no i jestem ciągle senna. Teraz już trudno tą senność zrzucić na wysoki poziom cukru, no chyba, że mój glukometr całkowicie oszalał i pokazuje złe wartości. Ale nic wskazuje na to, żebym miała zepsuty aparat do mierzenia poziomu cukru.
Wkrótce wszystko się okaże. Dzisiaj mija już trzy miesiące od  mego pójścia do szpitala, a jutro trzy miesiące, gdy mnie zoperowali. Ale ten czas zasuwa, a wydaje mi się tak niedawno…………

Nie można powiedzieć, żeby poniedziałek nas rozpieszczał. W nocy przebudziła mnie olbrzymia ulewa, nie mogłam potem długo usnąć.
Zmęczył mnie jakiś okropnie koszmarny sen, tak więc wstałam całkiem do niczego. W dodatku rano znów strzeliła mi szyba, tym razem w oknie, znów muszę szukać pomocy szklarza.
Podobno, gdy tłucze się szkło to dobry znak, ale to oznacza też kłopoty i…wydatki. Czy ja już tak w każdym miesiącu te szyby będę wymieniała?

Za oknem szaro i ponuro, nieco przez to chłodniej, niecałe 20 stopni.
A gdzie te upały, które wieszczył mi VIP? Mój wentylatorek czeka i się nudzi!
No nie chcę wcale wielkich upałów, wystarczy mi tak o jakieś 5-7 stopni więcej.
Ale najważniejsze, by nie padał deszcz.

Mimo niesprzyjającej aurze, życzę całkiem udanego poniedziałku i samych miłych dni w nadchodzącym tygodniu.

Trzynastego wszystko zdarzyć się może….dzisiaj stłukła mi się szyba, a xxx lat temu trzynastego lipca…….ach, nie warto o tym pisać, ale pamiętam!

relaksowo, bo niedziela przecież.

A zaczynam od Irsili, do której mam prośbę o kontakt mailowy w sprawie ewentualnych jeszcze moich zbyt dużo ciuchów.
Może akurat  rzeczywiście kogoś ucieszą, a jednak jeszcze  parę rzeczy, tych porządniejszych muszę się wyzbyć.
Mój adres mailowy podałam w Twoim blogu we wpisie z 9 lipca.

Za nami błoga sobota, nie zimna, nie ciepła, a w sam raz. Dopiero w przyszłym tygodniu mają przyjść z powrotem potężna fala  upałów.
Na szczęście tym razem się ubezpieczyłam, zakupiłam wentylatorek, który został mi już dostarczony, a wczoraj mój Maciuś – złota rączka go zmontował i wentylatorek działa. Trochę miałam kłopoty z tym pilotem do włączenia i wyłączania, a także do prędkości i do timera.
Przestraszyłam się, bo nagle wiatrak przestawał się na moment obracać, ale po chwili znów ruszał. Ale Maciek wytłumaczył mi, że przy włączeniu dwóch prędkości równocześnie blokuję jego działanie, to znaczy wstrzymuję jego prędkość. Muszę więc uważać, żeby czegoś tam nie namieszać, bo nagle całkowicie wiatraczek może przestać działać, a to byłby  dla mnie nowy kłopot. Niech chociaż jeden sezon letni przetrwa, a najlepiej niech działa przez kilka nawet sezonów, żebym znów nie musiała w przyszłym roku kupować tak potrzebnego towaru na ostatnią chwilę. Co prawda nie jest to jakiś bardzo drogi przedmiot, ale w związku z tym, pewnie i nie do końca doskonały. Wątpliwość moją wzbudzają te plastikowe, niezbyt stabilne nóżki wiatraczka, przez to są bardzo chwiejne i łatwo jest wiatraczek wywrócić. Tak właśnie stało się z moim poprzednim wentylatorkiem rok temu, przewrócił się, a ponieważ jego łopatki i inne części są plastikowe, więc coś tam w nim się złamało i wiatraczek przestał działać.

Dzisiaj są urodziny naszego Miśka, syna mojego Brata, a brata Moniki i Basi – Michała. Gdyby żył, dzisiaj kończyłby dzisiaj 50 lat.
Muszę o nim wspomnieć, bo to był naprawdę wspaniały chłopak, miał niepowtarzalny styl bycia i niesamowity zawsze humor, nawet gdy dopadały go jakieś życiowe przypadłości. Niestety zmarł  nagle na serce, bardzo wcześnie, bo w wieku 33 lat. Myślę o nim często i zawsze mi jest jego brak.
Uwielbiałam z nim rozmawiać, był rzeczowy, ale zawsze w bardzo inteligentny, ale subtelny  sposób  przemycał jakąś ironiczną myśl i nie starał się nigdy nią komuś dokuczyć. Potrafił każdą taką rozmowę przeinaczyć w żart. To jest bardzo wielka sztuka, a Misiek ją właśnie posiadał.

Dzisiaj obudziłam się rano trochę „nietomna”, już nawet wybierałam się do pracy, a potem do lekarza pierwszego kontaktu, gdy uprzytomniłam sobie, że dzisiaj jest przecież niedziela, a nie poniedziałek. Przyznam, że odetchnęłam z ulgą. Tylko po co się obudziłam już o 5.45 tego nie wiem.
Może ostatnio za wcześnie chodzę spać????? Ale i tak sobie jeszcze troszkę potem dośpię, bo jakoś tak się  przeważnie składa, że  przy którymś kolejnym odcinku serialu, lub przy dłuższym filmie sobie dosypiam i muszę to raz jeszcze potem sobie puścić od nowa.

Ostatnio powróciłam do starego serialu „Szpilki na Giewoncie”. Oglądam go sobie na Ipli, od samego początku serialu, czyli od I-szego sezonu.
Już dawno tego serialu nie widziałam, więc z przyjemnością przenoszę się w zakopiański folklor i w problemy głównej bohaterki tego serialu, nota bene mojej imienniczki Ewy. jest to inteligentna i bardzo przebojowa dziewczyna, której nieco zadziorny, ale prawy charakter pozwala zwalczyć liczne przeciwności i pułapki, które na nią życie zastawia. Ale przy tym stara się bardzo być uczciwa wobec osób, które ją otaczają i zawsze jest pozytywnie do życia nastawiona. Szkoda, że ten serial trwał tylko 4 sezony.

Życzę wszystkim takiego pozytywnego nastawienia do dzisiejszego dnia, czyli po prostu życzę miłej niedzieli.

Z ostatniej chwili: Znów po raz któryś kolejny zostałam Ciocią – Babcią
Witam w Rodzinie Jana – Michała !!!

Róża dla Matyldy

Ta piękna róża jest dla Ciebie Matylda, z gorącymi gratulacjami i życzeniami, aby Twój dzisiejszy sukces został przez następne lata pomnożony.

Dzisiaj dowiedziałam się, że Matylda dostała się do Collegium Medicum Uniwersytetu Jagiellońskiego w Krakowie. Jest to bardzo duży wyczyn, bo próg egzaminacyjny w Krakowie zawsze jest bardzo wysoki i zawsze jest sporo kandydatów na jedno miejsce. Trzeba było włożyć sporo wysiłku i sporo nauki, aby ten próg przeskoczyć. Dla Matyldy to był czas około 2-3 lat, gdy zaczęła solidnie  już przygotowywać się do studiów, dzisiaj ma tego pozytywne skutki.
Tak, jak napisała na Face Booku Jej Mama, następne pokolenie rodziny pokonuje trudne szlaki medyczne, tak jak Jej przodkowie. Mój Tata – Emil, który skończył tą uczelnię omalże cały wiek temu, a zarazem pradziadek Matyldy, tudzież Jej Dziadek Krzysztof, też absolwent Akademii Medycznej w Krakowie, byliby z niej dzisiaj bardzo dumni.
Pewno tam wysoko w niebie uśmiechają się do niej dzisiaj radośnie i przyrzekają Jej  swoją pomoc przy każdym trudnym egzaminie. Bo każdy sobie zdaje z tego sprawę, że są to studia niezwykle trudne, wymagające ciągłej pracy, ciągłej nauki.
Wierzyłam w Ciebie Matylda, bo jesteś osobą bardzo pracowitą i obowiązkową i mam nadzieję, że zdążę jeszcze dostać się pod Twoje opiekuńczo- lekarskie skrzydła.

Taka wspaniała wiadomość nie może dzisiaj na moim blogu być przyćmiona żadnymi innymi wieściami.
Pozytywne dzisiaj jeszcze jest to, że i pogoda zaczyna być z powrotem ładna i jest troszkę cieplej.
To słonko na niebie to dzisiaj chyba specjalnie uśmiecha się do Matyldy!

Miłej soboty wszystkim życzę

refleksje z wczorajszego dnia

 

Byłam wczoraj w sklepie z ciuchami, dodam w okropnie dusznym sklepie, zero klimatyzacji. Ponieważ wyszukiwanie towaru zajęło mi dłuższą chwilę,   z tego zaduchu zrobiło mi się po postu słabo. Ledwo doszłam do pani za kontuarem i spytałam, czy tu można gdzieś usiąść, bo jest mi troszkę słabo. Pani odesłała mi do nieistniejącego parapetu, to był tylko taki niziutki i wąziutki murek, na którym raczej trudno byłoby usiąść.  Więc wróciłam do pani, która patrzyła na mnie jak na raroga, jakby zdziwiona chciała spytać: co to stare grube babsko ode mnie jeszcze chce.
Sama siedziała za tym kontuarkiem na obrotowym fotelu, a obok niej wiał prosto na nią wentylatorek. Zero współczucia, sklep stary, pamiętający jeszcze socjalistyczne czasy, podobnie i po staremu zachowywała się ekspedientka. Nawet okiem nie mrugnęła, gdy ledwo żywa oparłam się o ladę, nawet nie skierowała w moją stronę wentylatorka, który pozwoliłby mi chociaż na chwilę ochłonąć, całkowita znieczulica.
Ledwo żywa wyszłam z tego sklepu, ale coś tam sobie jednak kupiłam.
Za to historia z moim złym samopoczuciem powtórzyła się jeszcze raz wczorajszego dnia (jakaś na prawdę była niezbyt korzystna bioaura) , gdy przy popularnym warzywniaku kupowałam owoce, znów zakręciło mi się w głowie i lekko oparłam się ręką o stolik. Pani sprzedająca owoce popatrzyła na mnie uważnie i spytała, źle się pani czuje?, może che pani sobie usiąść, tu mam krzesełko. Zadziwiłam się, chociaż przecież  raczej powinnam się była dziwić tej pierwszej zaistniałej sytuacji. Ot tu człowiek i tu człowiek, a jaka różnica? I czemu człowiek dziwi się, gdy ktoś jest dla niego miły, a nie przeraża go, gdy ktoś go lekceważy? Dziwne czasy, zaiste……

Wróciłam do domu skonana. Niby nie ma już tych upiornych upałów, ale coś niedobrego w powietrzu wisiało, padłam więc jak kawka i przespałam jakieś dobre 2-3 godziny.
Wieczorem zadziwił mnie znów nasz pies. Biedna Pepa chciała koniecznie iść na spacerek, więc o przechodziłam przez przedpokój, ona biegła do smyczy i brała ją do pyska. Nigdy dotąd nie widziałam takiej jej reakcji, zawsze tylko kręciła się pod drzwiami, pokazując, że chce wyjść, Ale wczoraj przeszła sama siebie. Na szczęście nadszedł Ksawery i szybko sunię wyprowadził. Chyba trochę tęskni za dziewczynkami, bo wczoraj obdarzała mnie swoimi karesami, a to lizała mnie po nogach, a to zaczepiała wesoło szczekając i zapraszając do zabawy. A może i ona czuje tą jakąś niedobrą aurę?, kto wie.
Dzisiaj już piątek, jak to dobrze, że (oprócz oczywiście środy) jest ten miły dzień w kalendarzu.
Pójdę sobie spokojnie do pracy, a potem już będę tylko wypoczywać.
Wczoraj popełniłam jedno małe „przestępstwo”. Otóż zrobiłam sobie z bułki 2 grzanki i…posmarowałam je potem lekko dżemem morelowym. Ot, taki eksperyment, jak reaguje mój organizm na odrobinę cukru. Oczywiście rano zrobiłam sobie test cukrowy i mój wynik nie był wcale podwyższony, miałam tylko 5.6, czyli 100,8 według starych pomiarów. Ciekawe, a poprzedniego dnia nie jadłam nic więcej, ani nic słodkiego, a cukru miałam 6.2.Zupełnie nie wiem, od czego to zależy, że czasami nieco cukier mi podskoczy, mimo, że zażywam te 2 tabletki Glucophage dziennie.
W przyszłym tygodniu wybieram się zrobić sobie badania analityczne, bo coś za często ostatnio  kręci mi się w głowie i męczą mnie te skurcze nóg.
Za kilka dni minie trzecia miesięcznica operacji, więc najwyższa pora dokonać przeglądu mojego organizmu. No i oczywiście muszę się wybrać do pani doktor pierwszego kontaktu, aby przeanalizować, czy wszystko jest ze mną O.K.
Ale o tym pomyślę dopiero w poniedziałek. Co sobie będę sobie tym głowę zawracała w tak piękny dzień jak piątek  Prawda??
Wczoraj prysnął mój kolejny sen o wygranych milionach, owszem, padła nawet wczoraj szóstka w Lotka, ale została podzielona na trzy wygrane osoby, niestety wśród nich nie było i mnie. Każdy z nich wygrał około 5milionów 800 tysięcy złotych, też by mi tyle wystarczyło. Może następnym razem????
Życzę przyjemnego piątku

peturbacje z internetem

 

Od rana wczoraj miałam kłopoty z netem, raz był, raz zanikał i się pojawiał, aż w końcu mimo, że komputer pokazał, że jest Neostrada dostępna, jednak żadna strona się nie otwierała. Oczywiście interweniowałam dwukrotnie. Najpierw pani usiłowała mi wytłumaczyć, że przez tą poranną wichurę jest awaria w mojej okolicy, ale jednak jakoś zlitowała się nade mną i przysłała mi technika, aby na miejscu zbadał przyczynę braku internetu.
No i okazało się, że przyczyna była bardzo prozaiczna, mianowicie przyczyna tkwiła we wtyczce do kontaktu telefonicznego, jakieś druciki niepotrzebnie się połączyły i iskrzyły. Pan wymienił mi całą wtyczką i…odzyskałam dostęp do internetu, ale była radość. Tak mało, a cieszy. W dodatku za usługę nic nie musiałam zapłacić, bo uszkodzenie było w przewodach telefonicznych, za które już Orange odpowiada. Co prawda pan postraszył mnie, że w mojej kamienicy są już bardzo stare przewody telefoniczne i obawiał się w związku z tym, że będzie musiał prowadzić nowe kable aż z parteru, ale jakoś udało mu się awarię usunąć w moim kontakcie i wszystko jest O.K. Akurat poranna burza nie miała z tym nic wspólnego.
Jednym słowem od czasu do czasu jestem dzieckiem szczęścia.
Co prawda szóstki w Lotka nie trafiłam, ale również ich nikt inny jej nie trafił, więc kumulacja wzrosła i wszystko jeszcze przede mną.
Z optymistycznych wieści doszła mnie ta, że jedna z moich maturzystek na pewno dostała się na medycynę w Warszawie i we Wrocławiu, ale jeszcze decyzji nie podejmuje, bo czeka jeszcze na wyniki, które będą ogłoszone w Katowicach i w sobotę w Krakowie, wtedy będzie dopiero wybierała.
Brawo Matylda!!!
Na razie nie wiadomo, co z Darką, ale trzymam za nią mocno kciuki. Oby i jej się powiodło.

Wczoraj w komentarzu Irsila troszkę skrytykowała moją „rozrzutność” w wyrzucaniem mojej garderoby. Pewnie ma i trochę racji, ale większość mojej garderoby naprawdę nie nadawała się do renowacji. I chociaż też nie mam zbyt dużo pieniędzy na całkowitą wymianę fatałaszków, ale będę to robiła stopniowo, w każdym miesiącu kupię sobie coś nie drogiego, a fajnego. Może też uda mi się coś kupić w ciucholandzie? Teraz już prędzej tam coś znajdę, niż kiedyś.

Przyznam, że wieczorem ze strachem patrzyłam za oknem, czy nie czyha gdzieś w pobliżu jakaś burza. Oznaczałoby to, że trzeba by było znów zamykać okna, a wtedy jest w pokoju okropny zaduch. Na szczęście noc przeszła spokojna, bez żadnych zawirowań atmosferycznych, a po nim wstał całkiem ładny dzionek, wszak chyba z nieco już niższą temperaturą. Ale golfów i innych cieplejszych rzeczy na razie nie trzeba ubierać na siebie.
Za to jest świeże i rześkie powietrze i wreszcie jest czym oddychać.
W domu cisza i spokój, bo część rodzinki pojechała sobie po odpoczywać, ale zostałam pod opieką Julki i Ksawera, tak więc nie czuję się całkiem osamotniona. No oczywiście nie należy wspomnieć o Pepie, która też czuwa nad domowym ogniskiem.
Nawet Julce już zapowiedziałam, żeby się nie zdziwiła, gdy do niej w nocy podczas burzy przyjdę do pokoju, ale na szczęście tej nocy nie było takiej potrzeby, zobaczymy co będzie dalej.
Z tego wynika, że chyba sama nie mogłabym mieszkać, gdzie tu myśleć o wyprowadzce do własnego mieszkanka?.
Miłego dzionka!