no. ładnie!

 

 

Godzina 11.00 a tu jeszcze wpisu nie ma.
Tak jakoś dziwnie wyszło.
A po prawdzie wczoraj niewiele się działo, dzisiaj nie wiele się dzieje, więc o czym tu pisać?
Nawet o moich ewentualnych planach nie ma co wspominać, bo chyba wszystko spali na panewce.
Aha, przyszedł wczoraj ten długi pulower, który w sumie może okazać się tuniką sweterkową, jest w sumie, ale chyba nawet ciut za szeroki?
Za to bielizna niestety stanowczo za mała, niby podobne numeracje, a jaka różnica w rozmiarach. Nadaje się tylko do odesłania, niestety.
I to chyba koniec rewelacji na dzisiaj.
Życzę przyjemnej soboty, zwłaszcza, że znów świeci nam słonko wesoło.

Całkiem pozytywna wiadomość

 

Mianowicie mamy dzisiaj już piątek. Szybko, trzeba przyznać ten tydzień nam zleciał, chyba nawet za szybko. Tak jak i wszystkie dni w pewnym wieku przechodzą w niesamowicie wielkim tempie.
Ale za to czeka nas już od popołudnia przez następne dwa dni odpoczynek.
I znów nie mam szczególnych planów, zresztą penie i tak będę musiała te kolejne dwa dni „odchorować” w domku, bo i to moje przeziębienie wciąż tam gdzieś po mnie „łazi” no i ostatnio ten mój brzuch daje mi do wiwatu. Ciekawe, jak długo na tych płatkach ryżowych wytrzymam, bo już przyznaję, mi się znudziły. Ale jaką mam alternatywę? Albo „tekturkę”, czyli pieczywo chrupkie, albo pumpernikiel, a za obydwoma nie przepadam.
Tak więc oszukuję ten mój biedny żołądek ile się da, ale czasami mi się marzy pajda takiego fajnego chleba z masłem.
Najgorsze jest to, że niby jestem głodna, ale nic mi nie smakuje. Wczoraj upiekłam sobie w mikrofali 2 jabłka i….też mnie potem po nich brzuch bolał, może za mocno go sobie posypałam cynamonem? Kto wie, była ta potrawa trochę gorzkawa.
Ale gdy się chce być pięknym, trzeba trochę pocierpieć. Szkoda tylko, że tak późno to do mnie dotarło.
Ostatnio znów zaczęłam malować oczy, oj, już nawet nie pamiętam ile lat tego nie robiłam. Wczoraj poszłam nawet do Rossmanna, gdzie kupiłam tusz do rzęs, tusz do kresek, cienie i płyn i chusteczki do demakijażu.
I znów poczułam się młoda.
No, prawie młoda, bo niestety ten sklep jest dosyć wysoko, trzeba do niego wychodzić po dosyć stromych  schodkach (schodzić niestety też), a tu nikt nie pomyślał, że powinny być poręcze, aby był dostęp i dla ludzi mniej lub całkiem niepełnosprawnych.
Niestety mam taką ostatnio „przypadłość”, że boję się schodków bez poręczy, ledwie stanę na pierwszym schodku, już zaczyna mi się kręcić w głowie, nawet nie ma mowy, żebym tam weszła, a co dopiero o schodzeniu myśleć.
Na szczęście kawałek dalej był murek, którego się chwyciłam, wystarczy mi tylko sama świadomość, że w razie czego mam taką podpórkę i już normalnie po tych schodach wchodzę.
Ale swoją drogą dziwię się, że nikt nie zainteresował się zamontowaniem tam jakiejś poręczy, tyle ostatnio mówi  i pisze się  o  koniecznościach ułatwień dla osób starszych i niepełnosprawnych, widać gospodarz tej dzielnicy, w której jest sklep najwyraźniej ma w nosie ten problem, bo jego nie dotyczy.
Larum podniesie się pewno dopiero wtedy, gdy ktoś z tych schodków spadnie, tylko dlaczego dopiero wtedy???
Od kiedy mam kłopoty z chodzeniem, zauważam coraz więcej podobnych usterek w terenie.
Na przykład nierówny chodnik, popękane płyty, o które tak łatwo się jest potknąć…….
Ech, powinni do Rady Gospodarzy Miasta dopuścić osoby niepełnosprawne, które miały by wgląd a panujące w wielu miejscach miasta nieprawidłowości, bo takie osoby są właśnie szczególnie wyczulone na podobne problemy. Młody i zdrowy człowiek nigdy nie zrozumie, z jakimi kłopotami na co dzień musi się inwalida borykać.
Już kiedyś o tym wspominałam w blogu, dlaczego na przykład w wielkich marketach nie ma miejsca, aby podczas zakupów zmęczony człowiek mógł na moment przysiąść, aby po chwili oddechu swobodnie mógł kontynuować zakupy. W takich marketach na ogół jest straszny zaduch i to nie tylko w lecie, ale również w innych porach roku i czasami na prawdę może się człowiekowi zrobić słabo i co wtedy?  Czy na prawdę musi przerwać zakupy i wyjść na zewnątrz, by na moment odsapnąć. A wystarczy postawić malutką ławeczkę i już problem jest rozwiązany.
Podobnie zresztą jest na nowych osiedlach, przechodząc z jednego osiedla na drugi też rzadko można znaleźć miejsce do chwilowego odpoczynku.
Niektórzy niestety nie pamiętają, że po mieście(a tu po osiedlu) chodzą osoby starsze, schorowane, które po dłuższym marszu aż marzą o miejscu do chwilowego przysiadania.
Może z czasem, gdy te osoby się zestarzeją i sami będą mieli podobne problemy, zrozumieją, jak bardzo to jest ważne dla wielu ludzi. Tylko wtedy to już nie oni będą o tym decydować, znów przyjdzie następna ekipa młodych, zdrowych, a problem nadal zostanie nierozwiązany.
Bardzo podobał mi się projekt plaże dla osób niepełnosprawnych. Chodzi tu dokładnie o Jastarnię, gdzie powstała grupa społeczna, zajmująca się usprawnianiem miejsc dla tych, którzy mają kłopoty z dostaniem się na plażę. Jedną z uczestników tego pomysłu jest moja znajoma Marta, dziewczyna niepełnosprawna,o której kiedyś już w blogu wspominałam. No bo w sumie kto wie najlepiej jak pomóc, niż osoba, dla której pokonanie barier jest na co dzień chlebem powszednim?
Dlatego uważam, że podobnego typu inicjatywy powinny podejmować się osoby bezpośrednio zaangażowane w takie problemy i dobrze by było, by właśnie takie osoby dopuszczać do głosu.
Bo chociaż są już w miastach autobusy i tramwaje nisko podłogowe, ba, są i pociągi, które niby mają miejsca i specjalne wejścia dla inwalidów, jednak to wszystko jest kroplą w morzu potrzeb dla ludzi pokrzywdzonych (co tu kryć) przez los, obdarzonych większym, czy mniejszym kalectwem.

A teraz życzę wszystkim miłego piątkowego pracowania, słoneczko świeci, więc zawsze na duszy jest raźniej.

Optymistycznie

 

Wstał nowy i w dodatku całkiem przyjemny i słoneczny dzień.
Co prawda nie byłam jeszcze na zewnątrz, bo do pracy idę dopiero na popołudniu, ale otwarłam okno ma oścież i wpadł całkiem miły, acz nieco chłodnawy podmuch poranka.
Od rana miałam gościa, niezbyt lubię takie niezapowiedziane wizyty. Przyszedł kolega z mojej szkolnej ławy, a równocześnie i „przyjaciel” całej Rodziny – Krzysztof. To znaczy chyba mu się wydaje, że jest przyjacielem Rodziny, bo raczej wszyscy mają do niego bardzo ostrożne podejście, ze względu chociażby na to, że jest niestety notorycznym pijakiem.
Ja sama nie cierpię ludzi nadużywających alkoholu, ale co miałam zrobić, gdy już zadzwonił o moich drzwi (dziwne, brama znów była nie zamknięta?) i zapytał, czy go zaproszę na kawę. Nie zrozumcie mnie źle, ale on wyraźnie źle działa na moją psyche, opowiada takie bujdy na resorach, że aż człowieka kręci ze złości. Zazgrzytałam ze złości po cichu zębami, ale kawę mu zrobiłam, trzeba napoić przychodzącego potrzebującego i dobrym słowem i chociażby kawą. Na szczęście nie siedział długo, no wypalił dwa papierosy, wypił filiżankę kawy i sobie poszedł.
Boże, ten człowiek nie zdaje sobie sprawy chyba z tego, że jest nieszczęśnikiem, który przepił swoje całe życie. Nawet własne dzieci się od niego odwróciły, ale kto chciałby z takim człowiekiem mieć na co dzień do czynienia?
Różnie losy człowieka się układają, niestety on swoje życie zmarnował. Przede wszystkim mógł się uczyć, osiągnąć jakiś dobry zawód, ale jak pamiętam, niezbyt lubił naukę Miał rodzinę, żonę, dzieci, ale wybrał alkohol i to było i niestety jego mottem życia. Znałam kiedyś jego Mamę, to była bardzo zacna i sympatyczna kobieta, mieszkali wówczas w kamienicy obok naszej. Szkoda, że nie udało się jej jakoś przekierować życie własnego syna
na te dobre tory. Panie, świeć nad Jej duszą. Teraz pozostał niestety tylko zgorzkniałym człowiekiem….. Całe szczęście, że chociaż wypracował sobie jakoś emeryturę, bo teraz na pewno na swoją rodzinę raczej nie mógłby liczyć.
Dosyć  rozprawy o Krzysztofie, bo niestety nie wzbudza we nie żadnych innych uczuć, niż politowanie.
Boję się tylko, żeby to jego poranne wpadanie na kawę nie stało się rytuałem.

Co z ciekawostek politycznych? Cieszy mnie, że poparcie Pisu wyraźnie spada. Po ostatnich „występkach” Macierewicza w USA, gdzie przemawiał do Polonii i oczywiście naplótł takich głupstw, że nawet sami Pisowcy przerażeni są jego przemową, jest szansa, że Pis dalej poleci w dół, teraz co prawda jeszcze są na prowadzeniu ale……… cóż, na końcówce Macierewicz i Kaczyński wyszli z szafy i psują to wszystko, ci do tej pory udawało się menadżerom kampanii zgrabnie ukryć. Teraz znów wychodzi prawdziwe oblicze PIS-u, mściwe, siejące nienawiść i zgrozę tego, co nas może spotkać po jesiennych wyborach.
Co prawda poparcie PO też spadło o jeden punkt procentowy, ale za to bardzo zyskała Zjednoczona Lewica i ugrupowanie Ryszarda Petru.
Na pewno jest za mało czasu na to, by zbudować na tej bazie coś nowego, ale przynajmniej dzięki im Pis nie osiągnie większości parlamentarnej (nie sądzę, żeby oni chcieli się „skumać z J.Kaczyńskim, bo pamiętają, jak takie koalicje z Pisem wyglądają), ale nie mając większości w sejmie, ale przynajmniej Pis nie zdoła ustalić  niekorzystnych dla Polski ustaw według ich chorego widzimisię, a na pewno nie uda im się przekształcić Konstytucji na prezydencką, o czym marzą, a tym ustanowić sobie prawo do długiego i absolutnego rządzenia.
Wybory już nie długo, ciągle mam nadzieję, że mądrość Polaków je zdominuje i nie pozwolą oni  na niszczenie demokracji w Polsce i na zaprzepaszczenie tego, co do tej pory udało się już osiągnąć. Pewnie, że przed Polską jeszcze bardzo długa droga do dobrobytu, ale jesteśmy wciąż na dobrej ścieżce, która nie prowadzi przez wyboiste, chore i partykularne plany niszczenia, ale przez powolny, ale skuteczny rozwój.
Musimy pamiętać, że przez wiele lat, ba nawet stuleci, byliśmy krajem zniszczonym najpierw przez rozbiory Polski, potem przez wojnę, która całkowicie Polskę zrujnowała, aż po lata panującego wpływu sowietów, z którego powoli udało nam się wydostać i oby tylko, żeby znów się pod ich panowanie nie dostać, albowiem Putin jawi się agresorem podobnym Stalinowi, chce odbudować wielkie Rosyjskie Imperium, kosztem mniejszych państw, kiedyś pod ZSRR podlegającym.

I pytacie, gdzie tu jest miejsce na mój optymizm?
Jest, bo zawsze trzeba mieć nadzieję, na tzw lepsze jutro. Dzisiaj świeci słońce, jutro też pewnie nam zaświeci, nie wspominając o 25 październiku.
A dzisiaj mamy już czwarty dzień tego tygodnia, zatem niedługo już weekend.
Miłego dnia 

trochę nietypowo

Dzisiaj środa, a więc róże muszą być. Ale dzisiaj takie nietypowe, bo z dedykacją dla Ciebie, Ulu.
Chcę Ci przez nią powiedzieć, że zawsze o Tobie pamiętam, zawsze jestem i sercem i duszą z Tobą, nie tylko w naszą ulubioną środę.
Ale gdyby te  zamieszczone obok  dedykacji różyczki były dla Ciebie za małe, za skromne, dołączam jeszcze jedną śliczną różę, aby dopełnić radość Twoim oczom i Twemu sercu. Może to zabrzmi, jak co najmniej wyznanie miłosne, ale dobrze wiesz, że łączy nas już od lat szczególna nić Przyjaźni, jakże bardzo potrzebnej w naszym życiu.
Zatem oto dla Ciebie dzisiejsza róża w pełnym rozkwicie i w pełni piękna, tak, jak pełna i piękna jest nasza Przyjaźń.

Przyznaję, że w każdą środę wielokrotnie zaglądam, czy już przeczytałaś mój blog i czy zostawiłaś w nim jakieś słowo dla mnie.
Ale rozumiem też, że masz inne swoje ważne zajęcia i bardzo z tego się cieszę, bo wiem, że siedzenie w pustym domu nie ma dobrego wpływu na nasze psyche. Co prawda mój dom nigdy nie jest pusty, zawsze tętni życiem, no chyba tylko na chwilę zamiera, gdy Monika i Tomek wychodzą do pracy, a dzieciaczki do szkoły, ale na ogół ja wychodzę prawie równo z nimi, albo troszkę później, gdy idę na popołudniową zmianę. Czasami tak bywa, że dziewczynki już wracają ze szkoły, gdy ja właśnie idę do pracy, czasami jednak się mijamy, jak to we życiu bywa. Ale można rzec, ze jesteśmy razem i mam do kogo otworzyć usta. Podczas wakacji, gdy wszyscy wyjechali, też nie byłam sama w domu, przychodziła i Julka i Ksawer z Dianką, bardzo lubiłam wtedy popijać z nimi w kuchni dobrą herbatę i pogawędzić miło….
Zawsze pytałam Dianę, czy Ksawra : „a herbata będzie?”i zawsze słyszałam odpowiedź „oczywiście Ciociu”
Człowiek to istota stadna jednak, a nie wiem, czy przyzwyczaiłabym się łatwo do samotnego zamieszkania, gdybym w tego lotka trafiła tą szóstkę jednak i mogła sobie kupić mieszkanie. Właściwie całe życie z kimś mieszkałam, najpierw z Rodzicami i Rodzeństwem, potem z Siostrą i jej mężem i dziećmi, no a potem już z Moniką i jej Rodzinką . Właściwie podczas ich pobytu tutaj tylko Mia przyszła na świat, starsze dziewczynki, Pola i Zoja były kilkuletnimi dziećmi, gdy razem zamieszkałyśmy. Ale tak się przyzwyczaiłam, jakby i one tu się urodziły. No oczywiście nie mogę pominąć obecności Pepy w naszym domu, też mi się wydaje, że jest tu od zawsze, chociaż sunia ma dopiero 3 lata.
Pewnie, że wspólne mieszkanie miewa i swoje minusy, ale te zawsze jakoś szybko przemijają, po prostu o nich się zapomina, a przynależność do Rodziny jest dla mnie bardzo ważna.
Pewnie, że Magda, Jacek i Ich dzieci są dla mnie bardzo ważni, ale niestety, podobnie jak Daria, czy Wika z Maćkiem i  jego żoną mieszkają daleko ode mnie. Z tym, że z Magdą mam codzienny, no prawie codzienny (czasami mijamy się zmianami) kontakt w pracy na Żabińcu (jak ongiś po przeprowadzce z moją Siostrą Anią), a prócz tego jestem u nich bardzo częstym gościem i jak już nie raz pisałam, czuję się w ich domu tak jak u siebie, nie wspominając już o wspólnych świętach i wszystkich rodzinnych uroczystościach w Ich rodzinie. Wtedy muszę być tam obowiązkowo.
I właśnie niedługo będą urodziny Jasia i znów do Modlnicy pojadę, byleby tylko wtedy pogoda dopisała, bo miło by było usiąść jeszcze trochę w promieniach słonecznych i bez wiatru na tarasiku i wypić poranną kawę, czy porozmawiać z Rodziną. A i dzieci pewnie byłyby szczęśliwsze, gdyby jeszcze mogły sobie po trawce  pobiegać.

A na początku ulicy , gdzie mieści się nasza przychodnia już wykańczają mieszkania, już nie długo będą do odbioru. Na pewno jeszcze nie wszystkie mieszkania są sprzedane i mam dylemat, co zrobić, gdy wygram jednak te duże pieniądz w Lotka?
Już wczoraj ustaliłyśmy z Magdą, że kupuję wtedy cztery pokoje  i urządzam w swoim nowym mieszkaniu wspólną Wigilię.
Ba, tylko jak trafić te dobre numery, bo do tej pory jakoś szczęście mnie w tej materii omija.
Zresztą nawet gdy wykupią te akurat mieszkania nie będzie dużo zmartwienia, bo już tuż obok budują następne domy i to już prawie na przeciwko mojej przychodni. Nawet w pantoflach mogłabym wychodzić  wtedy do pracy. Ale mam marzenia co?
Ale Magda zawsze twierdzi, że należy marzyć, bo z czasem one się spełniają. A ja podobno byłam w czepku urodzona.
No może się przekonamy, czy to jest  prawda, czy nie.
A wtedy dopiero będę się martwić z kim w tym czteropokojowym mieszkaniu zamieszkam, a nuż jakiś Książę z Bajki się pokaże?
Jednak warto być optymistą, bo to zdecydowanie poprawia nasze humory.
Tak samo, jak poprawia humor nowa odzież. Przyznaję, nieco poszalałam znów ostatnio, bo zamówiłam przez internet fajny, długi pulower, buty, oczywiście w firmie dr.Orto (to są jedyne buty, które mogę nosić) i i…. kurtkę skórzaną z przodem z wełny, taką na nadchodzące chłodniejsze dni.
Pulower mają mi dostarczyć już dzisiaj, a buty i kurtkę w przeciągu kilku dni, mam nadzieję, że jeszcze w tym tygodniu.
Muszę troszkę przystopować z tym gwałtownym uzupełnianiem odzieży, bo…. many, many, no chyba, że jednak trafię jakąś fortunę w tego lotka.
Gram też w loteriadę paragonową, każdy otrzymany w sklepie paragon powyżej 10 zł rejestruję na specjalnej stronie. Co prawda wygrane tam są nie pieniężne, a rzeczowe, można wygrać laptopa, albo np. samochód. To fajna zabawa, nic nie kosztuje, trzeba tylko pamiętać zarejestrować taki kupon i potem go schować i przetrzymać. Polecam, nic nie wygrywa tylko ten, kto w nic nie gra, albo kto ma prawdziwego życiowego pecha.
Kiedyś pisałam już, że po przesadzeniu zginęła mi niestety paprotka i mój piękny asparagus.
Marzyłam o kupnie nowej paprotki, już nawet się nawet za nią rozglądałam, a wczoraj  Monika przyniosła mi do pokoju piękną paprotkę z mieszkania Rodziców Tomka.
Jeżeli małe marzenia się spełniają, to dlaczego te duże marzenia się nie mogą spełniać ?

Wczoraj przeczytałam na Face Booku taką poradę: weź pierwszą książkę, która Ci wpadnie do ręki, otwórz ją na 44 stronie i przeczytaj 3 od góry zdanie, ono będzie skierowane do Ciebie.
I tak zrobiłam. Moje zdanie brzmi:Kolejna przerwa, jesteś na prawdę nie z tej ziemi.
Chyba coś w tym prawdy być musi…….

Serdecznie wszystkich środowo pozdrawiam i miłego dnia życzę. Skoro nie ma słonka na niebie (a może tylko na razie ), niech będzie ono dzisiaj przynajmniej w Waszych sercach.

o pogodzie


Gdy nie ma o czym mówić, ani o czym pisać, najwygodniej jest wtedy wspomnieć o …… pogodzie:-)
Rzeczywiście, wczorajszy dzień należał do bardzo ciepłych i miłych. Nic na to rano nie wskazywało, bo słonko rano dosyć było leniwe, wstało dosyć późno, a dopiero kole południa rozgrzało nas na dobre. Wcale wiec nie zdziwiły mnie wczoraj krótkie rękawki, z którymi chodziły i panie i chodzili i panowie. Oczywiście wczoraj  rano nie doceniłam pogody i zbyt grubo się ubrałam, to znaczy ubrałam za ciepły sweterek, ale pora roku ku temu mnie skłaniała.
Bardzo jestem ciekawa, czy i dzisiaj pogoda sprawi nam takiego letniego figla i znów będzie ciepło i przyjemnie.
Na wszelki wypadek sprawdzę prognozę na moim Iphonie i stosownie do  niej się ubiorę, mam nadzieję, że tym razem trafnie.Chociaż nie będzie to łatwo, bo gdy będę wychodziła rano do pracy będzie tylko około 13 stopni, ale potem znów będzie około 19 stopni na termometrze. No i jak w takiej sytuacji się ubrać? Mam ze stosem ubrań w torbie chodzić??

Wczoraj rozmawiałam przez Face Book z moją studentką z Zabrza, czyli z Darką.
No i zaczyna się im naukowa harówka, prócz wszystkich zawiłości anatomicznych muszą jeszcze zapoznać się z łacińskimi nazwami. Zresztą łacina jest jednym z przedmiotów na medycynie. Dawniej uczono jej nawet w liceach, ja na szczęście się jakoś od niej uchroniłam, gdyż uczyłam się języka angielskiego. Ale potem, gdy już byłam w Technikum Medycznym łacińskie nazwy musiałam posiąść, nie było zmiłuj się.
I tu właśnie wczoraj wspomniałam Darce taką anegdotkę z moich szkolnych lat. Otóż gdy wykładający nam lekarz przepytywał salę na głos z nazw łacińskich, najgłośniej i jednogłośnie cieszyły nas dwie nazwy : krzywizna większa żołądka, curvatura major i krzywizna mała żołądka, curvatura minor.
Jakoś te nazwy wszystkim w głowie się zatrzymywały, z innymi różnie bywało 🙂 Pamiętam to wspólne głośne akcentowanie tych właśnie nazw, przy naszej wielkiej zresztą z tego uciesze.

No miało być o pogodzie, a tu niespodziewanie i wspomnienia z moich młodych lat. Często do nich wracam, szczególnie teraz, gdy na Face Booku przez kila dni zamieszczam swoje zdjęcia z lat dziecinnych i nieco późniejszych. Ale mam tyle tych zdjęć, że ten okres 5 dni, podczas których mam je zamieszczać stanowczo jest za krótki. Mogłabym je tak zamieszczać i zamieszczać, a wszystko dzięki Mojemu Bratankowi Łukaszowi, który kiedyś zeskanował wszystkie rodzinne zdjęcia, jeszcze od dziada – pradziada. Dzięki tym zdjęciom nie tylko powróciłam do dziecinnych lat, ale i poznałam wiele osób z czasów, gdy jeszcze mnie nie było na świecie.

No to miłego i ciepłego wtorku wszystkim życzę, dobrego humorku na cały dzionek, niestety już coraz krótszy.

o niedzieli

 

Miałam dzisiaj nie pisać żadnego blogu, bo jeszcze to choróbsko ze mnie całkowicie nie wylazło, a do tego od wczoraj doszły jeszcze dosyć poważne peturbacje żołądkowo jelitowe, czyli siła złego na jednego. Ale V.I.P. przestrzegł mnie, że wszyscy czekają na mojego bloga, więc się w końcu zmobilizowałam do napisania chociaż kilku słów.
Ale trzeba przyznać, że  całkiem lepiej się już czuję, leczę się nie standardowo, czyli herbatką z sokiem malinowym, chociaż może ten sok i ze względu na jelita i za względu na cukrzycę nie jest za bardzo wskazany?
Chociaż z drugiej strony, cukier mam już całkiem wyrównany, a to dzięki regularnie zażywanym Glukopashem, oscyluje tuż około  wartości równej 100, co jest całkiem w moim przypadku normalne. A do jutra już muszę być całkiem zdrowa, bo czekać na mnie będą pacjenci.
Za oknem niesamowicie słoneczko świeci i jest cieplutko, co prawda nie wychodzę na zewnątrz, ale oko mam otwarte na oścież i to ciepełko czuję.
No nie, żeby w październiku w cieniu było 24 stopnie?? to już ewenement.
Ale z drugiej strony to dobrze, bo dzisiaj mamy urodziny w Rodzinie i Niśki (syna Łukasza) i Leona (syna Basi), a urządzane są one w plenerze, czyli w Parku Laserowym, przy takiej pogodzie na pewno będzie wspaniała zabawa. Odbędzie się więc zjazd wszystkich dzieciaczków z naszej Rodziny i na pewno będzie bardzo wesoło.
Solenizantom życzę wszystkiego najlepszego!!!!
Nawet V.I.P. dzisiaj jest w plenerze, pojechał do rodzinnego Osieka, gdzie w ognisku będą przypiekać tuszonki. Samo dobre, ale oczywiście nie dla mnie, bo ja tłuścizny zdecydowanie  jeść nie mogę.
Za dwa tygodnie są z kolei urodziny naszego Jaśka i gdy pogoda dopisze też będziemy mieli terenową zabawę, ale obawiam się, że już słonko tak mocno i ciepło grzać nie będzie…….

Życzę wszystkim wspaniałej, prawie, że letniej niedzieli. Może to już rzeczywiście ostatnie radosne, słoneczne podrygi naszej aury?
Chociaż już przecież i bardzo zimne i deszczowe jesienne dni też już zaliczyliśmy.
POMYŚLNOŚCI!!!!

wspaniały obraz do rozmyślań

Pozwólcie, że raz jeszcze powrócę myślami do wczorajszego, bardzo wzruszającego dnia.
Bo czy można powiedzieć, ze pogrzeb był śliczny? Zdecydowanie TAK
Pisałam o tym na bieżąco, zaraz po uroczystości na Face, ale wspomnę i dzisiaj, bo wczorajszy dzień był obrazem prawdziwej Miłości, takiej przez duże ” M”
Oglądam serial „M jak Miłość”, ale to jest tylko film, oparty na napisanym scenariuszu.
Okazuje się, że i życie pisze bardzo ciekawe scenariusze, co wczorajsza uroczystość  nam udowodniła.
Udowodniła to, że jednak prawdziwa Miłość istnieje.
Otóż dwoje młodych ludzi, Ona 14 lat, On 19 lat poznają się gdzieś w przyszkolnym ogródku i odkrywają, że łączy ich wielka Miłość. Te same dwie bratnie, artystyczne dusze świetnie się do siebie dopasowują, są jak te dwie połówki jabłka. I odtąd razem przez 49 lat kroczą przez życie, szczęśliwi, spełniając swoje marzenia i nadzieje, zawsze sobie bez reszty siebie oddając w każdym momencie życia.
Ale nadszedł niestety smutny koniec, okazuje się, że On niestety śmiertelnie zachorował. Ona nadal się Nim opiekuje, na pewno przerażona, że niebawem może nadejść moment, gdy ich losy zostaną rozłączone. I On też pewnie martwił się, co będzie gdy Ona pozostanie sama. Chcą jeszcze spełnić swoje być może ostatnie marzenie, wspólnie zobaczyć  ukochane morze, wybierają się więc w drogę, na której obydwoje  spotykają śmierć.
Ich samochód ulega tragicznej katastrofie, On umiera w szpitalu w tym samym dniu, Ona podąża za Nim cztery dni później.
I znów są szczęśliwi razem już na zawsze, już nic i nikt  ich nie rozdzieli.
Prawdziwa Love Story, do której scenariusz napisało życie.
Aż trudno uwierzyć, że taka Miłość istniała na prawdę, że to tym razem nie jest fantazyjny wymysł reżysera, ale to było realne życie dwojga osób, których dane było mi poznać i w których pogrzebie wczoraj uczestniczyłam.
Było to zarazem i tragiczne i wzniosłe, gdy na cmentarzu Ich syn łamiącym się ze wzruszenia głosem opowiedział wszystkim historię Ich życia, nie jeden z uczestników łezkę uronił.
Również i liczny udział Ich rodziny, przyjaciół i znajomych z całej Polski potwierdzał, jak wspaniałymi byli ludźmi.
Mszę św celebrował ksiądz, który kiedyś był kolegą ze szkolnej ławy Zmarłej,  on też Ich odprowadził do miejsca Ich wiecznego spoczynku, a tam też pięknie opowiadał nam o młodzieńczych latach tej pary, którą znał już przecież nieomalże pół wieku.
Bardzo wzruszający był moment, gdy z taśmy popłynął głos Kasi, śpiewającej nam Jej pożegnalną pieśń, którą kiedyś ktoś nagrał, a wczoraj  nam  ją jeszcze przed złożeniem Ich prochów do grobu  udostępnił
Nawet pogoda uszanowała ten dzień, wczoraj cały czas towarzyszyło  nam słoneczko tak, jakby i ono uśmiechało się życzliwie  po raz ostatni do tej pary.
A potem, przy rodzinnym spotkaniu, które odbywało się w Restauracji Browar, Tomek puścił nam wybrane slajdy z Ich życia, począwszy od czasu, gdy byli jeszcze sami małymi dziećmi, potem kolejno uwidocznione były Ich  lata młodzieńcze, gdy Ich miłość rozkwitała, aż po czasy, gdy przyszedł na świat Ich jedyny syn, a później wnuki. Oczywiście slajdom też towarzyszyły piosenki w wykonaniu Zmarłej – piękne pamiątki po swoim wspaniałym życiu pozostawili Rodzinie.
Uwieńczeniem tej części artystycznej było wykonanie przez Ich wnuczkę Mije popisowej solówki z musicalu Dorotka w Krainie Oz, pieśni „Poza tęczą”.
I tu nie mogłam już powstrzymać łez, przypomniałam sobie jej czerwcowy występ w Arena Kraków, gdzie odgrywała główną rolę Dorotki, występ, na którym byłam ja ale również i Dziadkowie Mii, pamiętam, jak bardzo byli wzruszeni i jak bardzo z niej dumni. I pewnie wczoraj też na nią z Niebios spoglądali z dumą, gdy Ich ukochana wnuczka przed całą Ich rodziną też pięknie, jak wtedy odśpiewała tą wspaniałą pieśń, która wczoraj miała dodatkowy wymiar, gdyż właśnie to Oni są już teraz  w tej Krainie szczęścia,  o której śpiewała Dorotka, gdzieś daleko, za tęczą, gdzie spełniają się wszystkie sny.
Cały wczorajszy dzień i wieczór byłam pod ogromnym wrażeniem tego, co się kiedyś, w Ich młodości zaczęło, a wczoraj dokonało już końca dzieła.
Już dalszej części Ich  historii życie nie napisze, teraz pozostała Im tylko wspólna wieczność.
Mieli piękne życie, zasłużyli sobie więc na tak piękny, jak wczoraj pogrzeb, chociaż na pewno pragnęliby razem jeszcze kroczyć po tym naszym wspaniałym świecie.
Chociaż kto wie, może ten dla nas jeszcze niewiadomy, a dla Nich już dostępny świat jest jeszcze bardziej wspaniały, jeszcze bardziej szczęśliwy?
Oni tą wiedzę już posiadają, my na nią jeszcze musimy poczekać…….

Dzisiaj piątek, a więc ostatni dzień pracy w tym tygodniu. Na razie jest przeraźliwie zimno, na termometrze około 1-2 stopnie. Na szczęście już mamy włączone kaloryfery, chociaż jednak nie ustrzegłam się całkowicie przed przeziębieniem.
Może potem znów jak wczoraj słonko zaświeci i zrobi się zdecydowanie cieplej?
Takiego słonecznego i ciepłego piątku wszystkim dzisiaj życzę.

i znów smutny dzień zadumy

Dzisiaj stosownie do powagi dnia, chryzantemy.
Dzisiaj oddam ostatni hołd Zmarłej Tragicznie Parze Kasi i Andrzejowi i z prawdziwym smutkiem odprowadzę Ich w ostatniej już drodze tam, gdzie spoczną już na wieki.
Będzie to bardzo smutna uroczystość, bo nagła i niespodziewana śmierć tylko smutek przynieść może  i następną refleksję nad przechodzącym obok nas życiem, w którym wciąż jeszcze uczestniczymy. I ten płomień naszego życia wciąż jeszcze w nas się tli, ale czasami wystarczy jeden niewielki podmuch wiatru, który go zgasi.
Dla Kasi i Andrzeja niestety taki  całkiem niespodziewany ostatni podmuch życia  już nastąpił, a my, pozostali, wciąż musimy zastanawiać się nad tym, co jest koło nas, nad wartościami, tego, co jest takie dla nas cenne – nasze życie, aby niepotrzebnie nie rozmieniać go na drobne, nie przykładać wagi do rzeczy w sumie mało istotnych, chociaż może i dla nas teraz wygodnych, bo kiedyś i tak to wszystko będziemy tu na ziemi musieli pozostawić, gdy już wybierzemy się w tą bezpowrotną, ostatnią naszą podróż.
A co jest tak bardzo ważne w życiu? BYĆ, a nie MIEĆ. BYĆ dla rodziny, przyjaciół, znajomych, może i nawet dla siebie samych i umieć się cieszyć, że możemy tą radość rozdawać i wspólnie  z innymi nią się cieszyć.
Przykre jest to, że właśnie w takim dniu człowiek przeprowadza taki wewnętrzny rozrachunek życia, ale pewnie jest to celowe, nadane nam z góry, bo na pewno jest wiele spraw, które jeszcze można naprawić, zanim płomień naszego życia też zagaśnie.
Przepraszam, może ktoś uzna, że to górnolotne zwroty, niewiele znaczące tylko słowa, ale właśnie w takich momentach przychodzi do mojej głowy taka refleksja nad sensem mojego istnienia, nad celami, które przez to życie osiągam i nad tym, co niestety już bezpowrotnie zaniedbałam.
Bo gdy już nie będzie żadnego potem, już nic naprawić się nie da.
Pewnie, że ta  chwila, dla najbliższych pozostałych tu pośród nas, chociaż dzisiaj tak smutna, też przeminie, pozostanie dla nich  powrót do normalnego życia, ale czy nie pozostaną jednak pewne wątpliwości, że coś jednak było nie tak, że pewne sprawy można było załatwić inaczej? I to tym, którzy już odeszli nie będzie teraz przeszkadzać, tylko właśnie Ci, którzy pozostali mogą mieć psychiczne rozterki, żal do siebie za grzech szeregu zaniedbań, niedobrych decyzji, złych rozwiązań niektórych problemów, braku tolerancji, braku empatii. Ten problem dotyczy przecież każdego z nas, który w życiu pożegnał kogoś bliskiego, bardzo kochanego, bo takie właśnie pozornie już zapomniane myśli powracają i jednak na zawsze pewną mgłę w naszym sercu pozostawiają.

i tu aż się prosi przytoczyć  słowa księdza Jana Twardowskiego:

Śpieszmy się kochać ludzi tak szybko odchodzą
zostaną po nich buty i telefon głuchy
tylko to co nieważne jak krowa się wlecze
najważniejsze tak prędkie, że nagle się staje
potem cisza normalna więc całkiem nieznośna
jak czystość urodzona najprościej z rozpaczy
kiedy myślimy o kimś zostając bez niego.