Dzisiejszą różyczkę dedykuję Matyldzie, która też czyta mój blog, a która ma dzisiaj urodziny.
Wszystkiego najlepszego Matti, niech spełniają się Twoje marzenia i te w życiu prywatnym i te na Medycynie. Bądź zawsze pogodna, uśmiechnięta i szczęśliwa w gronie Twoich Najbliższych i Twoich Przyjaciół. 100 lat!!!
Dzisiaj mam dosyć zalatany dzionek. Rano idę do dentysty, wrrr. Co prawda wiem, że pani doktor ani nie będzie mi wierciła w zębie, ani nie będzie nic wyrywała, ale sam fakt, że będę w gabinecie dentystycznym już przyprawia mnie o mdłości i o ból brzucha. Nic na to nie poradzę, taki „dentystyczny uraz” mam już od dziecinnych lat, gdy na siłę przywiązywali mnie do fotela i robili z moja gębusią co tylko chcieli. Pamiętam, że była taka pani doktor Pielowa, do której prywatnego gabinetu chodziłam najpierw z Rodzicami, a potem z Tatą i z…obstawą, bo Tata zawsze wiedział, że łatwo ze mną nie będzie i musi być ktoś, kto mnie na tym fotelu utrzymać. Jak ja jej nie cierpiałam!!!!!
Państwo Pielowie byli zaprzyjaźnieni z moimi Rodzicami i zdarzało się, że i przychodzili z wizytą do naszego domu, a i wtedy chowałam się przed tą panią gdzieś w kącikach, bylebym nie miała z nią nic do czynienia. Nigdy nie mogłam jej wybaczyć, że mnie oszukiwała, mówiąc, że to nic nie będzie bolało, a jednak zawsze bólem się kończyło.
Czasami chodziłam tam z moją o rok młodszą ode mnie kuzynką Krystyną, która z radością siadała na fotelu i otwierała buzię, zawsze za to ją podziwiałam, że się nie boi.
Potem, gdy dorosłam, chodziłam już do innych dentystów, ale ten strach zawsze we mnie pozostawał i tak mam do dzisiaj, ledwie wchodzę do poradni już sam ten charakterystyczny dentystyczny zapach zaczyna na mnie działać, kręci mi się w głowie, a moje kiszki w brzuchu zaczynają swoją plątaninę, obłęd.
Co prawda nie wiem, czy powinnam w ogóle dzisiaj tam iść, nie, nie dlatego, że się boję, tylko, że znów „łapie” mnie przeziębieniowe, mam zatkany nos i kicham. I co, taka zakatarzona mam jej chuchać w nos? Chociaż z drugiej strony to ma być tylko konsultacja, więc może nie warto rezygnować?
No a potem idę do pracy, już mam zapisanych pacjentów. I znów wyjdę „nocną” porą, bo przecież już po czwartej robi się mrok, a zaraz potem szybko zapada ciemność. Przyznam się, że boję się przechodzić przez osiedle o takiej porze, bo tam, gdzie idę jest dosyć pusto, a bywało, że nagle gdzieś z krzaków wypadała banda młodzieńców, którzy napadali na kobiety i wyrywali jej torebki z rąk. Zawsze biorę to pod uwagę i jestem coraz bardziej ostrożna…… nigdy nie wiadomo, kto za tobą idzie, a jest tam nawet dosyć pustawo o tej porze.
Dlatego jeżeli tylko mogę staram się by Łukasz, Ania, albo Leszek podwieźli mnie swoim autem do przystanku – taka samotna przechadzka tamtędy, gdy jest ciemno jest naprawdę nieprzyjemna. A co ciekawe, im jestem starsza, tym więcej się boję. Kiedyś taka pora dnia mnie nie przerażała, przecież kiedyś siedziałam w przychodni sama aż do 19-stej. Wtedy pracowałam w rejestracji, po godzinie 17 wszyscy wychodzili, a ja pozostawałam i też wtedy jednak trochę czułam obawę. Na szczęście teraz już tak długo nie muszę siedzieć, ale gdy pozostaję nawet ciut dłużej, zawsze prócz mnie jest w rejestracji Ania lub Asia, zawsze wtedy człowiekowi raźniej.
Ten zmrok i ta ciemność o tak wczesnej porze dnia naprawdę jest nieprzyjemna, jeszcze nie dawno o takiej godzinie słonko świeciło……
I co, pewnie znów powiem : byle do wiosny……
To teraz pozostaje mi tylko jeszcze miłego dnia życzyć, chociaż nie wiadomo, jaki on będzie, raczej, a właściwie na pewno chłodny, cóż, sorry, taki mamy klimat 🙂 Ale mam nadzieję, że kilka słonecznych promyczków przebije się dzisiaj przez chmurki.
Trzymajcie się do jutra!!
A jeszcze słowo do Ulki: wczoraj znalazłam sobie w necie to sanatorium, do którego jedziesz, myślę, że będzie tam Ci fajnie, wygląda tam całkiem sympatycznie.
No i jeszcze jedno Ulu : masz rację, och te nasze Magdy, one tak już mają, sama chodząca dobroć. 🙂
