Wczoraj byłam na spotkaniu z moja koleżanka Asią i jej siostrą Irenką. Byłyśmy w restauracji – kawiarni Jubilat w Krakowie. Fajna restauracja, mieści się na siódmym piętrze, więc widok z tarasu na Kraków jest stamtąd cudowny, zwłaszcza nocą. Musiałam to uwiecznić.
Dech zapiera, gdy się na to z góry patrzy.
Oczywiście dziewczyny doceniły (no powiedzmy umiarkowanie, nadmiernych , ochów, achów nie było) moje wyczyny w zmianie osobowości, a postarałam się wyglądać super, nie tylko oczy, ale również i paznokcie miałam ślicznie wymalowane. No i obie widziały mnie już bardzo, bardzo dawno temu, jeszcze grubo przed zmianą mojej sylwetki, ale wrażenie zrobiłam.
Udało mi się na to spotkanie dojść jakoś bez szwanku, chociaż jednak muszę uważać, bo fatalnie potknęłam się o nierówny chodnik i…poleciałam, z trudem udało mi się utrzymać w ostatniej chwili równowagę.
Potem, czyli już po spotkaniu Irena spadając ze schodów wpadła na moje plecy, znów poleciałam i znów jakoś udało mi się tę równowagę utrzymać, ale powiedziałam sobie: uważaj Ewuniu, do trzech razy sztuka. No a potem ludzie się dziwią, że chodzę z nosem „przy chodniku”, niestety muszę, inaczej tą lewą nogą ciągle o coś zahaczam, o kłopoty potem już jest łatwo. Sama jestem potem zła na siebie, że ze mnie taka lebiega, ale najwidoczniej mam jakiś ucisk na nerw, który blokuje mi podnoszenie stopy i czasami nią „szuram? Inna sprawa, że te chodniki jednak w wielu miejscach są nierówne, czasem dziurawe.
Dlatego muszę przestać walczyć ze swoimi obiekcjami, że idę powoli, że patrzę pod nogi, muszę robić to dla swojego bezpieczeństwa.
Kiedyś, gdy byłam piękna i młoda (bo teraz pozostałam tylko piękna he, he) mogłam biegać jak ta fryga, teraz muszę liczyć się z tym, że wiek daje mi pewne ograniczenia, do których wciąż nie mogę się przyzwyczaić. Denerwuje mnie, że ludzie na ulicy mnie wyprzedzają, że dawno już zniknęli z horyzontu, podczas gdy ja wciąż jeszcze człapię, ale za chwilę sama do siebie mówię: jak się im spieszy, to niech lecą, ja specjalnie obliczam sobie tak czas, dodaję kilka minut „marginesu”, bym mogła iść powoli i bezpiecznie.
Myślałam sobie, że ta moja „niezgrabność” wynika tylko z tuszy, okazuje się, że nie zupełnie, mimo wszystko w pewnym sensie jestem osobą o nie całkowitej sprawności i muszę się z tym pogodzić, bo jakoś egzystować trzeba.
Przyznam, że dzisiaj z lekkim strachem dokonywałam pomiaru mojego cukru, albowiem pozwoliłam sobie wczoraj na połówkę szarlotki na ciepło z lodami, ale zjadłam tylko pół porcji, bo zamówiłyśmy ją do spółki z Asią i całe szczęście, bo i tak było mi okropnie potem słodko w buzi, a cukier był nawet prawie w normie, bo tylko 5.7 czyli 102.6. Co prawda powinnam mieścić się w granicach do 100 mg, ale, ten niewielki przekroczony limit jest dopuszczalny.
A ja się bardzo cieszę, że jutro już mamy mój wyczekiwany wtorek, bowiem wierzę, że pani doktor da rade opanować moje zębowe kłopoty.
No tak, przestał boleć brzuch (ciii, jeszcze się dowie, że go pochwaliłam i znów się odezwie), to teraz zęby dają mi do wiwatu.
Ale jeszcze jakoś te kilka dni przeboleję, potem już będzie szło tylko ku dobremu.
Życzę wszystkim miłego poniedziałku i miłego tygodnia, już przedświątecznego, chociaż ciągle nie czuje się, że one rzeczywiście nadciągają.
A ja z niecierpliwością czekam na piątek i naszą Firmowa Wigilię.
Boże, jak ten czas gna i gna, dopiero co była poprzednia Firmowa Wigilia, wydawałoby się, że onegdaj………

