już południe za nami…

 

 

…. a mojego blogu wciąż nie widać, nie słychać.
Nie, to nawet nie lenistwo, chociaż późno poszłam spać,  znów nie wiedzieć kiedy czwarta nad ranem się zrobiła na zegarze), wstałam stosunkowo wcześnie.
Ale jakoś tak szybko mi te niedzielne godziny lecą.
Dzisiaj robiłam sobie internetowe, świąteczne zakupy w Almie i…strach pomyśleć, ile muszę za to wszystko zapłacić.
A głównie kupowałam składniki na mój tradycyjny, imieninowy tort kokosowy, no i oczywiście na kutię.
Same bakalie do kutii sporo kosztują, bo daję tam rodzynki, migdały, orzechy, daktyle, skórkę pomarańczową, miód, słodką śmietankę no i oczywiście mak i pszenicę.
Tę pszenicę trzeba dzień wcześniej zamoczyć w zimnej wodzie, a na drugi dzień ostrożnie, by się nie przypaliła  ugotować do miękkości.
Gdy pierwszy raz robiłam kutię, zrobiłam kardynalny błąd, bo pszenicę przemieliłam, teraz już wiem, że trzeba dawać całe ziarenka, ale na bardzo miękko ugotowane.
Potem do tego dodaje się wszystkie bakalie, miód i śmietankę, wszystko się miesza i daje się do lodówki, by to wszystko razem się „przegryzło”
Potrawa jest bardzo smaczna i w sumie zdrowa, bo zawarte są w nim same naturalne składniki, a że ma trochę kalorii? A w czym tych kalorii nie znajdziesz.
Za to kutia jest tak słodka, że i tak za dużo jej nie zjesz, szczególnie, gdy jest podana jako deser po sutej Wigilii.
Kutię dawniej robiono w moim rodzinnym domu (czasami zamieniana był na mak z kruchymi ciasteczkami), a teraz już od kilku lat tradycją jest to, że to ja ją właśnie przyrządzam na Wigilię. W niektórych domach zamiast kutii podają makaron- płatki z makiem, zresztą podobnie przyrządzany jest mak jak do kutii.
Nawet na naszej Firmowej Wigilii też był makaron z makiem, łyżkę jego zresztą spróbowałam.
Mak musi być w tym dniu szczególnie podawany, albowiem mak zapewnia dobrobyt na następny cały rok, a zawarte w nim bakalie i miód  mają ten  następny rok nam osładzać.
Dawniej w domach pieczono   na Święta Bożego Narodzenia wspaniałe drożdżowe makowce, ile to było z tym zachodu, bo trzeba było dobrze zrobić  drożdżowy zaczyn, odczekać, aż odpowiednio wyrośnie, potem wymieszać go z mąką i jajami i tłuszczem, porządnie ciasto wyrobić ręką, aż powstaną w nim pęcherzyki i powietrza, potem znów trzeba było dać ciasto na kilka godzin do wyrośnięcia, uważając, by przez przypadek się nie „przeziębiło”
Zamykało się wtedy szczelnie okna i drwi od kuchni, a gdy ktoś do niej wchodził, gospodyni krzyczała, uważaj, ciasto rośnie.
Zabawa była na cały nieomalże dzień, bo potem to ciasto trzeba było cienko rozwałkować, wypełnić farszem makowym, zawinąć tak, by nigdzie bokiem mak przypadkiem nie wyciekał, znów trzeba było przykryć ściereczką, by makowiec wyrósł, a potem  smarowało się wierzch rozbitym żółtkiem i dopiero wtedy wsadzało się do gorącego pieca. Ale wspaniałe zapachy wtedy zaczynały się rozchodzić po całym mieszkaniu, od razu ślinka ciekła, a tu jeszcze trzeba było czekać aż do Wigilii.
I tak jak  na Święta Wielkanocne piekło się obowiązkowo baby drożdżowe i serniki, na Święta Bożego Narodzenia wypiekało się makowce i przepyszne przekładańce z kilkoma w środku masami:z orzechową, migdałową, z różą, powidłami,i co tam kto jeszcze sobie umyślił,  mniam, jakie smakowite wspomnienia.
Dawniej gospodynie brały sobie za punkt honoru takimi pysznościami się pochwalić przed gośćmi, dzisiejsze gospodynie nie mają tyle czasu i werwy do takich wypieków, mało kto piecze makowce, już o przekładańcach nie wspomnę.

Pogoda dzisiaj taka, że nijak jeszcze tej świątecznej aury nie czuć, no może tylko w radio brzmią już głównie amerykańskie  kolędy i świąteczne piosenki.
Ja aurę świąteczną poczuję dopiero jutro, gdy przyjdzie do mnie Renia i wspólnie będziemy sprzątać i przyozdabiać świątecznie mój pokój.
Już się ciesze, bo mam tyle piękności, które dostałam od Magdy Italiana, a które już niecierpliwie czekają na swój dzień.

Póki co, życzę przyjemnej niedzieli