Do domu!

 

Koniec świątecznej laby. Dzisiaj z Magdą jadę do pracy, a stamtąd już do swojego domku.
Jak zwykle było mi tu w Modlnicy wspaniale, nawet muszę przyznać, że całkiem dobrze się wysypiałam.
Ale co własny domek, to własny. Nigdzie nie ma lepiej niż u siebie.

Wczorajsza niedziela przeszła pod znakiem gości. Najpierw przyjechali na chwilę Rodzice Jacka, którzy byli przejazdem z Zakopanego do swojego domu
Posiedzieliśmy chwilkę, porozmawiali, było bardzo przyjemnie.
Popołudniu Magda Jack Kamilka i Jasiek poszli do kina na Gwiezdne wojny, ja pozostałam w domu, gdyż takich filmów raczej nie lubię.
Wrócili do domu z gośćmi: z Basią, Matyldą i z Leonem i znów było przyjemnie i wesoło.
No ale nazajutrz trzeba było iść do pracy, i wszyscy w miarę szybko się rozeszliśmy i nawet ja całkiem o przyzwoitej porze zasnęłam.
Za to obudziłam się jeszcze przed budzikiem, trzeba było zebrać swoje rzeczy, zapakować, by wszystko na czas było gotowe.
Jakieś poświąteczne refleksje? No cóż, wszystko kiedyś się kończy, mogę czekać na następne święta, może wtedy już w ogrodzie zacznie robić się zielono, bo przyznać trzeba, że ogród o tej porze roku wygląda bardzo smutno. Ale nie narzekam, było na tyle ciepło, że mogłam wychodzić sobie od czasu do czasu na papieroska na tarasik, chociaż czasami spory wiatr zakłócał spokój mojego nałogu.
No i jeszcze te dokuczające  ciągle bóle dziąseł, człowiek traci wtedy humor i nie chce mu się nawet ani jeść, ani uśmiechać, ani radować.
Czy i kiedy wreszcie przestanę ząbkować? Jutro muszę zamówić sobie wizytę  u pani doktor stomatolog, bo te bóle stają się nieznośne.
Przez święta raczej nie przytyłam, bo mój brzusio dzielnie stał na straży, bym za bardzo sobie nie dogadzała i cały czas mnie przestrzegał, Ewa, więcej nie wolno ci jeść. Nawet dzisiejszy cukier wykazał się normą, mimo, że zjadłam przez święta kawałek sernika i oczywiście musiałam spróbować swojego pysznego kokosowego tortu. Okazuje się, że nawet przy cukrzycy można wszystkiego spróbować, ale trzeba mieć się na baczności, nie można zanadto sobie pofolgować.
Za to wiem już na pewno, że mój żołądek nie toleruje gruszek, nawet takich ugotowanych z kompotu, okropnie się wtedy buntuje. Szkoda, bo gruszki zawsze należały do moich ulubionych owoców.
No to by było tyle na wpis dzisiejszy. Pora wyruszać w drogę.
Życzę przyjemnego poniedziałku. Na pocieszenie powiem tylko, że i ten weekend mamy nieco dłuższy. Już się cieszę.