pierwsza noc

 

Ha, ha, co najmniej jakby to była noc poślubna.
Tylko, że w pojedynkę, ale wcale tego nie żałuję, nareszcie mieszkam sama i nic nie muszę robić pod czyjeś dyktando.
Chociaż i tak jak na razie wydaje mi się, że nie jestem u siebie, tylko gdzieś na wczasach u obcej osoby i niedługo wrócę już do domku. Ale to tylko mi się tak wydaje, bo mój  domek jest przecież tutaj, na Szymanowskiego.
Nawet pochrapać sobie do woli mogłam, mogłam nawet całą noc maszerować tam i z powrotem i nikomu moje człapanie nie przeszkadzało.
A co mi się śniło???  Hm…… nie wiem, nie pamiętam. W ogóle z wrażenia chyba do czwartej rano nie mogłam zasnąć, więc łowiłam kulki i Pokemony.
Wreszcie po godzinie czwartej wreszcie mnie zmogło i zasnęłam, ale spałam tak nerwowo, że nic nie pamiętam, co mi się przyśniło.
No to klapa, nic się nie sprawdzi, bo nie mam żadnej sennej pamięci z pierwszej spędzonej tu nocy. Za to budzik obudził mnie przed siódmą rano, gdy właśnie najlepiej mi się spało, ale trzeba było wstać, umyć się ubrać, pościelić łózko, bo przed ósmą miał przyjść pan Krzysiu. Tak więc kiedy przyszli oglądać ten mój nieszczęsny, lejący się brodzik, byłam już rześka i gotowa do odwiedzin. Niestety usterka nie ostała całkowicie usunięta, jutro odwiedzić mnie jeszcze musi hydraulik, zresztą najprawdopodobniej będę wymieniała ten brodzik na płasko podłogowy, ten jest niestety dla mnie za wysoki i mam trudności z wchodzeniem i wychodzeniem z niego. Kolana już nie te, biodra też mnie ograniczają, nie tylko pesel, ale i zmiany deformacyjne o sobie dają znać. Szkoda tylko, że kupując ten brodzik dla mnie nie pomyśleli, że jednak nie jestem całkowicie sprawna, cóż. nikt mnie o konsultację w tej sprawie nie pytał. A kto nie jest inwalidą, nawet w niewielkim stopniu jak ja, ten nie rozumie, że z czasem przychodzą pewnie ograniczenia, nie zależne od jakiejś osoby. To nie moje fanaberie, takie są po prostu fakty.

A tak w ogóle to wczorajszy dzień był dla mnie pełny wrażeń.
Zaczęło się wszystko od porządkowania, układania w szafach i na półkach ubrań, naczyń, całego innego mojego inwentarza.
Renia pracowała u mnie dosyć długo, aż do popołudnia, ale i tak jeszcze nie cała robota jest wykończona. W środę ciąg dalszy nastąpi.
Pozostały też inne małe usterki, jak na przykład lejąca się woda z węża w łazience, ale jutro ta usterka ma być też usunięta.
No i czekam na  podłączenie mnie do telewizji kablowej, bo jak na razie nie mogę oglądać żadnego programu telewizyjnego i również nie mam jeszcze podłączenia do internetu, wciąż Orange nie przeniósł jeszcze mojego telefonu z internetem na nowe miejsce. Zgłosiłam tę usługę kilka dni temu, ale poinformowali mnie, że może to potrwać do 10 dni roboczych, muszę się uzbroić w cierpliwość.  Podobno są już w trakcie przenosin linii i lada dzień mogę spodziewać się monterów. Jedyne co mi pozostało, to tylko odbiór internetu przez Hot spot z mojego telefonu, ale jest to usługa nieco kosztowna no i nie mogę siedzieć w tak nieograniczonym czasie, jak przy odbiorze stacjonarnego netu. Trudno, coś, za co, chciałam się przeprowadzać, to teraz muszę uzbroić się w cierpliwość. Ale jednak bez internetu i bez telewizji trochę trudno się żyje, na szczęście działa moje radio, więc drobna rekompensata jest. Chociaż dawno, dawno temu ludziska nie mieli telewizji, nie mieli internetu, często i nie mieli nawet radia i jakoś sobie życie chwalili. Tylko dlaczego w XXI wieku mam żyć tak jak dawniej?
Oj przyzwyczaił się człowiek do tych nowoczesnych wynalazków i gdy ich brakuje, czuje niedosyt.
Wczoraj z Renią układałyśmy wszystkie moje domowe „dobra” aż do godzin popołudniowych, ale i tak jeszcze nie wszystkie prace są wykończone, resztę będziemy układać w środę, trzeba myć okna, założyć firanki, posprzątać balkonik, wysprzątać schowek w kuchni – fajna sprawa taki schowek, można tam pochować rzeczy, które nie są na co dzień bardzo potrzebne,  jeszcze sporo jest roboty przed nami. Jak to przy przeprowadzce bywa,
Czyli jeszcze rzez kilka dni coś będzie się działo w moim nowym domku. Czyli dopiero za kilka dni w pełni będę się cieszyła nowym gniazdkiem, chociaż już jest wspaniale, a będzie jeszcze lepiej 🙂

Wczoraj popołudniu deszcz przestał padać, więc mogłam sobie pójść na mały rekonesans po okolicy, sprawdzić gdzie i kiedy funkcjonują pobliskie sklepy. Oczywiście zwiedziłam i Park Krakowski i przy okazji uzupełniłam sobie zapas Pokeboli no i nałapałam parę Pokemonów, chociaż te przychodzą także i do mojego domu. Posiedziałam chwilkę na ławce koło fontanny – ale jak to było w piosence? W pakru koło fontanny jakiś się facet przysiadł do panny – do mnie na szczęście nikt się nie przysiadał, no może tylko podchodziły do nie czasami wędrujące alejkami pieski (pewnie jeszcze wciąż czuły Pepę), a mnie było żal, , że ta moja kochana czarna kwadratowa Pepy mordka jest tak daleko ode mnie.  Co chwilę spoglądałam na jej zdjęcie, które mam nalepione na tyle mojego Iphona i …przyznam, łezka mi się w oku nawet kręciła. Znów sentymenty wzięły górę.
Ale to już było i nie wróci więcej……….
Trzeba realniej zacząć myśleć o życiu, tym bardziej, że i koniec mego urlopu już tuż, tuż i w czwartek zaczynam normalną codzienność. Zatem na całkowite „zagnieżdzenie się” mam tylko 2 dni.
W nocy niestety też padało i wstał dzisiaj bardzo chłodny poranek, ale i tak będę musiała wychodzić po jakieś zakupy, może nie zmarznę, do zimy wszak jeszcze daleko….
Życzę miłego wtorki i przyjemnych wrażeń, a może i wspomnień o tych miłych, przeszłych gorących dniach????