Znów zrobił się nam poniedziałek.
A wczoraj było tak milutko…
Od rana czekałam na gości i wreszcie około 11 przyszli: Magda, Oliwia, Jacek i Jasiek.
Magda już znała moje mieszkanie, bo była w nim już kilkakrotnie, ale reszcie bardzo moje mieszkanie się spodobało.
Co prawda wczoraj była niedziela, ale niestety w ciągu tygodnia Jacek nie ma czasu, by do mnie wpaść, aby cokolwiek zrobić, więc wczoraj wykonał swoją pracę, czyli pozawieszał mi razem Magdą, która mu pomagała wytyczać miejsce, obrazy na ścianach. Oczywiście na honorowym miejscu, nad moim łóżkiem wisi fotografia mojej siostry Ani, a obok zdjęcie – szkic ołówkowy mojego Taty z lat młodości. Będą czuwali nad moim mieszkankiem. Zresztą ich zdjęcia wiszą dokładnie w podobnych miejscach, jak na starym mieszkaniu. Zostały powieszane też inne obrazy i od razu ładniej w mieszkaniu się zrobiło, gdy ściany nie były już takie puste jak poprzednio.
Czyli można powiedzieć, że coraz bardziej się zadamawiam w moim gniazdku.
Moi goście niestety bardzo szybko zawinęli się do swojego domu, gdyż Jacek miał coś tam jeszcze do zrobienia na swoim komputerze i znów zostałam sama.
Czasami dokucza ta cisza, pewnie kiedyś się przyzwyczaję, ale wczoraj jakoś taki sentymentalny nastrój wieczorem mnie dopadł……. wiadomo, właściwie to nigdy nie mieszkałam całkiem sama, teraz wydaje mi się to ciągle takie dziwne……
Wczoraj w „moim” parku rozłożył się Food Track, wiec oczywiście musiałam sprawdzić, co tam ciekawego na tych wozach jest.
Oczywiście rozczarowałam się sromotnie, bo miałam jeszcze w pamięci ten wspólny wypad z Magdą Jackiem i Oliwką kilka tygodni temu na podobną imprezę koło Galerii Kazimierz . Tam był duży ruch no i masę kiermaszów z całym mnóstwem pysznego jedzonka, kiedyś o tym zresztą pisałam. W porównaniu z tamtym kiermaszem ten wypadł bardzo słabiutko. Zjadłam jakąś zimną grzankę i zimną tortillę, które od razu siadły mi na żołądku tak, że z trudem do domu zdążyłam wrócić.
Nie rozumiem, jak można dawać zimne grzanki? one już z samej nazwy powinny być gorące. O naleśnikach mogłam zapomnieć, nie było na tych targach takowych. Czyli jednym słowem to była jedna mizeria.
Do tego było tak strasznie zimno, że trudno było nawet wysiedzieć na ławeczce. Pewnie też dlatego było też i mało ludzi, bo kto na taką zimnicę będzie po parku latał? Ale pokemony oczywiście były, nawet ktoś puścił wabika – Lura, więc musiałam te 30 minut potulnie na ławeczce siedzieć i marznąć, aby je połapać, nie mogłam przecież stracić takiej okazji.
A potem wróciłam do pustego domu i…… puściłam sobie telewizor, oglądnęłam jakieś stare seriale i wreszcie poszłam spać, chociaż wcześniej pobuszowałam też i na Face Booku. Muszę przyznać, że doskonale mi się śpi na nowym miejscu, chodzę spać bardzo wcześnie jak na mnie, bo już około 22-giej, natychmiast zasypiam, co prawda czasami na moment się budzę w nocy, ale szybko znów mnie sen morzy i śpię aż do siódmej rano.
I tak jakoś ta niedziela mi zleciała. Penie następna będzie podobna i jeszcze następna i jeszcze….cóż, przyszło mi żyć w samotności, ale… ma to też i swoje dobre strony, przynajmniej mam tak zwany święty spokój. Tylko ja zawsze byłam człowiekiem „stadnym”, teraz to się zmieniło…..
I znów wstał ponury i chłodny dzień, nie wiem, czy cały tydzień taki się zapowiada?
Na pewno jednak czekają mnie miłe chwile na spotkaniu z Zuzą i jej mężem, w tym tygodniu przyjeżdżają na kilka dni z USA, na urlop.
Nie wiem, czy pamiętacie, gdy przypominałam bajkę o Kopciuszku? Właśnie Zuza, która Zuza tu w Polsce nie mogła znaleźć swojego prawdziwego miejsca, poznała przez internet Joe, lekarza z USA. On przyjechał do Polski, poznali się, polubili, potem ona wyjechała do USA, gdzie już została jako jego żoną i są razem obydwoje bardzo szczęśliwi.
Zuza nie jest typową kurą domową, pracuje w Klinice, którą prowadzi jej mąż wraz ze swoim bratem. Na pewno świetnie daje sobie radę, bo jeszcze będąc w Polsce, jeszcze nie znając Joe, chodziła pilnie na kursy języka angielskiego i to do dobrej szkoły, która dała jej licencjat, dlatego tam, w nowej swojej Ojczyźnie, mogła się całkiem łatwo poruszać, nie zna pojęcia – bariera językowa. Bardzo się cieszę, że tak fajnie ułożyło się Zuzy życie, jest córką zmarłej już pani Marii, którą bardzo lubiłam (wypiłyśmy całe mnóstwo szklanek kaw razem), a która bardzo się o swoją najmłodszą córkę martwiła. Tym czasem i ona i pozostałe dzieci doskonale sobie dają radę w życiu, mimo, że były chowane bez Ojca. Czasami los takie straty wynagradza, zwłaszcza tym, którzy są głęboko wierzący i Bogu swój los powierzają.
Czyli jednak bajki się spełniają…
Moja bajka też w końcu się spełniła, mieszkam co prawda w nie swoim, a w wynajętym mieszkaniu, ale za to mam na co dzień święty spokój (oj ci śmieciarze, znów o siódmej rano dzwonili domofonem, by im otworzyć bramę) i w ogóle bardzo fajnie, mogę robić teraz sobie to, na co akurat mam ochotę. Zawsze marzyłam o własnym, samodzielnym mieszkanku i teraz to się spełniło, no to co mam tu narzekać???
Życzę wszystkim pogodnego poniedziałku i takiego też całego tygodnia, chociaż jak na razie, nie zapowiada się wcale na słonko i na ciepełko.
Ale los lubi figle płatać…..ABRA KADABRA HOKUS POKUS…….
