Mam nadzieję, że dzisiaj Ula już jest po swoich wojażach w domku i znajdzie czas, aby zaglądnąć do mojego blogu i odebrać sobie te dwie róże z poprzedniego tygodnia no i oczywiście tę dzisiejszą.
Witaj serdecznie Uleczko, jakże mi miło Ciebie znów dzisiaj widzieć u mnie w gościnie w moim blogu.
Czekałam cierpliwie i…chyba się doczekałam. Piszę chyba, ale wiem na pewno, że dzisiaj tu byłaś, wypoczęta i radosna.
Pozdrawiam Cię wiec serdecznie i jesienne promyczki słonka do Poznania posyłam, wraz ze słodkimi całuskami.
Co prawda rankiem jeszcze mało tych promyczków, ale już się słonko gdzieś tam pokazuje i może trochę ogrzeje moje przemarznięte kości?
Buziaczki Ulu.
Wczoraj miałam bardzo przyjemny dzień. Po pracy wstąpiłam do cukierni Buczka i kupiłam kawałek przepysznej szarlotki. Tak pysznej, że śmiało mogłabym się przyznać do jej upieczenia. Pachniała jabłkami, cynamonem i jesienią.
Około czwartej popołudniu przyszli moi goście, Zuzanna i jej mąż Joe. Boże, jak to dziwnie brzmiało, gdy Zuza mówiła o nim mój mąż, takie to dziwne było dla mnie, jakoś trudno było mi się do tego przyzwyczaić. Joe okazał się bardzo miłym człowiekiem, ale jednak nie odważyłam się z nim rozmawiać po angielsku, zbyt słabo ten język znam, aby swobodnie porozmawiać. Co prawda od czasu do czasu się „zapędzałam: i w tym języku do niego się zwracałam, ale najczęściej jednak korzystałam z „tłumacza” czyli z Zuzy, było to dla mnie o wiele wygodniejsze. Starałam się tak prowadzić konwersacje, by mój gość się nie zanudził, gdybyśmy rozmawiały tylko z Zuzą po polsku. Niestety Joe znal tylko podstawowe polskie wyrazy, nie rozumiał naszej polskiej rozmowy, chociaz jak się okazała, zarówno ze strony mamy, jak i ojca miał w przeszłości polskie korzenie. No to teraz już wiem, czemu znalazł sobie żonę – Polkę :-).
Rozmawialiśmy na bieżące tematy, polityczne zresztą też, na szczęście nie okazali się oni wyznawcami Pisu. Było też i trochę wspomnień, okazało się, że Zuzy siostrzenice, które znałam jeszcze jako małe dzieci, są już całkiem dorosłymi kobietami, jedna z nich jest już mamą, druga kończy studia. A dopiero co pamiętam, gdy Justynka, która wraz z rodzicami mieszkała wtedy w Zamościu przyjechała w odwiedziny do babci Marii (mamy Zuzy, a mojej sąsiadki) i baraszkowała po kanapie, a my z Marią pilnowałyśmy, żeby nie spadła i nie uderzyła się boleśnie. No tak, ale to było około 30 lat temu, przecież już minęło prawie 20 lat jak nie żyje pani Maria i 4 lata, gdy Zuza wyjechała za ten mąż do USA. Jak ten czas leci nieubłaganie…..
Wieczorem przyszła właścicielka, pani Kasia i włączyła mi ogrzewanie, co prawda tylko na „jedynkę”, czyli najmniejszy stopień ogrzewania, ale zawsze ciut inaczej w domu się zrobiło, tak mniej surowo. Piec miały się rozgrzać dopiero około 22, ale ciut wcześniej już zaczęły być letnie i niestety takie na całą noc pozostały, szczególnie ten w pokoju był omalże zimny. Czyli jeszcze nie do końca wszystko jest OK, trzeba cierpliwie poczekać na wizytę elektryka.
W dzień jest jeszcze całkiem możliwie, zwłaszcza, gdy świeci słonko (o właśnie teraz naprawdę zaczęło już świecić), gorsze są noce, ale od czego jest sweter, kołdra i kocyk? Da się jakoś wytrzymać. Tylko, że ja dotąd wychowywana byłam w cieplarnianych warunkach, miałam ogrzewanie kaloryferami i nic mnie nie obchodziło, ile prądu pobieram. Dzisiaj rano na wszelki wypadek jednak wyłączyłam ogrzewanie, bo coś mi się wydaję, że on nadal pobierał prąd, a teraz rano jest niestety dzienna taryfa, czyli o wiele droższy prąd niż w nocy. Trzeba nauczyć się oszczędzać z ogrzewaniem, tylko na to jeszcze potrzebuję trochę czasu..
Ale skoro tylu ciekawych rzeczy się w życiu nauczyłam, czemu miałabym i tego nie pojąć? Przecież nie jestem głupią, nieinteligentną dziewczyną…….
Dzisiaj idę na popołudniową zmianę, więc jeszcze mam troszkę czasu dla siebie, może uda mi się nawet chociaż chwilkę w parku na ławeczce posiedzieć?
Życzę wszystkim pięknej środy. Prognoza pogodowa na następne dni jest na szczęście bardzo pomyślna, więc jeszcze troszkę tych słonecznych promyczków połapiemy. No i teraz jest ta cudna pora, gdy śliczne, brązowe kasztany lecą z drzew, dawniej robiło się z niej ludziki i zwierzątka……

