naprawiłam sobie internet

 

 

Ale jestem z siebie dumna. przyszłam z pracy do domu, a tu na komputerze stacjonarnym nie mam internetu
Zła byłam, zaczęłam warczeć  o tak…wrrrrrrrrrrrrrr….
No bo jakże to tak, dopiero mi podłączyli internet, tyle się na niego naczekałam i znów miała być klapa????
Nie pomogli mi w tym  konsultanci z Orangu –  a to dziady dopiero, nic nie wytłumaczą porządnie, tylko się od razu denerwują, nie wiedzą, że prawie każda baba, a ja już na pewno, są nie kumate w tej materii???Jedyne  mi mogli zaproponować, to to, że przyślą mi do domu montera, ale tym razem musiałabym sama zapłacić za usługę, nie wiem czemu, skoro coś źle podłączyli??? Wściekłam się na nich, jeszcze nigdy w Orangu mi nikt tak nie dopiekł, zawsze byli tacy mili….   Nie pomógł mi też pan Józio, który opiekuje się moim komputerem, na odległość trudno jest ustalić tego przyczynę, a ponieważ wyjeżdża dzisiaj  z samego rana, najwcześniej może przyjść do mnie w poniedziałek. W desperacji można wiele zrobić i dobrego i złego, ale ja pomyślałam trochę, poszperałam, zauważyłam, że skoro działa telefon podłączony do internetu, skoro mam internet w laptopie znaczy to, że coś z moim komputerem jest nie tak jak trzeba. A przecież rano działał jak należy.
Stwierdziłam, że to wina systemu, więc cofnęłam jego pracę o kilka godzin w ustawieniach (przywróć poprzednią sesję) i…zadziałało.
Prawda, że jestem genialna????
Ale niestety dzisiaj rano było to samo, jest dostęp do internetu, ale nie otwierały mi się strony, musiałam znowu cofnąć komputer do wcześniejszej daty. Prawdopodobnie  padł system i bez pana Józia się nie obejdzie. Byleby tylko nie okazało się, że trzeba wymieniać płytę główną, bo znów poniosłabym koszty, a teraz tego troszkę miałam. Kupiłam nowy telewizor, teraz muszę wymienić zlewozmywak w kuchni, a w lotka jakoś ciągle trafić nie potrafię.
Ech te pieniądze, pieniądze!!!!! Rzeczywiście trzeba pomyśleć o rzuceniu palenia, bo to jednak spory wydatek w ciągu miesiąca, no i w mieszkaniu tak brzydko pachnie….., o zdrowiu nawet nie wspomnę.
Na razie nie mogę chyba wyłączać komputera, musi być cały czas na czuwaniu bo za każdym razem będzie zabawa z cofaniem systemu od nowa. Tylko i tak po koło 12-14 godzin sam się komputer wyłącza. Trzeba cierpliwie jednak poczekać do poniedziałku, może wtorku, aż wszystko pan Józio zobaczy, oceni i ewentualnie naprawi. Na razie musi być tak jak jest, muszę się trochę z tym problemem oswoić i troszkę pomęczyć. Kiedyś musi być przecież lepiej.
Wczoraj po raz pierwszy wracałam z pracy na nowe moje mieszkanko. Pilnowałam, żeby nie przegapić przystanku, ha, ha, spokojnie, nie musiałam znowu aż tak bardzo uważać, wysiadłam tam, gdzie potrzeba było opuścić autobus, potem przeszłam sobie przez Park w stronę mego  domku, ale chwilkę posiedziałam jeszcze na ławeczce. To było piękne popołudnie, więc wszystkie ławki były pozajmowane, ludziska tłumnie wylegli, by łapiąc jeszcze ostatnie dni lata. No, ale w krótkim czasie przyszedł zmrok, park zaczął się wyludniać, więc i ja poszłam spokojnym krokiem do domku. Jakoś wczoraj nie miałam gości, więc całkiem spokojnie ( nie licząc perturbacji z komputerem) spędziłam wieczór. Tylko gdy przebudziłam się w nocy, jeszcze nie bardzo rozumiałam, gdzie jestem, to takie prawdziwe przyzwyczajenie jeszcze trochę potrwa. Zastanawiałam się, czy jestem na Smoleńsk, czy u Magdy w Modlnicy i wreszcie przyszło olśnienie, aha, jestem w swoim mieszkanku na Szymanowskiego !!!
Za to wspaniale mi się tu śpi, zaraz po nocnym powrocie z łazienki nie miałam żadnych kłopotów z ponownym  zaśnięciem, a i wieczorem nie miałam żadnych kłopotów z zasypianiem.  Widać nie ma tu żadnych prądów wodnych, zakłócających ncvny odpoczynek!

Wstał kolejny, piękny dzień. Jednak to słonko nie grzeje tak samo intensywnie jak w lecie, ale to może i lepiej, przyjemniej się spaceruj, gdy żar nie doskwiera.
Życzę miłego piątku i wspaniałego całego weekendu.

Dzień pelny wrazeń

 

Tak to na nowym mieszkaniu już jest, że ciągle coś się dzieje, przynajmniej się nie nudzę.
Wczoraj sporo osób odwiedziło mnie w moim nowym mieszkanku. Właściwie to miałam gości od samego rana, od siódmej aż do dwudziestej drugiej.
Ledwo zdążyłam nadać sobie wczoraj Lotka 🙂
Rano przyszła do mnie Renia i bardzo intensywnie pracowałyśmy do godziny piętnaste. Ale mam umyte już obydwa okna, wysprzątany balkon i wysprzątaną tajemny schowek na wszystkie niepotrzebne, albo mniej potrzebne rzeczy.

Około południa przyszło do mnie dwóch chłopaków, którzy usiłowali podłączyć mi telewizor do anteny zbiorczej, niestety nie udało się tego dokonać, pewnie  dzisiaj, lub jutro dalej będą kombinować, w jaki sposób „podporządkować” Cyfrowy Polsat, z którego mam dekoder, do dachowej anteny.
Niedługo później przyszło dwóch Panów z Orangu i…wreszcie mam stacjonarny telefon, ale to mniej ważne, najważniejsze, że mam już stacjonarny komputer, z którego przez WiFi mogę również korzystać z laptopa w kuchni, sygnał jest tam  doskonały.
Niestety panowie od anteny telewizyjnej już wczoraj się nie pokazali, ale za to przyszedł pan Krzyś – Złota Rączka z hydraulikiem i naprawiali cieknący brodzik, teraz już jest sucho, mam nadzieję, że to nie jest sprawa przejściowa?
I gdy już po powrocie ze spaceru uznałam, że dzień odwiedzin już się skończył, znów usłyszałam dzwonek do drzwi.
Tym razem przyszli prawdziwi Goście: Monika z Tomkiem i z Pepą. Ale Pepa się ucieszyła, gdy mnie zobaczyła, ja zresztą też.
Nie zapomniała jednak Ciotki Ewy!!! Oczywiście zwiedziła moje mieszkanie, z nosem przy ziemi obchodziła każdy kąt, nie omieszkała sprawdzić, tak jak miała w zwyczaju na ul. Smoleńsk mojego stolika z komputerem, w pobliżu którego zawsze znalazła dla siebie smakołyk, niestety tym razem musiała się obejść ze smakiem. Mój pokój umeblowany jest zupełnie tak samo, jak na Smoleńsk, więc świetnie wiedziała, gdzie ma coś szukać.
Nowością dla niej pewnie był mój balkon, co prawda w swoim mieszkaniu też ma spory balkon, ale mój malutki dokładnie sobie pooglądała, tylko ciche, ale jakże znajome i miłe moim uszom  chrumkanie z niego dochodziło 🙂
Tak więc widzicie sami, że wiele się działo, pewnie w najbliższy weekend też będę miała mnóstwo gości. Czyli będzie wesoło.
Pewnie będzie kilka takich spotkań, muszę pomyśleć, w jaki sposób mam wszystko zorganizować..
Ale jedno muszę przyznać, przez te kilka dni zupełnie się przyzwyczaiłam do nowego mieszkania i……jestem bardzo zadowolona, bardzo fajnie mi się tu mieszka i nawet samotność nie przeszkadza, szczególnie, że jak na razie całkiem sama nie jestem. Teraz już czuję się, jakbym mieszkała tu od zawsze, na pewno tego przyczyną jest to, że mam identycznie jak na starym mieszkaniu umeblowany pokój. No i nareszcie mam własną kuchnię, w której mogę sobie urzędować kiedy tylko chcę. Mogę tam i gotować i odpoczywać na kanapce, czyli same zalety takiego pomieszczenia. No i najważniejsza, aby dostać się do kuchni, czy do łazienki nie muszę przechodzić przez okropnie długi przedpokój, wszystko jest blisko siebie, bo przedpokoik jest malutki, ale wystarczający. Muszę tylko dokupić sobie do niego wieszaki i małą szafkę na buty, żeby nie stały na wierzchu.
Naprawdę to wszystko to same zalety nowego mieszkania, nawet pomału przyzwyczajam się do brodzika, który mógłby być ciut niższy, ale jest, jaki jest, może kiedyś, gdy się dorobię (!!!), lub wygram w Lotka, kupię sobie nowy, taki niziutki. Na razie muzę wymienić zlewozmywak w kuchni, bo ten co jest mi się nie podoba, czyli muszę zainwestować nieco pieniędzy, ale będę miała na dłuższy już czas spokój.
Mieszkają tu wspaniali sąsiedzi, właściwie to młode, uśmiechnięte osoby, które zawsze grzecznie mnie pozdrawiają na klatce schodowej, to też bardzo ważne, z kim w kamienicy mieszkasz. Chciałoby się zaśpiewać „jak dobrze mieć sąsiada, jak dobrze mieć sąsiada”, no tylko z tym, że jak na razie same sąsiadki spotykam, ale męski głos też wczoraj słyszałam, nie jest źle :-). Muszę gdzieś wyszukać jakiegoś pana, ale  potrzebnego nie bynajmniej w sprawach sercowych, bo to mnie nie interesują, ale zawsze trzeba coś poradzić z komputerem, czy innym zacinającym się sprzętem domowym…
Ktoś taki pomocny bardzo by mi się przydał.
 O na przykład: zapomniałam wczoraj poprosić Tomka, aby założył mi głośniki do komputera, sama niestety nie potrafię, ale na pewno dzisiaj przyjdą znów panowie do  telewizora, wtedy pewnie mi to naprawią. Oglądałam co prawd ostatni odcinek Na dobre i na złe na laptopie, ale film okrutnie się zacinał, musi mi ktoś przeczyścić laptop, pewnie znów tam jest sporo netowych śmieci.

Dzisiaj podobno ma być piękny, ciepły dzień. Jak na razie nawet śladu słonka na nieboskłonie nie widać, ale skro tak napisali…
Dzisiaj po dłuższym czasie po raz pierwszy idę popracować, koniec urlopu, koniec okresu karencyjnego na przeprowadzkę, życie wraca na stare tory.
Ale niedługo weekend, już mam zaplanowaną sobotę i niedzielę, gdyż będę miała gości. No i fajnie, tylko muszę dobrze pomyśleć czym ich ugościć.
Ale i tak na nudę nie narzekam, mam przecież już internet i swoje ukochane Pokemony i Pokestopy, nawet bez wychodzenia z domu, wkrótce (mam nadzieję) będę miała i telewizję, tylko szkoda siedzieć w domu, gdy pogoda dopisuje, a park jest tuż za oknem…….
Tak więc po powrocie z pracy na moment usiądę sobie na  parkowej ławeczce, szkoda, że tak wcześnie robi się już ciemno. Taka pora roku, ale wiosna już całkiem niedługo, wtedy będę się cieszyła spacerkami po parku.
Życzę miłego czwartku.

za Pani wdzięk……..

Za smutek mój, a pani wdzięk ofiarowałem pani pęk czerwonych melancholii.
A Pani cóż, nie chce Pani tych róż…..

Tak śpiewał ongiś Marek Grechuta. Ale na pewno nie miał na myśli mojej Ulki, bo ona chętnie róże ode mnie  przyjmuje.
Ciekawe, czy od pana Marka Grechuty (gdyby żył) też by je przyjęła?
Ale nie będę się w takich rozmyśleniach zagłębiała, tylko jak co środę mam dla Ulki róże, tym razem pięknie pachnący cały  ich bukiet.
Uleczko Kochana!! zasługujesz na taki piękny bukiet, chociażby za wspieranie mnie w moich niełatwych ostatnich sprawach. Pewnie, że wspierało mnie mnóstwo Przyjaciół, ale ja czekałam także na Twoje zdanie, chociaż wiedziałam, jak ono brzmieć będzie.  W takich sytuacjach liczy się każdy głos, a Twój liczył się podwójnie. Czułam się, jakbyś stała koło mnie i mówiła do mnie „nie bój się Ewa tego wyzwania, dasz radę, będzie dobrze”.
No i było, inaczej przecież mój los przy takim poparciu nie mógł się inaczej potoczyć.
I dzisiaj szczególnie za to Ci Uleczko dziękuję, za Twoją cierpliwość dla mnie. Bo może ktoś mógł pomyśleć, że to były takie moje fanaberie, przecież gros przeprowadzki spadło na ramiona Magdy, Tomka, Moniki i Renaty (nie licząc oczywiście panów z firmy przeprowadzającej), ale co tu kryć, największy koszt, co prawda nie materialny, ale psychiczny, to właśnie ja poniosłam. Jeszcze raz podkreślam, że to było dla mnie bardzo wielkie wyzwanie, olbrzymie przeżycie, bo nie łatwo po takim długim czasie, właściwie całym moim dotychczasowym życiu, tylko otrząsnąć się, powiedzieć, właściwie nic się nie stało i odejść bez żadnego żalu, jak gdyby nigdy nic. Coś tam pozostawiłam jednak, moje serce, moje wspomnienia, moje marzenia….
I wiem, że Ty mnie doskonale zrozumiałaś, bo w wielu sprawach myślimy i czujemy podobnie – to takie nasze porozumienie dusz.
Jeszcze raz więc Ci Uleczko dziękuję, oczywiście zapraszając Cie do Krakowa na „parapetówkę” – wreszcie może to będzie wystarczającym powodem do odwiedzenia mnie w Krakowie Posyłam Ci słodkie buziaki i gorącą prośbę : PRZYJEZDZAJ!!!!  I to tak szybko, byśmy jeszcze zdążyły wypić piwo z sokiem cynamonowym w ogródku naszej kawiarenki – pamiętasz chyba, jest taka milutka Kawiarenka na Rynku w Krakowie!!!
Dzisiaj czeka mnie ciąg dalszy porządków, ale też i wymiana rury w łazience, bo praktycznie nie da się jej używać, stale wypływa spod brodzika woda.
No i ma się dzisiaj wyjaśnić sprawa mojego dostępu do TV, a może i do internetu.
Jak na  razie „przegapiłam” dwa odcinki Klanu i dwa odcinki M jak miłość, ale to jest do odrobienia, na szczęście można oglądać stare odcinki Na VOD-zie. Niestety TVP1 zerwało umowę z Iolą i tam te odcinki nie są już dostępne, a szkoda.

DOBREGO DNIA

pierwsza noc

 

Ha, ha, co najmniej jakby to była noc poślubna.
Tylko, że w pojedynkę, ale wcale tego nie żałuję, nareszcie mieszkam sama i nic nie muszę robić pod czyjeś dyktando.
Chociaż i tak jak na razie wydaje mi się, że nie jestem u siebie, tylko gdzieś na wczasach u obcej osoby i niedługo wrócę już do domku. Ale to tylko mi się tak wydaje, bo mój  domek jest przecież tutaj, na Szymanowskiego.
Nawet pochrapać sobie do woli mogłam, mogłam nawet całą noc maszerować tam i z powrotem i nikomu moje człapanie nie przeszkadzało.
A co mi się śniło???  Hm…… nie wiem, nie pamiętam. W ogóle z wrażenia chyba do czwartej rano nie mogłam zasnąć, więc łowiłam kulki i Pokemony.
Wreszcie po godzinie czwartej wreszcie mnie zmogło i zasnęłam, ale spałam tak nerwowo, że nic nie pamiętam, co mi się przyśniło.
No to klapa, nic się nie sprawdzi, bo nie mam żadnej sennej pamięci z pierwszej spędzonej tu nocy. Za to budzik obudził mnie przed siódmą rano, gdy właśnie najlepiej mi się spało, ale trzeba było wstać, umyć się ubrać, pościelić łózko, bo przed ósmą miał przyjść pan Krzysiu. Tak więc kiedy przyszli oglądać ten mój nieszczęsny, lejący się brodzik, byłam już rześka i gotowa do odwiedzin. Niestety usterka nie ostała całkowicie usunięta, jutro odwiedzić mnie jeszcze musi hydraulik, zresztą najprawdopodobniej będę wymieniała ten brodzik na płasko podłogowy, ten jest niestety dla mnie za wysoki i mam trudności z wchodzeniem i wychodzeniem z niego. Kolana już nie te, biodra też mnie ograniczają, nie tylko pesel, ale i zmiany deformacyjne o sobie dają znać. Szkoda tylko, że kupując ten brodzik dla mnie nie pomyśleli, że jednak nie jestem całkowicie sprawna, cóż. nikt mnie o konsultację w tej sprawie nie pytał. A kto nie jest inwalidą, nawet w niewielkim stopniu jak ja, ten nie rozumie, że z czasem przychodzą pewnie ograniczenia, nie zależne od jakiejś osoby. To nie moje fanaberie, takie są po prostu fakty.

A tak w ogóle to wczorajszy dzień był dla mnie pełny wrażeń.
Zaczęło się wszystko od porządkowania, układania w szafach i na półkach ubrań, naczyń, całego innego mojego inwentarza.
Renia pracowała u mnie dosyć długo, aż do popołudnia, ale i tak jeszcze nie cała robota jest wykończona. W środę ciąg dalszy nastąpi.
Pozostały też inne małe usterki, jak na przykład lejąca się woda z węża w łazience, ale jutro ta usterka ma być też usunięta.
No i czekam na  podłączenie mnie do telewizji kablowej, bo jak na razie nie mogę oglądać żadnego programu telewizyjnego i również nie mam jeszcze podłączenia do internetu, wciąż Orange nie przeniósł jeszcze mojego telefonu z internetem na nowe miejsce. Zgłosiłam tę usługę kilka dni temu, ale poinformowali mnie, że może to potrwać do 10 dni roboczych, muszę się uzbroić w cierpliwość.  Podobno są już w trakcie przenosin linii i lada dzień mogę spodziewać się monterów. Jedyne co mi pozostało, to tylko odbiór internetu przez Hot spot z mojego telefonu, ale jest to usługa nieco kosztowna no i nie mogę siedzieć w tak nieograniczonym czasie, jak przy odbiorze stacjonarnego netu. Trudno, coś, za co, chciałam się przeprowadzać, to teraz muszę uzbroić się w cierpliwość. Ale jednak bez internetu i bez telewizji trochę trudno się żyje, na szczęście działa moje radio, więc drobna rekompensata jest. Chociaż dawno, dawno temu ludziska nie mieli telewizji, nie mieli internetu, często i nie mieli nawet radia i jakoś sobie życie chwalili. Tylko dlaczego w XXI wieku mam żyć tak jak dawniej?
Oj przyzwyczaił się człowiek do tych nowoczesnych wynalazków i gdy ich brakuje, czuje niedosyt.
Wczoraj z Renią układałyśmy wszystkie moje domowe „dobra” aż do godzin popołudniowych, ale i tak jeszcze nie wszystkie prace są wykończone, resztę będziemy układać w środę, trzeba myć okna, założyć firanki, posprzątać balkonik, wysprzątać schowek w kuchni – fajna sprawa taki schowek, można tam pochować rzeczy, które nie są na co dzień bardzo potrzebne,  jeszcze sporo jest roboty przed nami. Jak to przy przeprowadzce bywa,
Czyli jeszcze rzez kilka dni coś będzie się działo w moim nowym domku. Czyli dopiero za kilka dni w pełni będę się cieszyła nowym gniazdkiem, chociaż już jest wspaniale, a będzie jeszcze lepiej 🙂

Wczoraj popołudniu deszcz przestał padać, więc mogłam sobie pójść na mały rekonesans po okolicy, sprawdzić gdzie i kiedy funkcjonują pobliskie sklepy. Oczywiście zwiedziłam i Park Krakowski i przy okazji uzupełniłam sobie zapas Pokeboli no i nałapałam parę Pokemonów, chociaż te przychodzą także i do mojego domu. Posiedziałam chwilkę na ławce koło fontanny – ale jak to było w piosence? W pakru koło fontanny jakiś się facet przysiadł do panny – do mnie na szczęście nikt się nie przysiadał, no może tylko podchodziły do nie czasami wędrujące alejkami pieski (pewnie jeszcze wciąż czuły Pepę), a mnie było żal, , że ta moja kochana czarna kwadratowa Pepy mordka jest tak daleko ode mnie.  Co chwilę spoglądałam na jej zdjęcie, które mam nalepione na tyle mojego Iphona i …przyznam, łezka mi się w oku nawet kręciła. Znów sentymenty wzięły górę.
Ale to już było i nie wróci więcej……….
Trzeba realniej zacząć myśleć o życiu, tym bardziej, że i koniec mego urlopu już tuż, tuż i w czwartek zaczynam normalną codzienność. Zatem na całkowite „zagnieżdzenie się” mam tylko 2 dni.
W nocy niestety też padało i wstał dzisiaj bardzo chłodny poranek, ale i tak będę musiała wychodzić po jakieś zakupy, może nie zmarznę, do zimy wszak jeszcze daleko….
Życzę miłego wtorki i przyjemnych wrażeń, a może i wspomnień o tych miłych, przeszłych gorących dniach????

 

 

jadę na swoje

 

 

 

Dosyć tego dobrego leniuchowania, dzisiaj jadę na swoje mieszkanie i tam już sobie zacznę mieszkać. Jak do tej pory, spędziłam w piątek  w nowym mieszkaniu około 2-3 godzin, w sumie trudno nawet powiedzieć, że tam już zamieszkałam, bo ten czas przeznaczony był głównie na rozmieszczaniu mebli, potem już pojechałam do Magdy.
No ale dzisiaj przychodzi do mnie Renia, z którą wszystkie tobołki będziemy rozpakowywać i kłaść na swoje miejsce i od tej pory już będę mogła śmiało powiedzieć: no, już sobie mieszkam na ulicy Szymanowskiego, co oznacza, że dzisiaj już do końca  uwiję  swoje całkiem nowe gniazdko.  A potem już będzie płynął dzień po dniu i szybko zapomnę, że kiedyś mieszkałam gdzie indziej.
Jak na razie nie czuję wcale tęsknoty za starym mieszkaniem, możliwe, że pobyt u Magdy to spowodował, że czuję się jak zwykle w gościnie, po której wracam do siebie do domu, z tym, że tym razem będzie to całkowicie inne miejsce, niż zazwyczaj.
Muszę się przyzwyczajać do całkiem innej ulicy, na której mieszkam, do innej trasy, niż ta, którą na przykład do pracy miałam wytyczoną, do całkiem innych przystanków autobusowych, czy tramwajowych, do innych sklepów, w których będę robiła codzienne zakupy. Wszystko już będzie inne niż dotychczas.
I dopiero po pewnym czasie będę mogła ocenić, na ile brak mi dotychczasowych miejsc, dotychczasowych spotykanych znajomych na ulicy, czy w końcu jaki jest mój stosunek do braku współlokatorów, do których jednak, co tu dużo mówić, przez 15 czy 16 lat wspólnego życia pod jednym dachem zdążyłam się przyzwyczaić.
NOWE……NOWE……NOWE….. Nie zawsze oznacza to, że lepsze, niż dotychczas, ale ponieważ z założenia jestem optymistką, wierzę, że tak jednak będzie.

Wczoraj była piękna pogoda w Modlnicy, ale niestety dosyć mocno wiał wiatr, targając silnie włosami.
Siedziałam sobie na huśtawce i obserwowałam samoloty, które licznie w okolicy przelatywały, zostawiając tylko na błękicie nieba białe pasma.
Wspaniała rzecz taka obserwacja, ruch na niebie porównać można do ruchu na autostradach, co kilka minut przelatywał nad moją głową jakiś
samolot , raz jedną, raz w drugą stronę, raz podchodząc do lądowania zniżał swój lot, innym razem właśnie wzbijał się w górę, by po chwili zniknąć gdzieś już bardzo wysoko, a tylko jego stal odbijała od siebie słoneczne promyki.
Popołudniem znów gwarno w domu Magdy się zrobiło, było sporo dzieciaczków i dorosłych, dzieci baraszkowały w ogrodzie, dorośli oglądali wczorajszy mecz Też kawałek meczu oglądałam, ale potem nijaka gra naszych piłkarzy mnie wyraźnie zniechęciła, wolałam sobie posiedzieć w ogrodzie, bo i wiatr też jakoś wtedy ucichł.
Wieczorem niestety przyszedł deszcz, zgodnie zresztą z tym, co zapowiadali w prognozie pogody.
No i ten deszcz pozostał z nami na całą noc, a i rano nas wcale nie opuścił, pokazał swoją „moc” zimnym prysznicem.
Nic to, kiedyś słonko znów nam zaświeci. Póki co trzeba jakoś przeżyć te gorsze chwile i udawać, że wszystko jest OK. Bo najważniejsze jest pozytywne myślenie. Zatem miłego poniedziałku wszystkim życzę

spacer po Ikei

Wczoraj byłam na zakupach w Ikei z Magdą, gdzie  uzupełniałyśmy mój stan gospodarski w nowym mieszkaniu.
Pewnie jeszcze więcej będę potrzebowała, na razie zadawałam się tym, co mam, wiadomo, w przeciągu jednego czy dwóch dni nie da się powiedzieć : no wszystkie potrzebne rzeczy w mieszkaniu już mam, to przyjedzie z czasem, gdy będzie akurat czegoś brakowało, będzie okazja do pozbywania się pieniążków 🙂
Najważniejsze, że mam czajnik bezprzewodowy, kubki, i 2 talerzyki, komplet do jedzenia i komplet noży do krojenia, co jeszcze potrzeba?
Oj, nie wiem na razie…
Ale co się nachodziłam po tej Ikei to moje. Dobrze, że byłam tam z Magdą, bo chyba sama tam bym zginęła, tyle tam zakamarków, sal, wind, schodów, a ażeby cokolwiek kupić najpierw trzeba wszystko to obejść, najpierw trzeba pooglądać wystawki, które propagują towary dostępne w sklepie, a dopiero na samym końcu są magazyny, gdzie można to wybierać i ładować
Ciekawostką jest to, że jeżeli masz zamiar zapłacić kartą płatniczą, możesz podejść do stanowiska samoobsługowego, gdzie sam (pod kontrolą jednak pracowników) dokonujesz skanów towaru i sam obsługujesz zapłatę kartą.  Zawsze można skorzystać z pomocy obsługi, a jeżeli nieprawidłowo na przykład umieszczasz kartę w czytniku wyświetla ci się Error i komunikat, że zaraz podejdzie ktoś z pomocą.
Przyznam, że byłam tą wycieczką” nieco zmęczona, ale jeżeli chcesz coś zdobyć, musisz się namęczyć.
Zresztą takie zmęczenie to nic wielkiego, bo co ma powiedzieć na przykład Jacek, mąż Magdy, który wczoraj po powrocie z pracy zabrał się za dźwiganie i przewożenie ciężkich tafli kamiennych, które pozostały po starym tarasie. Podziwiałam go, bo naprawdę sporo wysiłku musiał w to włożyć. Taka jedna płyta sporo waży,  a troszkę tych tafli było.
No tak, ale jeżeli ktoś ma własny dom zawsze jest narażony na ciągłą przy nim pracy.
I wie to pewnie nie tylko Magda i Jacek, ale Ci wszyscy, którzy mają to szczęście być posiadaczami własnego domu.
W samym ogródku przy domu jest sporo przecież roboty: Magda pięknie pielęgnuje swoje kwiaty, Jacek troskliwie zajmuje się trawnikiem i otoczeniem domu, co wcale takie łatwe nie jest, gdy pracuje się praktycznie od rana do wieczora. Ale takie czasy, kto nie pracuje, niczego się nie dorobi w życiu.
Już nie mówiąc, że i w samym domu jest sporo pracy, która wydaje się nie mieć nigdy końca.
I tak leci ich pracowite, codzienne życie, które mogę obserwować i podziwiać w trakcie ostatnio moich dosyć licznych pobytów w Modlnicy.
Jeszcze dzisiejszy dzień i dzisiejszą noc spędzę w Modlnicy, jutro rano już będę rozpakowywać się w moim nowym mieszkanku i tam też spędzę swoją pierwszą noc. Muszę zapamiętać, co mi się przyśni, bo podobne takie sny zawsze się spełniają.
Życzę wszystkim przyjemnej i słonecznej niedzieli i dobrego odpoczynku przed nadchodzącym nowym tygodniem

po przeprowadzce

 

 

Można rzec, że już jestem na własnych śmieciach. Teoretycznie na razie, bo przez dwa dni będę jeszcze korzystała z gościny Magdy, żeby nie pozostać na weekend z licznymi tobołkami, które ze sobą na nowe mieszkanie przywiozłam, w poniedziałek przy wielkiej pomocy Reni zabieramy się za rozpakowywanie i układanie wszystkiego na swoim miejscu. Jak na razie tylko meble, czyli najważniejsza część mieszkania mają już swoje ostateczne miejsca.
Nie mogę powiedzieć, że wszystko odbyło się bezboleśnie, bo tak nie było.  Prawie od rana z Renią układałyśmy  wszystkie tobołki i dopakowywałyśmy resztę, a pies – Pepa nam dzielnie towarzyszył, widziała, że jednak dzieje się w domu coś niesamowitego.
Około 13.30 przyjechali panowie z transportu i wtedy zaczęły się moje nerwowe wycieczki do toalety, zawsze tak na stresy reaguję.
Na szczęście niedługo potem przyszła Magda i nagle poczułam, że te wszystkie nerwy mi są niepotrzebne, bo nie jestem taka sama, jest ktoś ważny koło mnie, który nie tylko fizycznie, ale przede wszystkim psychicznie mnie wspiera. Boże, co ja bym bez mojej kochanej Magdusi zrobiła???
Pierwsze jej słowa do mnie były : nie płaczemy, tylko zabieramy się za robotę. I rzeczywiście pod jej dyktando wszystko szło szybciutko i sprawnie, w przeciągu niecałych dwóch godzin cały mój dobytek znalazł się w samochodzie transportowym, a w przeciągu następnej godziny już układaliśmy meble w nowym moim mieszkanku.A potem Magda wzięła mnie do siebie do Modlnicy, żebym się odstresowała trochę i odetchnęła świeżym powietrzem.
Dziękuję Ci Magda z całego serca za Twoje wielkie serce, bo to, co dla mnie wczoraj zrobiłaś było dla mnie prawdziwym zbawieniem.
Odczułam pomoc mojej Siostry właśnie poprzez Twoje ręce, Twoją pomoc. Żadne moje słowa nie są w stanie wyrazić wdzięczności dla Magdy, więc raz jeszcze tylko krótko powiem : DZIĘKUJĘ!!!
Byłabym niesprawiedliwa, gdybym nie wspomniała o zaangażowaniu i Tomka i Moniki w przeprowadzce, zresztą wszelakie związane z tym koszty były przez nich poniesione. I cale szczęście, bo takie przeprowadzki nie są wcale tanie, ale muszę przyznać, że Tomek pilnował, aby w szczegółach wszystko było dopracowane do końca. I też bardzo serdecznie za to mu dziękuję.
Jednym słowem jest tak, jak mówi mi zawsze V.I.P. jestem dzieckiem szczęścia.
I tak trzymać Ewuniu! teraz może być już tylko lepiej.
A mieszkanko jest fajne, bardzo przytulne no i ….bez współmieszkańców, czyli totalny spokój i totalna cisza.. No chyba, że kiedyś w przyszłości sprawie sobie pieska 🙂 Ale na taką decyzję jeszcze mam czas.
Na razie jedno wiem na pewno, Pokemony na nowym mieszkaniu mnie nie opuszczą, bardzo licznie tam do mnie wczoraj przychodziły, a i również nie wychodząc z mieszkania mogę sobie zmagazynować sporą kulek pokebollów, bo mam na miejscu aż dwa takie miejsca, skąd bez ograniczeń mogę je czerpać.
I to też jest ta dobra strona tam zamieszkania 🙂 hi hi hi

Wstała piękna i słoneczna sobota, co prawda już czuć ten jesienny powiew, ale wciąż kalendarzowo mamy przecież lato.
Życzę wszystkim udanego weekendu i dobrego odpoczynku

pamiętna data 2 września

 

 

Jest to dla mnie bardzo smutny dzień, w którym wspominam śmierć mojego Taty.
Boże, minęło już 42 lata od tego bardzo tragicznego dla mnie dnia, gdy wydawało mi się, że świat się zawalił, a wszystkie gruzy tego życia spadły na moje barki.
Bardzo Kochałam mojego Tatę, bo to był naprawdę wspaniały Człowiek. Starał się jak mógł zastępować mi brak Mamy.
Uwielbiał robić mi niespodzianki, bo wiedział, że zawsze nimi bardzo się cieszyłam.
To z nim zwiedziłam świat: byliśmy w Londynie, w Paryżu, jeździliśmy na wspaniałe wczasy po Polsce, albo na zagraniczne, śródziemnomorskie wakacje.
Był zawsze koło mnie, starał się uczyć mnie życia, abym potem, gdy zostanę sama, mogła sobie poradzić ze wszystkimi kłopotami.
Wpajał we mnie  dobre życiowe zasady, to On mi pokazywał, że należy być zawsze życzliwą i wyrozumiałą dla innych, to On uczył mnie, jak wygląda miłość rodzinna i jakie wartości w życiu są najważniejsze, czym należy się w tej naszej drodze życiowej kierować. Uczył mnie poszanowania dla pieniędzy, abym zawsze odpowiedzialnie mogła kierować swoimi wydatkami. No ale przede wszystkim mnie bardzo kochał, właściwie to może źle powiedziałam, bo kochał wszystkie swoje dzieci i zawsze dla nich był podporą, ale wiedział, że ja, jako najmłodsza z rodzeństwa i w dodatku bez obciążenia własną rodziną, tym bardziej potrzebuję jego ojcowskich uczuć.
Tato! Zawsze, gdy spotyka mnie jakiś problem zastanawiam się, jak Ty byś go rozwiązał, jaką poradę miałbyś dla mnie, czym kazał byś mi się kierować.
To jest bardzo ważne nawet teraz, gdy już sama jestem w dosyć poważnym wieku, a ciągle jakieś problemy i rozterki są koło mnie. Bardzo często wtedy w myślach kieruję się ku Tobie i czekam na Twoją poradę, wiem, że mnie nie opuszczasz i zawsze nade mną roztaczasz nadal swój opiekuńczy parasol.
Ciągle czuję Twoją miłość i Twoje dobro, które we mnie przelałeś i staram się, bym Cię nigdy nie zawiodła.
Dziękuję Ci Tato za wszystko co dla mnie zrobiłeś, za to, że byłeś taki wspaniałym Ojcem, żałuję tylko, że tak krótko byliśmy razem.
Dzisiaj pochylam się z moją pamięcią nad Tobą i ze łzą w oczach wspominam 2 września 1974 roku, gdy przyszedłeś do mnie rano do pokoju i powiedziałeś mi  „Ewa, ja już umieram” Byłeś lekarzem, zdawałeś sobie sprawę, że serce, które nagle odmówiło Ci posłuszeństwa wkrótce przestanie bić.
To trwało tylko 2 godziny, godziny podczas których z całych naszych sił  staraliśmy Cie wyzwolić z ramion Kostuchy, która po Ciebie przyszła, niestety, nie udało nam się tego zrobić, odszedłeś.
I mimo, że tyle lat już od tamtej chwili minęło, każdy dzień 2 września przynosi ten sam ból od początku.
Kocham Cię Tato i zawsze kochać  Cię nie przestanę, mam nadzieję, że przyjdzie czas, gdy znów się spotkamy i będę Ci to raz jeszcze mogła powiedzieć.

Wczoraj wraz z VIP – em wybrałam się na zakupy niezbędników na moje nowe mieszkanie.
Kupiłam sobie fajny czajnik, który rzekomo miał być przeceniony, jednak okazało się to nie prawdą Szkoda, że troszkę za późno, czyli już po zakupie i po zapłacie sprawdziłam jego cenę, bo jednak chyba troszkę przepłaciłam. Cóż, w takich wielkich marketach zawsze potrafią człowieka wywieść w pole. No, ale za to mam wspaniały czajnik, nie tylko drogi, ale jeszcze co miesiąc będę musiała dokupować do niego specjalny filtr. Niby nie kosztuje on znów tak dużo, ale jednak muszę o tym pamiętać i…. co jakiś czas wydawać pieniądze. Ale pewnie będzie też można używać tego czajnika bez zakładania filtra, to się dopiero zobaczy w trakcie najbliższych miesięcy. Zresztą taki czajnik powinnam mieć już na długie, długie lata, więc może warto jednak było trochę drożej za niego zapłacić?
Kupiłam też sobie inne  drobne przedmioty pierwszej używalności, np dwa takie same  kubki na kawę,  (dla mnie i dla VIP-a), 2 talerzyki, mały  komplet łyżeczek noży i widelców, trzy rodzaje noży do krojenia, czy nawet płyn do naczyń i kilka ścierek do kuchni.
Pewnie, że to jeszcze wszystko mało, trzeba dokupić i patelnię i ze 2-3 garnki różnej wielkości, ale to dopiero  stopniowo będę uzupełniała swój dobytek.
Jak na razie będę miała w czym wypić kawę, zagotować wodę, czy na czym położyć kanapki na śniadanie.
Dobrze, że z tych ważniejszych domowych sprzętów mam kuchenkę mikrofalową, toster, czy mikser, a także na przykład odkurzacz, kiedyś zainwestowałam, teraz będę miała jak znalazł.
No i jeszcze dodatkowo wczoraj zaszalałam, bo przy tym ferworze zakupów nabyłam wreszcie ten wymarzony power – bank. Drżyjcie teraz Pokemony, gdy Ewusia na łowy wyruszy, bo przy dodatkowej ładowarce będę dłużej mogła sobie pobuszować po mieście.
Jak szaleć, to szaleć, póki jeszcze się da, póki na razie wciąż mnie na nieco większe, aczkolwiek ważne wydatki stać, potem znów będę musiała sobie pozaciskać pasa i troszkę po oszczędzać.
Prawdopodobnie już dzisiaj się wyprowadzam, na godzinę 14- stą zamówiony jest transport. Muszę jeszcze trochę rzeczy do szybkiego i ostatecznego zapakowania przygotować , a potem już tylko mogę po raz ostatni zamknąć za sobą drzwi.
No i…..rozpoczynam następny etap życia.
Kiedyś ten moment musiał przecież nastąpić, prawda?
No i przede mną znów nowe wyzwanie, rozpakowywanie swoich rzeczy, układanie na nowym miejscu, czyli czeka mnie teraz ważny moment moszczenia sobie nowego gniazdka. Pewno przez kilka najbliższych dni będę miała w domu mały rozgardiasz, ale przy pomocy życzliwych mi osób dam radę wszystko opanować i w końcu znów poczuję się szczęśliwa.
Pewnie przez najbliższe parę dni będę miała utrudniony dostęp do internetu, zanim ponownie zamontują mi go na nowym mieszkaniu, jak to dobrze, że mam chociaż internet mobilny w telefonie, zawsze na moment mogę tu wpaść i powiedzieć Wam, co aktualnie ze mną się dzieje.
Życzę wszystkim udanego piątku i dobrego odpoczynku

na Krakowskim Rynku, gołębie fruwają..

 a pod pomnikiem Mickiewicza ludzie się chętnie  spotykają….

Wczoraj spędziłam przyjemne przedpołudniowe i wczesno – popołudniowe chwile z Martą z Jastarni.
Nie widziałam Marty ponad 12 lat, z małego dziecka zmieniła się w piękną, młodą i bardzo wesołą i życiowo zaradną dziewczynę.
Już kiedyś o Marcie wspominałam, ale przypomnę, że jest ona zawsze taka pogodna, taka uśmiechnięta, że swoim optymizmem potrafi zarażać inne osoby.
Nawet ja wczoraj zapomniałam przy niej o wszystkich moich problemach i czułam się naprawdę szczęśliwa i zrelaksowana, aczkolwiek przyznam, że trochę ta wyprawa po Krakowie mnie zmęczyła. Ale dałam radę, tak bardzo chciałam Marcie w miarę możliwości krótkiego czasu tak dużo pokazać……
Najpierw wypiłyśmy poranną kawusię w kawiarni Manga, gdzie dojechała ze swojego tymczasowego pobytu w Krakowie wraz ze swoimi znajomymi, którzy podrzucili ją autem w te właśnie rejony.
 

Potem z Martą pojechałyśmy autobusem w stronę miasta, aby pozwiedzać stary, poczciwy Kraków.
Pokazywałam jej nasze znane, zabytki, ale najbardziej zachwycił ją i mnie też, dziedziniec Collegium Maius, zwany także małym Wawelem.

Collegium Maius jest najstarszym budynkiem Akademii Krakowskiej, mieści się na rogu ul, św Anny i Jagiellońskiej.
Wiąże się on z rokiem 1400, gdy nastąpiła  odnowa Krakowskiej Akademii, wtedy król Jagiełło odkupił od rodziny z Rzeszotar narożną kamienice, która w ciągu  XV wieku rozbudowywana była dzięki  dokupywanym sąsiednimi kamieniczkami, a wnętrze  dziedzińca otoczono arkadowymi krużgankami   o kryształowych, późnogotyckich  sklepieniach. Nazwy Collegium Maius zaczęto używać od połowy wieku XV. Mieściły się tam sale wykładowe, biblioteki i mieszkania profesorskie.
Potem odwiedziłyśmy Rynek, podziwiałyśmy maszkary na Krakowskich Sukiennicach i wystająca ponad nimi wieżę Ratuszową.

Wysłuchałyśmy też hejnału z wieży Kościoła Mariackiego, który na cztery strony świata jest głoszony,  na pamiątkę tego zdarzenia, gdy właśnie dawno temu, krakowski strażnik, gdy zobaczył, że Tatarzy stoją u wrót Krakowa, na trwogę zaczął trąbić melodię, która w pewnym monnecie została przerwana, gdy ów dzielny człowiek został ugodzony strzałą podstępnego Tatarzyna. I teraz również po kilu odegranych taktach melodia hejnału zostaje nagle przerwana.

Oczywiście nie omieszkałyśmy sobie z Martą zrobić zdjęcia na Krakowskim Rynku, tuż obok „Adasia”, czyli pomnika Adama Mickiewicza, przy którym zawsze umawiają się i młodzi i nieco starsi  ludzie na spotkania.

 

W głębi zdjęcia widać dwie wieże Kościoła Mariackiego, budowane przez dwóch braci, niestety jeden z nich z zawiści, że drugiemu udało się w tym samym czasie wybudować wyższą wieżę, niż jego,  ugodził go śmiertelnie nożem, a replika tego noża wisi właśnie obok Kościoła Mariackiego.

Pokazywałam Marcie też stare, urokliwe wąskie uliczki Krakowa, przeszłyśmy od Rynku przez ulicę Grodzką, po drodze mijając zabytkowe Kościoły : Ojców Franciszkanów, Ojców Dominikanów, a potem już na ulicy Grodzkiej Kościoły, o których niedawno w swoim blogu wspominałam : Kościół Wszystkich Świętych z umieszczonymi przed nim  wspaniałymi rzeźbami świętych i Kościół św Andrzeja, przeszłyśmy  na moja najbardziej ulubioną,  urokliwą uliczkę Kanoniczą, na której mieszkał ongiś znany krakowski historyk i kronikarz Jan Długosz.
Ulica Kanonicza prowadzi pod Wzgórze Wawelskie.

Niestety miałyśmy już niewiele czasu na zwiedzanie Wawelu, ale przynajmniej z ulicy mogłyśmy podziwiać ten wspaniały królewski zamek z licznymi kaplicami, gdzie najsłynniejsza jest oczywiście Kaplica Zygmuntowska z zamieszczonym w niej Dzwonem Zygmunta, obwieszczającym zawsze o najważniejszych wydarzeniach w Krakowie. To właśnie Dzwon Zygmunta obwieścił Krakowianom wybór Kardynała Wojtyłę na Papieża, to on witał zawsze Jana Pawła II podczas Jego pielgrzymek do Krakowa, to on ogłosił nam tragiczną wiadomość o śmierci naszego Ukochanego Papieża Jana Pawła II.
Niedawno Dzwon Zygmunta zabrzmiał też w Krakowie podczas wizyty Ojca Franciszka, który przybył na Światowe Dni Młodzieży w lipcu tego roku.

Potem Plantami przeszłyśmy z Martą na  ulicę Franciszkańską 3, gdzie  mieści się  Pałac Krakowskich Arcybiskupów i pokazywałam Marcie słynne okno z którego przemawiał do młodzieży Jan Paweł II, a potem papież Benedykt XVI i papież Franciszek podczas swoich krakowskich pielgrzymek.
Weszłyśmy też na dziedziniec Pałacu, tam pośród wypielęgnowanych  kwiatowych rabat stoi okazały  pomnik Jana Pawła II.

 

Naszą wędrówkę po Krakowie zakończyłyśmy na Krakowskich Błoniach, gdzie Marta czekała na „odbiór” przez jej krakowskich przyjaciół.
To był bardzo udany dzień, ciepły i słoneczny no i oczywiście piękny przez naszą wspaniałą wędrówkę.
A gdy powiedziałam Marcie, że ilekroć jestem na tych wszystkich krakowskich placach i ulicach, zawsze czuję tę moją wielką miłość do Krakowa,  Marta powiedziała tylko : ja też czuję, że się w Krakowie zakochałam. Pięknie powiedziała, nieprawdaż?
Widać, że nasze miasto zrobiło na Niej olbrzymie wrażenie, rzeczywiście była nim zauroczona i szkoda tylko, że miałyśmy tak mało czasu do zwiedzania, bo tyle jeszcze ciekawych miejsc było do pokazania.
Może następnym razem uda mi się pokazać Marcie pozostałe urokliwe Krakowskie zaułki, krakowskie zabytki.
Oczywiście poczęstowałam Martę zakupionym słynnym krakowskim obwarzankiem, bo być w Krakowie i nie zjeść krakowskiego obwarzanka, to tak, jakby być w Rzymie i nie widzieć Papieża.
Jest to swoisty krakowski wypiek z ciasta najpierw gotowanego, a potem pieczonego z makiem, sezamem, serem, lub ze solą. Obowiązkowo każdy turysta powinien ten krakowski specjał wypróbować.
Miłego dnia moi Kochani życzę i wspaniałego i słonecznego całego miesiąca września.
Szczególnie pozdrawiam Martę, niech te dwa dni, które spędzi jeszcze w naszym pięknym Krakowie będą dla Niej miłe i pełne wspaniałych wrażeń