Niestety, to już koniec weekendu, koniec laby, zaczynamy nowy tydzień.
Tylko jakoś jesieni ciągle nie jest dosyć, po sobotniej, pięknej pogodzie wczoraj lało, było zimno i paskudnie.
Mimo to, w moim Parku Krakowskim znów urzędowali rycerze, dzielnie staczali boje, szczekając głośno mieczami, uderzającymi o zbroje.
No cóż, młodzi, mieli w sobie tyle werwy, pogoda nie straszna im była, jak na prawdziwych wojaków przystało.
No, ale przynajmniej coś ciekawego w Parku się działo, bo jakoś sennie i ponuro jest tam ostatnio.
Oczywiście nie było tych tracków z jedzonkiem, to nie ta pora, trzeba z tym do lata poczekać, ale kilku gapiów przystawało i przyglądało się tej „zajadłej walce”, tylko któremuś ze spacerujących piesków taka walka się nie spodobała, zaatakował wojaków, dopiero właściciel musiał pieska na bok odciągnąć i chyba mu wytłumaczyć, że ta walka to tylko na niby.
Bardzo cieszyłam się wczoraj, że nie muszę nosa z domu wyściubiać, nawet zdjęcia wojaków robiłam przez okno, bo walka trwała akurat na przeciwko mojej kamienicy.
Jak pisałam, było zimno i wcale nie chciało mi się nigdzie wędrować, zresztą nie miałam na to zbytnio czasu, bo miałam przecież gościa na obiadku.
Ugotowałam rzeczywiście przepyszny rosół, który podałam z kostką grysikową. Od razu przypomniały mi się dziecinne lata, bo właśnie bardzo często rosół z taką kostką u nas w domu podawano. A sprawa jest bardzo łatwa do zrobienia, trzeba tylko zagotować szklankę wody z odrobiną soli i wymieszać z drugą szklanką wody z rozpuszczonym nim grysikiem (około pół szklanki), pogotować 10-15 minut, aż grysik nabierze odpowiedniej konsystencji, dodać do tego łyżeczkę masła i pokrojoną drobno natkę zielonej pietruszki i wszystko to wylać na głęboki talerz, przepłukany zimną wodą i pozostawić aż do zastygnięcia. Gdy grysik jest już twardy, kroi się go w kosteczkę, wykłada na talerz i zalewa gorącym rosołem. Mówię Wam, pycha!!! Ma troszkę jednak inny smak, niż typowy rosół z makaronem.
Mięso z rosołu (pręgę) pokroiłam w plastry, położyłam na talerzu obok malutkich ziemniaczków , posypanych koperkiem (takie ziemniaczki można kupić w Tesco, smakują jak nowe ziemniaki), dodałam mini marchewkę ugotowaną na parze i polaną odrobiną masełka no i oczywiście mięsko polałam sosem chrzanowym. Jedzenie iście królewskie. Pyszne i dietetyczne, zdrowe.
Gdy nasze brzuszki nieco odpoczęły, zrobiłam nam po filiżance kawy z mlekiem i podałam do tego szarlotkę, tym razem już, nie na gorąco z lodami, jak kiedyś, bo i pora roku na lody jakoś nie kusiła.
Co prawda jeszcze przed południem miałam jedno całkiem niepodziewanego „gościa”, który jednak nie doznał zaszczytu odwiedzenia progu mojego mieszkania. Jakiś młody mężczyzna, co prawda przedstawił mi się przez domofon nazwiskiem i imieniem, chciał mnie nawracać na jakąś inna wiarę i chciał mi tłumaczyć sprawy, które są trudne podobno do zrozumienia. O, nie ze mną takie numery panie X, ja już jestem na tyle słusznego wieku, że wiele rzeczy już zrozumiałam i nikt mi w głowie zawracać nie będzie. A poza tym nikt obcy nie będzie się mi po moim mieszkanku kręcił, nie ma takiej możliwości!!!! Moje mieszkanie dostępne jest tylko dla osób, które znam i lubię, w dodatku nie boję się, że mi mieszkanie opędzlują.
Ale oczywiście VIP jest zawsze bardzo miło u mnie widziany i dlatego popołudnie minęło nam szybciutko i bardzo milutko, mam nadzieję, że VIP jest podobnego zdania?
Niestety, niedziela doszła już swojego kresu i trzeba było iść spać. Jedno co jest pewne, że śpię w moim nowym mieszkaniu jak suseł, w dodatku chodzę o wiele wcześniej spać, niż dawniej, na starym mieszkaniu i dłużej śpię. Może jest to zasługa braku żył wodnych w mieszkaniu (w starym niestety wiem, że w moim pokoju jednak były), może też i cisza za oknem (rzadko przejeżdża tędy auto), ale śpi się znakomicie. Co prawda zdarza się, ze w nocy czasami się przebudzę, ale prawie natychmiast zasypiam z powrotem, nie ma żadnego nocnego łażenia po mieszkaniu, a przecie nawet wtedy przynajmniej nikomu bym nie przeszkadzała.
Dzisiaj wstał nieco ponury poniedziałek. O słonku raczej nie ma co marzyć, grunt, że deszcz nie siąpi.
Czy doczekamy się jeszcze tej jesieni takiego pięknego i słonecznego dnia, jaki był w sobotę?
Wątpię, bo to sobotnie ciepełko związane było z Halnym, który sobie przez kilka dni wiał, a ten wiatr zawsze ocieplenie przynosi.
Trzeba przygotowywać się teraz na chłodne dni, tym bardziej, że prognozy na rychłą, bardzo mroźną zimę są niepokojące.
Ale nie martwmy się już na zapas.
Miłego poniedziałku i wspaniałego całego tygodnia życzę

