to jaki dzień tygodnia dzisiaj mamy???

 

AHA!!! oczywiście dzisiaj jest  ś  r  o  d  a  !!!  moja , przepraszam, nasza, czyli Uli i moja ukochana  ś  r  o  d  a  !!!!!

A więc jest okazja do ofiarowanie przeze mnie Uli następnej pięknej róży do kolekcji 🙂
HALLO Ulka!!!! Oto dla Ciebie ten przepiękny kwiat dzisiaj zamieszczam, wraz z ucałowaniami i serdecznościami z zalanego słonecznymi promyczkami Krakowa. Mam nadzieję, że i te promyczki też do Ciebie do Poznania dotrą, będzie Ci jeszcze bardziej wesoło, gdy tyle słonka na raz pojawi się na Twoim niebie.

A do tego jeszcze dołączam pyszną różaną herbatkę, bo taka w ten jesienny czas najlepiej smakuje, prawda????
Wypijmy ją więc dzisiaj razem, Ty w Poznaniu, ja  w Krakowie, ale też i tu wspólnie na moim Blogu

 

Popatrzcie tylko, jak szybko ten miesiąc listopad szybko przemija. W przyszłą środę spotkam się tu już z Ulą ….w grudniu.
I dobrze, że już przemija, bo to mój zdecydowanie  znielubiony miesiąc.
Teraz szczególnie, gdy drzewa już są całkowicie ogołocone z liści i tylko puste gałęzie powiewają na wietrze.

Wczoraj był znów cieplutki dzionek i nawet udało mi się na chwilkę na ławeczce przysiąść. Oczywiście nie za długo, bo mimo, że słonko świeciło, było leciutko chłodnawo, no przynajmniej mi, bo przecież  ostatnio jestem strasznym  zmarzluchem.
Ale zrobiłam też zdjęcie wysepki kaczuszek.  Ich basen jest już  całkowicie pusty, bez wody, nie licząc całej masy zeschłych liści, które pokrywają jego dno brunatnym dywanem liści.
Smutny to widok, a tak niedawno było tam zielono. Popatrzcie na zdjęcie, już widać na nim przejeżdżające alejami auta, widać domy, które jeszcze niedawne zasłonięte były drzewami. Pustką teraz wieje i smętnie się tak jakoś na duszy zrobiło.
No i te bardzo krótkie dni też raczej depresyjnie na człowieka wpływają.
Ale grunt to się nie poddawać. Chociaż takie misie to dobrze mają, zaszyją się gdzieś w swojej gawrze i całą zimę przesypiają. Nawet  ani jeść, ani pić nie muszą, mają  zapas własnego tłuszczyku, który pozwala im zimę przetrwać.
Ale człowiek nie miś i o jedzeniu pomyśleć musi.
Wczoraj zrobiłam mały kulinarny eksperyment i gotowałam coś z niczego.
Kiedyś, gdy byłam jeszcze dzieckiem, czytali mi taką bajkę o chłopie, który ugotował zupę na gwoździu.
Rzeczywiście na początku  wsadził on gwóźdź  do garnka, ale potem dodawał kolejno różne inne składniki, zasypał to wszystko krupami, a gdy zupa była już gotowa, gwóźdź wyjął, a resztę podał do jedzenia. Ale i tak się mówiło, że ugotował zupę na gwoździu. Co prawda gwoździa nie miałam, ale próbowałam coś wykombinować ze składników, które akurat posiadałam i…wyszła mi całkiem dobra zupa.
Ale po kolei : najpierw do gotującej się wody dodałam kostkę rosołową, a gdy ta się rozpuściła, wlałam do niej rozbełtane jajko ze tartym żółtym serem, wkruszałam trochę sera Lazur i na końcu zabieliłam zupkę  mlekiem zagęszczonym, oczywiście nie słodzonym.
A gdy zupa była już gotowała, przelałam ją do mojego garnuszka na zupę ( już takich chyba teraz nie sprzedają???) i dodałam groszek ptysiowy, mówię Wam, pycha.
Oczywiście nie tak do końca była to całkowita moja inwencja, bo przypominam sobie, że moja przyjaciółka Majka, gotowała czasem swoim domownikom zupę serową, z tym, że robiła ją ze serków topionych, które rozpuszczała też właśnie  podobnie jak ja, w bulionie z kostki. Oczywiście można ugotować rosołek na kurzej nóżce i jarzynkach i dopiero dodawać te serki, ale na to trzeba mieć troszkę więcej czasu, ja byłam już bardzo głodna, więc musiałam  ugotować  coś „na szybko”.
Jeżeli to danie ma być bardziej ekskluzywne, można oczywiście te zupę lekko zagęścić na przykład zasmażką, albo ewentualnie rozbełtaną śmietaną z mąką (wtedy nie dodawać już zagęszczonego mleka) i zmiksować, powstanie wtedy zupa krem, która można podawać właśnie z groszkiem ptysiowym, albo z delikatnymi kluseczkami.
Ciekawa jestem, czy ktoś się na mój przepis „załapie” Zawsze taki przepis na szybkie danie się przyda, nieprawdaż?

i jeszcze coś ciekawego na zakończenie mojego dzisiejszego bloga.
Przeczytałam dzisiaj rano w Polityce bardzo ciekawy artykuł o chorobie Alzheimera, który polecam gorąco, przecież wielu moich Czytelników jest już w tym okresie zagrożenia   tą chorobą:

http://www.polityka.pl/tygodnikpolityka/spoleczenstwo/1542645,3,alzheimer-jak-sie-przygotowac.read

 

Kiedyś (pisałam już chyba o tym) oglądałam wspaniały film „Still Alice” poruszający sławnie tej chorobie – główna bohaterka, wykładowczyni na Howardzie,  nagle zaczyna sobie zdawać sprawę z tego, że zapada na tę chorobę . Na początku jest przerażona taką świadomością, pomału jednak do niej musi się jednak przyzwyczajać, albowiem raz wydany już wyrok nie jest możliwy do anulowania.
W tym artykule, do którego dołączyłam link opisana jest rehabilitacja w ośrodku w Ścinawie osób, których choroba pomału, ale bardzo podstępnie dopadła.
Niestety, tak jak jest w artykule napisane, choroba ta umieszcza się w głowie chorego i atakuje pomału jego neurony nawet o 20 lat wcześniej od momentu, gdy już wyraźnie jest rozpoznawalna.
Niestety nie ma na nią skutecznego lekarstwa, nie można jej zatrzymać, najwyżej co, można ją spowolnić przez odpowiedni tryb życia, przez proste ćwiczenia, które można samemu przeprowadzać, chociażby przez czytanie książek, rozwiązywanie krzyżówek, rozmowy z rodziną i  ze znajomymi, przez wspomnienia, chociaz te ostatnie mogą być zgubne, gdyż osoby, które na tę chorobę zapadły, bardo długo mają jeszcze tak zwaną pamięć wsteczną, gorzej, gdy ta pamięć dotycząca teraźniejszości zaczyna szwankować. Ale i na to jest „lekarstwo” – marzenia.
Tak, marzenia, które pozwalają  coś zaplanować, co prawda nie o końca zawsze może się to spełnić, ale zawsze jest możliwość do powrotu do nich, a jest to takie przyjemne uczucie, wydziela się bowiem wtedy w mózgu hormon szczęścia – endorfina, który ma pozytywny, kosmetyczny wręcz wpływ na nasze mózgowie.
Magda zawsze twierdzi, że jeżeli intensywnie marzysz, to zawsze kiedyś zostaje ono spełnione.
Coś w tym jest prawdy – tak dawno marzyłam, że kiedyś będę miała swoje własne mieszkanie i……… mieszkanie co prawda nie jest moje własne, ale przynajmniej osobne, spokojne, bezstresowe…….
I bardzo cieszę się tym, co mam, bo może kiedyś nadejść czas o wiele gorszych zdarzeń, a wtedy…. ale co się będę martwić na zapas.
Dobrze jest, jak jest. Chociaż gdybym tak jeszcze w Lotka wygrała……. pełnia szczęścia byłaby całkowicie osiągnięta. Już bym wiedziała, jak spożytkować taki majątek. Ale póki co, ostatnio nawet „trójki” trafić jakoś nie mogę……

Nastał następny przepiękny i słoneczny dzionek, więc życzę wszystkim naprawdę przyjemnej, pięknie jesiennej środy 🙂 🙂 🙂

 

Kirdy