I tak już musi pozostać.
Zaczynam bardzo lubić te niedziele, bo mogę dać wtedy upust swoim kulinarnym zdolnościom.
Najpierw jest planowanie, czyli kilka dni wcześniej myślę, co by tu dobrego na niedzielę przygotować.
Druga faza to zakupy, wszystko musi być sprecyzowane i doprowadzone do końca, nie ma prawa czegoś mi zabraknąć.
Potem przychodzi wstępne gotowanie, czyli przygotowywanie i podgotowywanie dania, które potem będzie dopiero wykończane.
No i oczywiście na końcu, gdy wszystko jest gotowe, przychodzi moment na dosmaczanie, czyli próbowanie smaku każdej potrawy i ewentualnie uzupełnianie jej odpowiednimi przyprawami.
A potem, gdy już wszystko jest ugotowane i odpowiednio dosmaczone, przychodzi czas niecierpliwego oczekiwania na gościa, oczywiście,muszę dodać skromnie, oczekiwanie na pierwsze oceny. Miło mi będzie, gdy będą ochy i achy 🙂
Ale skoro mi jakaś potrawa smakuje, jest to znakiem temu, że i mój gość będzie ukontentowany.
Tak więc przygotowywanie rozpoczynam już dzień wcześniej, przygotowując zupę, a także doprawiając odpowiednimi przyprawami mięsko, aby w lodówce dobrze wszystko przeszło wszystkimi pysznymi smakami.
Tym razem będzie to…….. o nie, teraz nie napiszę, VIP przecież czyta blog, a to ma być kolejna niespodzianka.
No to powiedzcie sami, czy to wszystko nie jest frapujące?????
Ale i tak musiałam wstać wcześniej rano, bo mięsko wymaga odpowiedniego czasu pieczenia, a ja, cóż, wstyd się przyznać, jeszcze nie do końca poznałam tajniki mojego piekarnika i boję się, żeby nie zrobił mi jakiegoś psikusa. Nie mogę przecież się zblamować przed moim gościem!!j, Musiałam obudzić się więc w tak odpowiedniej godzinie, aby zdążyć z obiadem na czas.
I pierwsze co to….wywaliłam korki. Oczywiście zapomniałam, że nie mogę włączać i kuchenki i czajnika elektrycznego na raz.
No i problem, gdzie tu te cholerne korki włączyć, ciemno w przedpokoju, nic nie widzę… sprawdziłam dokładnie, wszystko wydawało mi się prawidłowo włączone. Sprawdziłam nawet bezpieczniki na korytarzu, tam też wszystko działało.
Musiałam udać się po pomoc do sąsiadów, bo inaczej groziło mi, że obiad jednak się nie odbędzie.
Jak dobrze mieć sąsiada, jak dobrze mieć sąsiada – oczywiście okazało się, że jednak jeden bezpiecznik w mieszkaniu był niewłączony, po prostu, mówiąc po laicku, wywaliło go.
Całe szczęście, że to nie była jakas groźna awaria, bo już chciałam pogotowie elektryczne wzywać…… żartowałam oczywiście, aż tak źle nie było.
Ale pełna zadowolenia od razu udałam się do kuchni, by kończyć moje dzieło.
Mam nadzieję, że żadnych perypetii z tym moim gotowaniem ju więcej nie będzie.
A swoją drogą bardzo kłopotliwe jest to, ze nie mogę na raz włączać dwóch elektrycznych stanowisk. Miał przyjść co prawda elektryk i jakoś przerobić tę puszkę z bezpiecznikami, niestety, chyba się nie doczekam. Może będę musiała zrobić to we własnym zakresie. Bo przecież tak łatwo jest zapomnieć się i włączyć to co nie trzeba i kłopot wtedy się rozpoczyna. Jednak od czasu do czasu złota rączka by w domu się przydała, tylko gdzie takiej szukać?
Ponurą i chłodną jesień już mamy, można rzec, że to nawet nadszedł przednówek zimy, bo od jutra zapowiadają opady śniegu.
Dzisiaj na szczęście nie muszę z domu wychodzić, ale jutro…….
No dobra, zima też jest porą roku, niezbyt może przyjemną, bo zimną, białą i śliską, ale mam wyrozumiałość dla tych, którzy śnieg uwielbiają i tu mam na myśli nie tylko dzieci, lepiące bałwany (tylko po co, skoro i tak ich w rządzie aż nadto mamy), nie tylko pieski, które też uwielbiają w śniegu baraszkować, ale przede wszystkim wszystkich narciarzy i snowboardzistów, dla których właśnie narciarski raj teraz nastaje. Poświęcę się jakoś, zacisnę zęby i będę trwać jakoś, byle do wiosny!.
A propos, pies, wczoraj po parku wędrował jakiś pies, który wydawał z siebie jakiś potworny głos, ni to było wycie, ni szczekanie… nie, pies nie był sam, miał koło siebie co najmniej dwóch właścicieli, więc nie rozumiem, co było powodem tego wycia. Ten głos był tak przejmujący, że człowiekowi (czyli mi) wydawało się, że ktoś temu psu wyrządza jakąś olbrzymią krzywdę, ale nie, piesek sobie po prostu spacerował i ….wył. Nawet gdy minęłam już park, jego donośny wyjący głos było słychać z oddali. Jeżeli ten piesek (no, powiedzmy po prawdzie, olbrzymi, włochaty pies) w ten sposób wyraża swoje uczucia na co dzień, można tylko współczuć właścicielom, chociaż i panu tez już ten głos zaczął przeszkadzać, bo starał się go jakoś uciszyć, niestety nieskutecznie.
A ponieważ wczorajszy dzień też pogodowo był nieciekawy i chyba w dodatku spadło ciśnienie, całe popołudnie sobie pospałam. Co prawda nie miałam tego wcale w planie, ale gdy tylko weszłam pod kocyk na moim tapczaniku i zaczęłam oglądać film, poczułam, jak sen mnie ogarnął i wcale z nim nie walczyłam.
A ponieważ Święta tuż, tuż, puściłam sobie film związany z tym okresem, amerykańską komedię pt „Świąteczne zaręczyny”
Tuż przed Świętem Dziękczynienia dziewczyna dowiaduje się od swojej sympatii, że właściwie on nie jest jeszcze duchowo przygotowany do zmiany stanu rodzinnego, w związku z tym odmówił dziewczynie wspólnej wizyty w Dzień Dziękczynienia w jej rodzinnym domu. Co tu robić, skoro rodzice są poinformowani, że córka przyjedzie z narzeczonym do rodzinnego domu, by wspólnie to święto spędzić, a matka dziewczyny jest pełna szczęścia, że jej córka nie pozostanie jednak starą panną (czy stare panny, to gorszy rodzaj kobiet???)
Trzeba wtedy znaleźć kogoś, kto będzie udawał narzeczonego, znanego już zresztą rodzinie z imienia i nazwiska. A ponieważ jest to zupełnie ktoś inny następuje wiele postępujących po sobie Qui pro quo i spore z tym zamieszanie. Tym bardziej, że nagle w rodzinnym domu dziewczyny pojawia się prawdziwy narzeczony. Była to bardzo przyjemna komedia, więc z przyjemnością oglądnęłam ją sobie późnym wieczorem, już starając się nie usnąć, co z trudem, ale mi się nawet udało. Tylko w związku z tym znów późno poszłam spać, a dzisiaj popołudniu nie będzie już czasu na drzemkę.
Miłej niedzieli moi Drodzy Wam życie, przy pysznej poobiedniej kawusi, przy kominku, nad dobrą książką….. DO JUTRA!!!
