no może dwa dni….
Wczoraj zatelefonowała moja Koleżanka z Liceum, Maryla i zaprosiła mnie na spotkanie 3 czerwca z naszą klasą z okazji pięknej, okrągłej rocznicy przekroczenia naszego Rubikonu, czyli granicy dojrzałości, uwieńczonej egzaminem maturalnym.
Boże, kiedy to było? Przykro mi było, gdy dowiedziałam się, że już kilka naszych Koleżanek z klasy nie żyje, może to będzie już nasze takie ostatnie spotkanie, tym bardziej trzeba będzie na nie iść. Ale jeszcze mam czas na podjecie ostatecznej decyzji, tym bardziej, że organizatorzy wpadli na całkiem dobry pomysł, mianowicie nie będzie zbiórki „wpisowego”, albowiem doszli do wniosku, że nie każdy lubi kotlet schabowy z kapustą, więc każdy będzie sam sobie zamawiał jedzenie a’la kart i sam sobie za zamówione danie (pitne lub w stanie stałym) będzie płacił.
To akurat bardzo mi odpowiada, albowiem jak wiecie, nie wszystko mój żołądek przyjmuje z entuzjazmem.
Oczywiście na pewno nie obędzie się bez napojów alkoholowych, bo kto taką piękną rocznicę „na sucho” by obchodził, ale tutaj też wykażę umiar, tym bardziej, że już od dłuższego czasu alkoholu raczej nie toleruję, no może być na przykład kieliszek czerwonego wina, czy jakiś niewielki drink.
Ale nie jedzenie jest przecież w takim spotkaniu najważniejsze, przyjeżdża na to spotkanie kilka osób mieszkających poza Polską, więc spotkanie powinno być ciekawe. Ale nie wiem, czy do końca akurat dla mnie będzie ono takie miłe.
Trzeba przyznać, że specjalnie emocjonalnie nie byłam zbyt związana z moją klasą, większość z nich znała się wcześniej, albowiem wspólnie chodzili do szkoły podstawowej mieszczącej się w tym samym budynku i w większości przeszli do klasy licealnej (oczywiście wcześniej zdając odpowiedni egzamin).
Byłam więc w ich mniemaniu osobą nową, a prócz tego niestety miałam tę nieznośną wadę, nielubianą przez młodzież, byłam gruba.
Nie mogę uogólniać, były tam osoby, które nawet lubiłam, ale raczej nie utrzymywałam z nimi pozaszkolnej znajomości. Tym bardziej, że nie był to zbyt szczęśliwy dla mnie okres mojego życia, albowiem przez jakiś czas musiałam mieszkać w Bursie prowadzonej przez Urszulanki – to był „wspaniały ” pomysł mojej macochy, na który niestety mój Tata, nie wiem czemu, się zgodził. Na szczęście nie trwało to zbyt długo, pewnego dnia podjęłam decyzję, że po to mam rodzinny dom, aby tam mieszkać i nikt mnie z niego usuwać nie ma prawa. Zabrałam więc swoje rzeczy, wsiadłam w tramwaj i ku radości mojego Taty wróciłam do domu. Już więcej nikt do tego tematu nie powracał. Znów byłam szczęśliwa, bo nie musiałam wykonywać dziwnych poleceń niezbyt sympatycznych Sióstr i w pewnym sensie ich indoktrynacji. No i najważniejsze, w X klasie miałam kłopoty z panią profesor od fizyki, tradycyjnie, jak to młodzież i teraz mawia, mogę powiedzieć, że się na mnie uwzięła, więc dostałam warunkową promocję do klasy XI (czyli maturalnej) z zaleceniem zmiany liceum. Tak też i mój ojciec uczynił, zabrał mnie z tego liceum i zdawałam maturę już w całkiem innej szkole licealnej, zresztą bez żadnych kłopotów i co najważniejsze, bez straty roku.
A może mi się tylko wydawało, że było tak źle, skoro jednak Maryla mnie zaprosiła na to spotkanie?
Chociaż pamiętam ostatnie takie nasze spotkanie, oj chyba z 10 lat temu i wtedy też nie za bardzo na nim dobrze się czułam, jakaś nadal czułam się odosobniona. Dlatego wczoraj w pierwszym momencie odpowiedziałam na zaproszenie raczej odmownie, ale w trakcie rozmowy telefonicznej z Marylą podjęłam decyzję, że jednak się tam pokażę, co najwyżej mogę posiedzieć godzinkę i wrócić do domu, jeżeli uznam, że nie pasuje mi to towarzystwo.
Ale przynajmniej się pokażę, chyba nikt się nie spodziewa, że uległam takiej metamorfozie, że już nie jestem gruba, a raczej „normalna”.
Nawet Maryla to zauważyła. bo szukała mnie na Face Booku i po obejrzeniu mojego zdjęcia na profilu nie była pewna, czy ja to na pewno ja,
Odpowiedziałam jej, że tak, na pewno to jestem ja, tylko nieco zmieniona.
No i dobrze. Pójdę jeszcze do fryzjera, może kupię sobie jeszcze na tę okazję jakąś szałową kieckę i ja im wszystkim jeszcze pokażę. A co????? Niech się dziwują i podziwiają 🙂 Nie muszą oczywiście wszyscy wpadać w zachwyt nad moją skromną osobą, nie muszą mnie też nagle szalenie kochać, bo i tak jestem taka, jaka jestem, jeżeli ktoś toleruje moją osobowość, to dobrzej, jeżeli nie toleruje, to też dobrze, jego prawo, tylko teraz ja już takimi szczegółami się wcale nie przejmuję. Znam swoją wartość, swoją cenę i tak łatwo jak kiedyś w kompleksy nie dam się już wpędzić.
Jednak wiek dojrzały ma tę przewagę nad młodością, że człowiek nabiera coraz większy dystans do otaczającego go świata i im jest starszy, tym łatwiej jest mu przechodzić nad niektórymi faktami do porządku dziennego.
Może ktoś powiedzieć : nie miałaś łatwego życia Ewa, faktycznie, wcześnie straciłam Mamę, potem przeżyłam ożenek mojego Ojca, którego kochałam nad życie i starałam się rozumieć wszystkie jego posunięcia, nawet te, które nie za bardzo mi się podobały, potem przyszła też przedwczesna śmierć mojego Taty, straszna choroba mojej siostry, która długie miesiące spędzała w kolejnych szpitalach, a ja zajmowałam się jej małymi jeszcze wtedy dziećmi, Marcinem i Magdą, a gdy życie wydawało mi się jako tako ułożone, znów dostałam cios w postaci śmierci najpierw mojego brata, potem mojej siostry.
Ale cały ten czas trwałam, nie poddawałam się i właściwie mogłabym rzec, że dopiero w ciągu ostatnich dwóch lat znów moje życie wyszło na prostą, najpierw przez podjęcie decyzji o mojej operacji bariatrycznej, która wspaniale zmieniła moje życie, no a w ubiegłym roku przez moją przeprowadzkę na nowe mieszkanie, gdzie osiągnęłam spokój i w sumie zadowolenie. Nie było może na początku tak łatwo przyzwyczaić się do tej zmiany, przecież całe dotychczasowe życie zawsze mieszkałam z rodziną, ale w sumie okazało się, że takie samodzielne zamieszkanie bardzo pozytywnie wpłynęło na moją psychikę A teraz znów drżę, aby nie przyszedł jakiś zły moment, który ten mój spokój zrujnuje.. ..
Ale kto znów z nas miał takie lekkie, beztroskie życie, przecież już pisałam, że ono nigdy po różach bez kolców nie biegnie.
Wczoraj wieczorem znów spadł śnieg. I to padał całkiem wielkimi płatami, więc dzisiaj za oknem znów mam biały horyzont. Drzewa pokryte białą pierzynką wyglądają nawet całkiem sympatycznie, alejki parku znów są zaśnieżone, chociaż dwa dni temu kroczyłam po nich „suchą nogą” Nie wiem, jak długo taka pogoda się utrzyma, bo podobno dzisiaj ma słonko zaświecić, przynajmniej tak mówi prognoza, wszystko więc zacznie się topić, tym bardziej, że temperatura jest w granicach zera stopni. I bardzo dobrze, wcale za tą białością nie optuję, wolałabym raczej, aby mój wzrok mógł już padać na zielony, piękny trawnik, na zielone listeczki…..l. No i wcale nie mam ochoty podkuwać moje buty, mimo, że to luty.
2 lutego Kościół Katolicki obchodzi święto Ofiarowania Pańskiego, na pamiątkę ofiarowania przez Maryję i Józefa ich pierworodnego syna Jezusa w świątyni jerozolimskiej.
W polskiej tradycji 0bchodzimy też święto Matki Bożej Gromnicznej, dzisiaj w kościele święcimy gromnice, które nam towarzyszą od narodzenia, aż do chwili śmierci.
Dobrą wiadomością jest to, że od 2 lutego szczególnie szybko przybywa dnia i dzisiejszy dzień jest już dłuższy od najkrótszego dnia, czyli od 21 grudnia, już o cała godzinę.
A więc cieszmy się tym przybywającym nam dniem, łapmy każdy promyczek słońca, które już próbuje zza chmurek pokryć mój biały park.
To na pewno będzie wspaniały dzień, czego wszystkim z serca życzę
