Teraz codziennie rano muszę zażywać aż 10 tabletek rano, a wieczór już tylko 3 tabletki. Oczywiście dodatkowo piję ten kolagen na stawy, o dziwo, na prawdę pomaga, kolanko można by powiedzieć prawie w ogóle nie boli. Przynajmniej spokojnie rano mogę z łóżka wstać, bez obawy, że zaraz ból mnie powali.
Ale czy nie można by wymyślić jakiejś jednej tabletki na wszystkie choroby? Byłoby łatwiej to zażywać. Więc co rano przygotowuję sobie całą dawkę, zupełnie jakbym była pielęgniarką w szpitalu, przygotowująca dla chorego lekarstwa do zażywania.
A na co je zażywam? Na kolana, na kości, na stawy, na na żołądek, na jelita i na to, żeby nie mieć kręciołka we łbie też. Jednym słowem….na starość.
No i tak się tego sporo uzbiera co rano. Zanim te leki sobie przygotuję, muszę się psychicznie pozytywnie nastawiać, bo sama myśl o nich już sprawia, że zaczynam mieć doła.
Mój żołądek podchodzi mi na wszelki wypadek do gardła, a w głowie moje myśli krzyczą: NIE, ŻADNEGO LEKU NIE ZAŻYWAM DZISIAJ!!! Ale jakoś pomału się uspokajam i przystępuję do tej porannej, przyznaję, że znienawidzonej czynności.
Brrr, dzisiaj mam to już za sobą, aż do wieczora.
Jutro zacznę się tym martwić od początku.
Wczoraj była u mnie Renia i wypowiedziałyśmy wojnę wszystkim latającym owadom w moim domu. Matko, ile tego drobiazgu siedziało w moich kaszach, ryżach, a nawet, co ciekawe, w cukrze pudrze. Miały się chyba świetnie, bo jedzonko miały przednie, teraz niestety dla nich, wylądowały na śmietniku.
Nie można jednak magazynować niczego w domu, trzymać na zapas, na gorsze czasy, bo tylko stwarza się w ten sposób raj dla tych okropnych moli.
Również przez otwarte okno wpadają takie małe robaczki, które siedzą cichutko potem w kącie pod sufitem i dobrze się tam mają, pewnie uciekają już przed jesienią, ale i ich też przy pomocy odkurzacza wczoraj się pozbyłyśmy, tak więc na razie insektów u mnie w domu brak.
Za oknem niestety szarość, cóż, nie zawsze słonko świecić może, nie tylko na firmamencie, ale i w życiu. Obudziłam się dzisiaj w jakimś nieco pesymistycznym nastroju, chociaż przecież można powiedzieć, że spałam prawie całkiem dobrze.
Chyba ta szarość jednak tak na mnie niepomyślnie działa, muszę się jakoś zebrać w sobie i już, przegnać te muchy z nosa, chociaż ich akurat odkurzaczem nie da się przegonić.
Czasami jest tak, że same tematy pchają mi się pod palce, dzisiaj jakoś żadna koncepcja w moim śpiącym ciągle, mimo wypitej porannej kawy mózgu nie chcą się pojawiać.
Pozostaje mi tylko miłego czwartku życzyć
