Jeszcze tylko zrobię bukiet z krokusów, czy narcyzów, jeszcze tylko upiekę tort miłosny, jeszcze tylko zrobię jogurt z rodzynkami i…już północ dawno minęła, a ja głupia ciągle na tej farmie siedzę. Rano, ledwie oczy otworzę, znów na moją fermę gnam i od początku zaczynam tam urzędowanie.
Po jaką cholerę ja w tę grę się wpakowałam. Musze jeszcze to, jeszcze muszę tamto…nie prawda, nic nie muszę. Mogę najwyżej grę wyłączyć i mieć święty spokój. I chyba tak zacznę robić, bo ta gra zamiast przyjemnością stała się jakimś moim koszmarem. Dobrze, że nie zapominam jeszcze o jedzeniu, bo pewnie głodem bym przymarła, ale gdy człowiek widzi te dobrocie, które tam wyrabia, sam apetyt powraca.
Ale tak serio mówiąc, dałam się troszkę wrobić w te maliny (je te zresztą zbieram na dżem i na jogurty i soki) z tą gra, trzeba troszkę odpocząć.
Dzisia rozpoczynamy nowy tydzień.
Jest zimno, nawet całkiem zimno, około 7 stopni, nie wiem, czy pora nie pomyśleć już o grubszej kurtce? No a buty? Te z zeszłego roku już wyrzuciłam, podeszwa całkowicie się odkleiła, muszę kupić owe botki, najlepiej takie typu Emu, bo one są niezwykle dla mnie wygodne.
A zresztą z moich wpisów wiecie, że dla mnie wygodny but, to podstawa. Podziwiam te wszystkie kobiety, które na szpilach chodzą, nawet w największą ślizgawicę.
Ledwie te stópki na lodzie kładą, bo rozjeżdżają się wtedy nogi, każda w inną stronę. Nie mogę patrzeć na te kobiety na szczudłach, ale cóż, nie każdy może być ekwilibrystą. Mnie tam zresztą wcale nie potrzeba ani lodu, ani szczudeł, żeby się wywalać, całkiem dobrze mi to wychodzi nawet na suchym podłożu i to w dodatku w butach na płaskich obcasach.
A że potem cierpię?? No cóż, takie jest życie, właściwie całe życie to jedno wielkie cierpienie.
Już nie mam cierpliwości, sąsiad od samego rana nadal remontuje to swoje mieszkanie, Wrrr, stuk, puk, wrrr, na zmianę z górnego piętra dochodzi, teraz już wiem, czemu budzę się z bólem głowy. Remont trwa już chyba blisko miesiąc i końca jego nie widać. Mam tylko nadzieję, że nikt temu sąsiadowi nie pozazdrości i nie zacznie remontu w następnym mieszkaniu, bo chyba wyjdę z siebie i stanę obok.
Po prostu, brakuje mi już cierpliwości. No to uciekam już z domku, bo tu się nie da wytrzymać.
Co prawda na ulicy zimno, już sama nie wiem, co jest lepsze, co gorsze. Przynajmniej w pracy nie będą (chyba) stukać, pukać żadnymi remontowymi przedmiotami.
No chyba, że będę miała pecha, tfu, odpukać w niemalowane drewno.
Miłego poniedziałku, miłego całego tygodnia
