a ja jestem….samochwała…..Ale ktoś w końcu musi mnie od czasu do czasu pochwalić, prawda?
Od czasu do czasu trzeba zadbać o swoja fryzurę.
Wczoraj własnie był taki dzień, w którym odwiedziłam panią Krysię – moją fryzjerkę i panią Elę – moją pedikiurzystkę.
No i teraz całkiem inaczej się czuję.
Jednak co dobra fryzura, to i dobry humor.
Już nie mówiąc, że spory spacerek wczoraj uskuteczniłam, bo po tych zabiegach na moich schorowanych stópkach całkiem mi się dobrze chodziło.
Pomimo deszczu siąpiącego z nieba. Proszę, jak nie wiele kobiecie do szczęścia brakuje.
Może ten świat, mimo jesieni, nie jest taki zły?
Mam dylemat. W sobotę jest następne klasowe spotkanie w restauracji tej, co kiedyś. Tym razem jest ono związane ze spotkaniem z naszym kolegą Markiem, zresztą znanym euro – politykiem, który niestety na czerwcowe spotkanie przybyć nie mógł i teraz wyraził nadzieję na nasze klasowe rozmowy. No to skąd u mnie ten dylemat?
Rozpatrzyłam wszystkie za i przeciw, abym na to spotkanie pobieżała i niestety więcej było sprzeciwów.
Po pierwsze, aż tak bardzo za nimi się wcale nie stęskniłam, już ich wszystkich (no z wyjątkiem (Marka) widziałam kilka miesięcy temu, wystarczy na następne lata, a może i na nigdy już??? W końcu nigdy za nimi aż tak nie przepadałam i bez tego towarzystwa nadal świetnie mi się będzie żyło.
Na razie ich mam na tę chwilę, dość.
Po drugie i tak nie zamieniłabym pewnie z Markiem więcej, niż dwóch, trzech słów, jako, że jest to osoba znana, publiczna, na pewno będzie oblegana przez innych, ja pchać się do kółeczka nie zamierzam. Po trzecie znów musiałabym po tych nieszczęsnych schodach bez poręczy schodzić, albo czekać na pomoc, nie chce z siebie robić jeszcze większej sieroty, niż nią jestem. A jestem i nic na to nie poradzę.
No i w końcu, jeżeli będę w tej restauracji, wypadałoby coś do jedzenia zamówić, a mnie niestety restauracyjne jedzonko wcale nie odpowiada.
Ostatnio, gdy tam byłam, wzięłam sobie jak pamiętacie zapewne, pstrąga, ale też nie było to danie – moje marzenie.
Takie jedzenie po prostu „śmierdzi” mi restauracją, jakimiś dziwnymi przyprawami, nieświeżym tłuszczem. A ostatnio niestety mój brzuszek robi się coraz bardziej wybredny, co raz więcej potraw po prostu nie trawi. No i co mu zrobię? Nic, muszę go „słuchać” i jeść dietetycznie, bez żadnych „restauracyjnych wynalazków”
Przyznam, że kiedyś wizyty w restauracji (oczywiście od czasu do czasu) były dla mnie przyjemnością, teraz naprawdę wolę sobie ugotować bułkowo – grysikowe kluski na rosołku, nie ma to jak domowe jedzonko.
A i to czasami zawodzi, bo ostatnio mój brzusio odkrył, ze nie lubi…chrzanu. A ja tak lubię sztukę mięsa w sosie chrzanowym.
Nie wiem, jak do niektórych potraw moje brzusio przekonać, grymaśnik z niego się zrobił.
A jak robię te kluseczki? Prosta sprawa. W garnku rozkręcam łyżkę Ramy, dwa jaja, dodaję troszkę manny, trochę bułki tartej, wszystko razem mieszam i wrzucam łyżką na gotujący się rosół, mówię Wam, pycha, nic więcej nie potrzeba do jedzenia, przynajmniej dla mnie.
Ale wracając do meritum, jednak raz jeszcze podsumowując wszystko, postanowiłam, że zdecydowanie szkolne sobotnie spotkanie sobie odpuszczam.
Może kiedyś….. może nigdy……
Słuchajcie, pogoda nam zdecydowanie się za to poprawia. Dzisiaj w Krakowie na termometrze prawie całe 12-13 stopni. Co prawda na razie bez słonka, ale mam nadzieję, że jeszcze zdąży nam się ono pokazać.Ale przynajmniej deszcz nie siąpi, no i chłód nie smaga, nie muszę dzisiaj w ciepłym golfie paradować. HURRAAA!!!
No to fajnego czwartku życzę.
Własnie słoneczko zza chmury wychynęło…….
Świat nie jest taki łzy….świat nie jest wcale zły…..
