Drzemię sobie wczoraj popołudniu, bo pogoda nie szczególna, nawet kawa nie pomagała na zamykające się powieki, już nie mówiąc o dokuczającym przy takiej deszczowo – śnieżnej aurze kolanku, a tu nagle….
Dzwonek domofonu zerwał mnie prawie na równe nogi, no prawie, bo najpierw musiałam wygimnastykować chwilkę swoje kolanko w powietrzu – zgięcie – wyprost – zgięcie – wyprost, dopiero mogę wstać i do domofonu podejść.
Przez moment myślałam, że to może Maciek przyszedł, bo On o takiej potrze po pracy własnie mógłby się u mnie zjawić, obiecał złożyć mi ten stolik pod laptop, ale nie….to tylko ministranci zadali mi pytanie „czy przyjmie pani księdza po kolędzie”???
„A kiedy” grzecznie pytam i słyszę odpowiedź za „jakieś 10 minut”
Oczywiście, odpowiedziałam i….. zaczęło się…..
No masz, od dwóch dni sprawdzałam w komputerze na stronie naszej parafii, kiedy ma się odbyć ta wizyta duszpasterska, ale pośród różnych ulic mojej nie znalazłam.
A cały czas miałam w głowie, że muszę poszukać jakąś pustą kopertę, aby odpowiednią ofiarę potem księdzu złożyć.
A tu mnie całkowicie zaskoczyli, byłam nieprzygotowana.
Oczywiście nerwowo wyrównałam łóżko, na którym jeszcze dopiero co sobie leżałam, wyjęłam kropidło i krzyżyk z szafki ( no w tym roku przynajmniej krzyżyk miałam, nie tak jak na poprzedniej Kolędzie), w pośpiechu nie mogłam znaleźć żadnej świeczki, którą bym mogła zapalić, już nie mówiąc o tej kopercie, która gdzieś zamelinowałam. Zrobiłam więc mały nieporządek w starych listach, bo tam podejrzewałam leżą sobie i niewinnie czekają te puste koperty, ale nic nie znalazłam, a tu…..dzwonek do drzwi, Ksiądz i dwóch ministrantów już do mego mieszkania wchodzi.
No cóż, świeczka nie zapalona, dobrze, że chociaż świeciła się moja mała choineczka, koperty nie ma, pieniądze schowane w…. mniejsza o to gdzie, a Oni już wchodzą do drzwi i rozpoczęła się wspólna modlitwa. Przyznam, że sytuacja mnie przerosła, byłam całkiem zdenerwowana, ale po modlitwie ministranci grzecznie sobie poszli, a ja zostałam chwilkę na rozmowie z księdzem. Nie można powiedzieć, był bardzo grzeczny i miły, jak to chyba w stosunku do starszej pani wypadało być, bo ciągłe mnie o moje zdrowie pytał.
Ja tu mu opowiadam, że jestem już seniorką rodu, ba, nawet jestem ciocią prababcią kochanej Zeldusi, która tez mnie już odwiedza, moje rodzeństwo już nie żyje, ale z ich dzieci spędziłam czas świąteczny w Modlnicy i było bardzo miło, a on ciągle tylko pytał, „ale jest pani zdrowa”?
Pewnie, o czym można porozmawiać ze starsza w końcu panią na Kolędzie? Całe szczęście, że nie o polityce chciał rozmawiać, ani nawet na przykład nie spytał, czy byłam na „Klerze”.
W końcu film, to film, pokazywał prawdę, ale przecież nie każdy ksiądz musi od razu być taki jak na tamtym obrazie, prawda?
Ten był całkiem sympatyczny, więc i ta krótka wizyta (na szczęście, bo zaraz rozpoczynał się „Klan”) w całkiem miłej atmosferze upłynęła.
Tylko cały czas byłam zestresowana, co mam zrobić z tą nieszczęsną ofiarą, przecież nie dam księdzu samego banknotu do ręki, bo było by to niegrzeczne, mało eleganckie.
Że też wczoraj rano nie poszukałam tej koperty…….
Spytałam co prawda księdza, czemu na stronie parafii nie odnalazłam dzisiejszej wizyty duszpasterskiej, ale odpowietrzał mi, że może źle szukałam, bo na pewno stosowna wzmianka była, sam ją sprawdzał.
No to odprowadziłam w końcu księdza do drzwi, oczywiście wtopa, bo w sumie żadnej ofiary na kościół nie dałam (wstyd Ewa, wstyd), co sobie ten ksiądz o mnie pomyślał: pewnie „wredne, stare, chytre babsko, żal jej było tych kilku złotych nawet dać”.
A gdyby on wiedział, jakie ja męki wtedy przeżywałam, nie wiedząc, jak mam postąpić…. no bo nadal nie wiem, co mogłam z tym problemem zrobić.
Wszak następna Kolęda u nas dopiero za dwa lata, bo mamy dosyć spora parafie i taki mają pomysł, żeby co dwa lata inna część parafian odwiedzać, wszystkich by nie zdążyli.Tak przynajmniej mi mówił ksiądz na poprzedniej kolędzie dwa lata temu, ale czy tak będzie dowiem ię w stosownym czasie.
Oczywiście weszłam raz jeszcze na stronę parafii i……. no tak, okazuje się, że poprzednim razem rzeczywiście byłam na stronie Parafii św Szczepana, tylko, że……w Warszawie, a nie w Krakowie, w tym był własnie cały problem, że szukałam, nie tam, gdzie trzeba, bo gdybym wczoraj rano dobrze poszukała, wiedziałabym o zapowiadającej się wizycie i nie miałabym potem w związku z nią tyle przebytych stresów.
Ale cóż, wiadomo, że mądry Polak po szkodzie, widać i mnie to przysłowie nie ominęło.
Ale następnym razem będę ostrożniejsza i…. nie, oczywiście, że księdza wpuszczę do mieszkania, bo niby dlaczego nie miałabym tego robić, ale już wcześniej się przygotuje do tej wizyty, kopertę zresztą też, by potem nie czuć się tak głupio jak wczoraj.
Nawet tym biednym ministrantom czekolady nie dałam, chociaż przecież miałam, nie mówiąc o kilku złotych, bo tak jest przyjęte, że księdzu na ogół towarzyszy dwóch ministrantów, chłopców, pochodzących z nieco biedniejszych rodzin i w tym dniu też sobie jakiś grosz dorabiają …. a tu ZONK !!!
Jestem jednak wrednym, chytrym babskiem i już!!!!!
PRAWDZIWA WTOPA – nieprawdaż???
No cóż, na szczęście to już czas przeszły, reszta wieczoru przeszła mi już bez żadnych stresów, ten jeden na wczorajszy dzień mi wystarczył.
Zima nam się zrobiła, więc spało mi się całkiem miło i długo, bez żadnych złych snów…chociaż, jakiś diabeł chyba mnie w śnie gonił, ale to pewno nie dlatego, że zostałam przez księdza za brak wyklęta, ale to jeszcze reminiscencje po oglądaniu tego filmu Joe Black, który raz jeszcze bardziej dokładnie sobie na CDA wczoraj oglądnęłam.
A tam, do diabła z tym Diabłem, grunt, żeby dzisiejszy dzień był miły.
Jakie to szczęście, ze jednak kiedyś zdecydowanie zrezygnowałam z pomysłu zostania kierowcą własnego samochodu, teraz nie muszę się martwić, czy jest, czy nie jest ślisko, czy są, czy nie ma zasp.
Wczoraj powracający z Zakopanego przezywali prawdziwy Armagedon na drogach, takie były korki, takie były zaspy, podróż przeradzała się w długie godziny nerwów w samochodzie przymusowo spędzanych.
To stanowczo nie dla mnie,
Chodniki są w miarę odgarnięte, a gdybym jednak chciała gdzieś pojechać, zawsze mogę z Taxify skorzystać, no nie?
No to miłego czwartku.
Dzisiaj na pewno żadna przygoda mnie już nie spotka 🙂
