DZIEŃ BABCI

BABCIA  TO NAJWAŻNIEJSZA  OSOBA W NASZEJ RODZINIE

Miałam dwie wspaniałe Babcie – Babcie Helenkę i Babcię Bronisławę, zwaną w Rodzinie Tamtą Mamą,

Już kiedyś pisałam, czemu ją tak nawyzywaliśmy, Ona nigdy nie chciała czuć się stara, była na to za dumna. Nie dlatego, ze wstydziła się swojego wieku, ale po prostu zawsze czuła się młoda duchem.  I dlatego nie pozwalała mówić na siebie Babciu, więc wynalazła tajemnicze słowo Tamta Mama.
Koleżanki w szkole dziwiły się, jak to, masz Tę Mamę i Tamtą Mamę, ale nigdy nie potrafiłam im tego wytłumaczyć, Tak miało pozostać i BASTA!.
I teraz, gdy doszłam już do zbliżonego do Niej wieku, świetnie ja rozumiem.
Ale za czasów Tamtej Mamy nie było internetu, więc nie było takiego połączenia z wielkim światem, o którym ona marzyła i do którego była przyzwyczajona.
Wcześniej w nim się właśnie obracała, była żoną pułkownika Wojska Polskiego, a potem Dziadek został Senatorem II RP, więc na pewno obydwoje wiedli życie na salonach.
Tamta Mama zawsze była bardzo elegancka, nieco wyniosła, ale nigdy się nie wywyższała.
Uwielbiała dobre, eleganckie towarzystwo, z którym mogła sobie po francusku porozmawiać, z czasem, te dobre Jej lata zaczęty odpływać w zapomnienie.
Później, już po śmierci Jej Męża zaszyła się w domowych pieleszach swojej córki, a mojej Mamy, pomagając przy wychowywaniu Wnuków.
Ale zawsze wypatrywała okazji, żeby przynajmniej przez chwilę porozmawiać w swoim ulubionym języku francuskim – pamiętam, że mój Tata często zapraszał swojego kolegę, lekarza, przy którym Tamta Mama zawsze jaśniała radością, bo obydwoje świetnie tym językiem się porozumiewali.
Czasami rozmawiała po francusku z Tatą ( pewnie wcześniej też z  moją Mamą, która przecież studiowała w Paryżu- ale tego akurat nie pamiętam).
Niestety mój Tata był tak zapracowanym człowiekiem, że pewnie zbyt dużo czasu na takie rozmowy nie miał.

Tamta Mama zmarła stosunkowo wcześnie, miała 77 lat, doznała zawału serca, który w pierwszym momencie nie był rozpoznany, pomimo, że natychmiast Tata załatwił Jej leczenie w Szpitalu Kolejowym. Wszyscy podejrzewali u niej zatrucie żołądkowe (kilka dni wcześniej wracając z wakacji spędzanych nad morzem, w Jastarni przywieźliśmy Jej  wędzonego węgorza, który podała na swoje imieniny, a dwanaście dni później już niestety od nas odeszła.
Smutne, bo mimo, że wydawałoby się, że prowadziła życie salonowe, wiele tragedii Ją na swojej drodze spotkało, najpierw śmierć Jej ukochanego syna Witka, który zginął w Katyniu (stąd temat Katynia nigdy nie był tematem tabu w naszym domu, jako dziecko znałam tę smutną prawdę), potem śmierć Jej Ukochanego Męża, Ukochanej Córki Ireny (a mojej Mamy) – to wszystko, plus oczywiście tragedie wojny i tułaczki, podczas której szukała bezpiecznego miejsca dla swojej Rodziny, nie mgło nie odbić się na Jej sercu, które niestety nie wytrzymało z czasem tego naporu.

Z Babcią Helenką miałam mniejszy trochę kontakt, albowiem od kiedy pamiętam, mieszkała w Krakowie „na Pędzichowie”, a sporo czasu spędzała wraz ze swoją córką Janiną w Zawoi, w naszej rodzinnej willi, zbudowanej jeszcze przed wojną przez mojego Dziadka Emila.To była spora i wspaniała jak na tamte czasy willa, rzucała się w oczy swoim wyglądem, ogrodzona była wielkim pasem parku i lasku, po którym jako dziecko hasałam, lasek sięgał aż po  zimny górski, wartki potok, w którym nawet w lecie woda była lodowata.Tak więc z Babcią Helenką spotykałam się okazjonalnie, oczywiście w okresie świąt, bo zawsze cała Rodzina spędzała Wigilie u nas w domu, czasami z Tatą jeździłam na Pędzichów do jej i Cioci Janki domu,
Babcia Helenka zawsze była bardzo elegancka, wspaniale uczesana, zawsze podziwiałam Jej kok, który podtrzymywały małe grzebyczki.Czasami opowiadała mi bajki, pamiętam jak mnie „straszyła”, opowiadając o zjawie, która wołała gdzieś z zaświatów „oddaj mi moją nogę”- zawsze się wtedy bałam, chociaż świetnie wiedziałam, że to tylko bajka. A i miała takie delikatne dłonie, z długimi, wypielęgnowanymi płaskimi paznokciami, po których ją głaskałam.
Babcia Helenka żyła 94 lata, odeszła cichutko któregoś lipcowego dnia,

To już bardzo odległe czasy. Dzisiaj sama mogłabym być już Babcią, niestety los nie dał mi tego szczęścia bycia Mamą, a potem Babcią.
Za to mam  koło siebie wnuki mojej siostry i mojego brata, które bardzo kocham i jestem z każdego z nich bardzo dumna , a jak już pisałam nie tak dawno temu, bo zaledwie 7 miesięcy zostałam nawet Ciocią Prababcią prześlicznej Zeldy, którą wprost szaleńczo kocham, mimo, że przypomina mi, że dzięki niej odwiedziłam już najwyższą gałąź drzewa genealogicznego naszej Rodziny. 

Wszystkim dumnym Babciom w dniu dzisiejszym życzę wiele szczęścia z tytułu posiadania swoich ukochanych Wnuczek i Wnuków, swoich Kochanych Perełek. a jutro podobne życzenia składać będę pewno Dziadkom  w dniu Ich Święta.

A wszystkim życzę przyjemnego poniedziałku i samych pozytywnych myśli i działań na calutki bieżący tydzień.