A więc poszłam wczoraj na ten polski film "Tulipany"
Ale po kolei……
Okazuje się,ze Multikino raz na tydzień organizuje imprezę pt "Kino na obcasach".
Najpierw jest jakaś promocja "czegoś tam", a potem film.
Oczywiście jak to na promocję przystało jest też i poczęstunek.
Więc zaopatrzona w zakupioną przezemnie obowiązkową w kinie prażoną kukurydzę,przy wejściu do kina wzięłyśmy sobie po 2 szklaneczki vermutu z oliwką i lodem( to już był poczęstunek) a także po kilka koreczków ze serków pleśniowych i zasiadłyśmy wygodnie w fotelach.
Oczywiście ja wypiłam aż trzy takie szklaneczki,co może nie było aż takie złe bo……
Tym razem promocją były samo Multikino,a więc Pan opowiadał nam króciutką historię Multikin w Polsce i w Krakowie,oraz co i kiedy i jak można w owych 12 salach klimatyzowanych oglądać,oraz o przeróżnych imprezach towarzyszących.
Osób było oczywiście niewiele,ale nawet chętnie sobie posłuchałam chrupiąc na zmiane kukurydzę i serek,popijając zimnym drinkiem.
A potem był już film.
Ale za to jaki film.
Właściwie to był "czeski film"-chociaż polskiej produkcji w wykonaniu całkiem niezłych polskich aktorów midzy innymi Janem Nowakiem,Peszką czy Braunek.
Tylko,ze treść była właśnie jak na czeskie kino przystało-nie wiadomo do końca o co w tym filmie chodziło….
To była historia kilku przyjaciól ( w tym jednej rodziny),z których jeden z nich ,notabene rajdowiec został odwieziony do szpitala,a reszta towarzystwa go odwiedzała….
Było też jakieś auto,które rzekomo było ukradzione,ale okazuje sie,ze tylko schowane..
Były nawet dwie sceny łóżkowe,ale cały ten film nie trzymał się kupy.
Oczywiście w trakcie projekcji ta mała garstka widzów kolejno wychodziła.
Ja dzielnie postanowiłam zostac do końca bo:
1.chciałam zobaczyć,dlaczego ten film dostał taki właśnie tytuł "Tulipany"
2.w końcu fotel był całkiem wygodny,nawet czasami można się na nim było zdrzemnąć.
3.Nie lubię po ciemku schodzić po schodach,które są coprawda podświetlane,ale stopnie są w tym podobno bezpiecznym dla niepełnonsprawnych (!!!!) kinie dziwnie ustawione,raz jest szeroki stopień,następny wąski,potem zaś szeroki,co razem z tymi mieniącymi się na nich światełkami powoduje,że nie bardzo wiadomo,gdzie bezpiecznie można postawić na nich swoją stopę,by nie narazić się na upadek…
Więc na zmianę lekko drzemiąc na zmianę z oglądaniem tych steków bzdur cierpliwie czekałam końca,zastanawiajac się,czy owe tulipany jawią się jako ślubna wiązanka,czy jako wieniec pośmiertny….
No i gdy te piękne kwiaty pokazały się,oczywiście na moment jako bukiet ślubny( pacjent w jakiśdziwny sposób wytrzymał kurację szpitalną w bardzo odrapanym,ale jakże przez to realistycznym szpitalu) wiedziałam,że nareszcie doczekałam się upragnionego końca filmu…
Nagrodziłam go gromkimi brawami,do których ta mizerna resztka ludzi wytrwale również czekających końca przyłączyła się…
a gdy zapaliło się światło okazało się,że w sumie film do końca oglądnęło 6 osób.
Aż 6 osób….
Nie rozumiem po pierwsze jak tak dobrzy aktorzy mogli zgodzić się brać udział w takiej chałturze,jaką był ten film( czy nie dostają już żadnych innych ról,a te potraktowali jako rozpaczliwe szukanie jakichkolwiek środków na przeżycie???),a po drugie czy nie żal niszczyć tyle taśmy na bylejaki film o byleczym,właściwie bez treści i sensu??
Ale w sumie nie narzekam,zobaczyłam sobie ten "Wielki świat",było trochę rozrywki.
Nawet mizerna namiastka może okazać się rozrywką,skoro była w bardzo miłym towarzystwie mojej koleżanki Aśki.
I tu nastąpi Koniec mojego opowiadania.

