nareszcie w domu

 Wszędzie jest dobrze,ale jednak we własnym domku najlepiej.

Niech mówi ktoś,co chce,ja tam swoje wiem.

Własny kąt,własna łazienka,własny tapczanik i w końcu własny komputer,o który nie muszę z nikim walczyć,hehe.

Ale jestem niewdzięcznica co?????

Nie mogę powiedzieć,żeby Basia nie dbała o mnie należycie.

Ba nawet powiem,że i więcej niż znakomicie.

Ale……

Jak na wstępie napisałam , co na własnych śmieciach, to na własnych.

Ale mi cieplutko teraz …ohhh.

Przyznam,że zaczęłam już nieco kichać,bo u Bimborka trochę jest zimny wychów.

A ja jestem zmarzluch,do cieplarnianych warunków przyzwyczajona.

Ale ogólnie muszę przyznać,że było bardzo,bardzo przyjemnie.

Czas dzieliłyśmy sprawiedliwie na ten przy komputerze ( no, czasami walczyłyśmy o władzę nad myszką),oraz na fajne rozmowy-wspomnienia,okraszanych śmiechem aż do łez.

Było też kilka wstępnych przymiarek do lipcowego spotkania w Krakowie.

Ale narazie o tym cicho sza.

Było wspaniałe jedzenie,bo Basia przygotowała taką wspaniałą wyżerkę,że nawet szef kuchni najlepszej restauracji by nie wytrzymał konkurencji ,że już o tym ajerkoniaczku nie wspomnę-wypiłyśmy tego po flaszce na łeb……

Nawet "wyprawkę", do domu w postaci lecza dostałam,którego już nawet nie miałyśmy siły i czasu  popróbować,tyle tych smakołyków różniastych i pyszniastych było…..

No coż…..co dobre wszystko się szybko  kończy,teraz już duchowo muszę się przygotowywać do następnego,pracowitego tygodnia.

Za oknem już noc się robi,co prawda do spania mam jeszcze troszkę czasu,ale…..

PORA WRACAĆ DO NORMALNEGO ŻYCIA.

Do szarej rzeczywistości…….

PS. Acha,miałam jeszcze wspomnieć,że z Kornelką rozmawiałam 3,lub 4-ro krotnie na skype…

HA HA HA HA  

R U D Y

a jednak rude,to fałszywe,zawsze wiedziałam

Obiecywał wspólną noc i co? wymniósł się do swojej pańci,do drugiego pokoju…..

A tak dawno nie miałam "bliskiego kontaktu" z psem…

Bo ludzie dzielą się na takich,którzy śpią w jednym łóżku z psem,albo takich,którzy do tego poprostu się nie przyznają.

Moje kolejne bokserki zawsze uwielbiały czuć moją bliskość w nocnych godzinach,co było bardzo fajne,zwłaszcza gdy bolał mnie kregosłup,przytuliłam się do takiego ciepełka i odrazu na drugi dzień zdrowa byłam.

Że co?,że to niezdrowo? A czy życie wogóle  jest zdrowe?

Że co,że lepiej mieć męża,czy dziecko,niż psa?

Dziecko napewno lepiej,ale niestety nie każdemu jest to dane,a co do małżonka,musiałabym chyba jakiś ideał znaleźć,który w dodatku ze mną by wytrzymał,a że to niestety było niewykonalne,pozostałam  więc w panieńskim stanie……

I WCALE,A WCALE TEGO NIE ŻAŁUJĘ!!!!!!!

Niestety psa też chwilowo mieć nie mogę,jako że pracuję od rana do wieczora i nie mogłabym zapewnić mu odpowiednich warunków domowych do życia.

Dlatego zawsze hołubię psa mojej siostry ,czy wczoraj  Pirata Bimborka.

Niestety,ten ostatni miał mnie w nosie…..

Fun nadal trwa,jest niedziela,którą do jakiś przyzwoitych godzin też spedzę u Bimborka,piszę przyzwoitych,bo pora kiedyś opuścić nawet najbardziej zaprzyjaźnione i gościnne progi,w końcu dać szansę gospodyni na odpoczynek.

Wypadałoby przynajmniej.Przyzwoitość na to wskazuje.

A resztki jej jednak posiadam.

Marne,bo marne,ale zawsze.

Dobra,pora już pomału o rzeczywistości pomyśleć.

Jutro zaczyna się nowy tydzień.

Ale to  dopiero jutro…….

Co się mam już od bladego świtu stressować.

Póki co, mamy śnieżną niedzielę. Hard to imagine running water when it's that cold.