Ale podejrzana pasażerka jechała dzisiaj busem z Zielonek do Krakowa.
Trzeba było nos zatykać,tak od niej waniało
HIHIHII.
To o mnie oczywiście.
Dostałam od Marcina prawdziwy francuski ser typu camamber.
Dokładnie Petit Munster.
Prawdziwy,bo przywieziony przez niego prosto z Paryża.
Mniam,przepyszny,ale śmierdzi,jak stare skarpetki…
Niestety, te sery to do siebie mają,a im bardziej są dojrzalsze,tym bardziej śmierdzą i tym….są lepsze…..
Będzie uczta dla gęby i dla wspomnień.
Ostatni raz taki ser jadłam podczas mojej wizyty w Paryżu,gdzie z moim Ojcem spędziłam wspaniałe chwile…
Ach ten Paryż,ta wieża Eiffla,
Pola Elizejskie
I to była druga niespodzianka poniedziałkowa,(pierwsza,to oczywiście przemeblowania w biurze)
I jak już myślałam,że nic mnie nie spotka dziwnego,wtedy…
drzwi od przychodni się otworzyły i ……przyszedł szczególny pacjent,
u którego musiałam zrobić kilka zdjęć.
Aż mi się ręce z wrażenia trzęsły,a nogi uginały się podemna.
Tym pacjentem był nie mniej,nie więcej ,a sam mój ksiądz proboszcz.
Jejku,co za dziwny poniedziałek…..
Czy cały tydzień będzie przepełniony takimi ciekawymi niespodziankami???
A mówiłam rano,że nie lubię poniedziałku!!!!




