A PSIK……….
Wiosna na polu a ja….. z katarem.
Buuu,na samiutkie święta.
Dzisiaj ten katar to już na dobre mnie rozłożył.
Nie,nie.
Nie porzuciłam stanowiska pracy,dalej sobie na nim trwałam,ja i mój katar.
Bo katar to wszak nie choroba,ale uciążliwy jest………..
Nie da się ukryć.
Byleby do świąt mnie całkowicie nie rozłożył.
Zażywam grzecznie jakie się da medykamenty i walczę.
Ale to walka z wiatrakami,bo leczony katar trwa tydzień,a nie leczony 7 dni.
Albo odwrotnie,hihi.
Dzisiaj o mało moję siostrę o palpitację serca nie wprawiłam,bo rozmawiałam z nią z Kalmara przez telefon,gdy raptem słuchawka wyślizgnęła mi się z ręki i rymsła na podłogę.
Nic złego się jej nie stało na szczęście,tylko połączenie zostało przerwane,bo powylatywały baterie.
Moja siostra odrazu sobie Bóg wie co wymyśliła i zatelefonowała przerażona do Jacka,żeby skoczył na górę do biura zobaczyć,
czy …..nie zemdlałam.
Na szczęście Jacek całą i żywą znalazł mnie przy majstrowaniu przy słuchawce.
Ale ze mnie skarb,skoro się tak o mnie


