pierwszy śnieg..

Wyszłam z domu  rano suchą nogą i taką doszłam aż do firmy.

Co prawda trawa cała oszroniona była, ale nic nie wróżyło tego, co za chwilę miało nastąpić.

Po niecałej godzinie przez okno patrzę i oczom własnym nie wierzę, na polach śnieg leży, bielutki śnieg, przylepiony do trawy, zasłaniający jej zszarzałą już zieleń.

Ucieszyłam się jak dziecko i już miałam ganiać lepić bałwana, ale uprzytomniłam sobie, że w pracy jestem przecież.

Żartowałam.

Ale niestety niedługo radość moja trwała, bo następujący po śniegu deszcz zmył  nagle całą biel.

Za to przy wjeździe do Krakowa powitał mnie już całkiem regularny, zimny i nieprzyjemny, zacinający deszcz, szarość dziennej poświaty i…olbrzymie kałuże.

Zrobiło mi się całkiem nieprzyjemnie,cała euforia poranna gdzieś nagle zgasła.

Bardzo kapryśny ten grudzień, ale jak kalejdoskop zmienia pogodę  i pory roku, przez ciepłą sobotnią jesień, po dzisiejszo-poranna zimę, by w końcu przerodzić się w listopadową szarugę.

Może jednak doczekamy się wymarzonego białego Bożego Narodzenia??

Jestem optymistką……..

a wtorek..

                


            


 Dzień, jak codzień.


Rano pobudka o 4.50 kawusia, blog, malowanie,  ubieranie ( oczywiście wcześniej   poranne mycie ) i 6.10 wymarsz do pracy, do rybek.


Znów sama będę się tam przemieszczała, bo chłopaki teraz praktycznie pracują  tam po 24 godziny na dobę, nic dziwnego, zbliżają się „rybne” przedświąteczne żniwa.


Matko, wysiadam na przystanku na tej mojej wsi o zmroku jeszcze.


Brr, aż nieprzyjemnie tak maszerować w ciemnościach po tej szosie.


I chociaż od św.Łucji dnia podobno przybywa, ale poranki jeszcze długo będą ciemne.


A teraz z każdym moim krokiem dzień coraz bardziej się rozjaśnia, fantastyczne uczucie, gdy kroczy się tak  w rozwijający się dzień.


I tak aż do późnego wieczoru, gdy znów pośród ciemności kroczę w po ciemnych podwórkach w stronę przystanku, aby wreszcie chwilkę odpocząć w domowych pieleszach.


A potem już tak szybko robi się noc, znów trzeba się kłaść, taki scenariusz mam jeszcze na kilka najbliższych dni.


W tą sobotę znów na mnie bum wypadnie w przychodni, oj strasznie będzie mi się długo ten tydzień ciągnął.


Ale teraz nie pora jeszcze o weekendzie myśleć, czekają mnie obowiązki.


Za to przyszły tydzień będzie bardziej”rozrywkowy”, już przedświąteczny i chociaż u rybek będzie pewnie szaleństwo, dla mnie powinien być miły, jako,że we wtorek czeka mnie wigilijne spotkanie w  przychodnianym gronie ( tym razem stresów nie będzie, chociaż nie wiem, czy uda mi się poskromić swój apetyt, widząc pyszne jedzonko – ale muszę, pełna samomobilizacja, nie mogę zaprzepaścić tylu dni wyrzeczeń i moich wspaniałych rezultatów wagowych), a potem jeszcze i w przychodni i u rybek moje imieniny – tortowe szaleństwo, o przepraszam, ja tortów nie jadam, będę tylko sobie patrzyla, może ewentualnie sałatą zagryzają smutki……


Wogóle jeszcze sporo samozaparcia mnie czeka, bo pokusy świątecznego stołu też będa mnie nęciły…..


A jednak życie to ciągła walka, jak nie z przeciwnościami losu, to ze samym sobą…


No to teraz też idę troszkę powalczyć.


Jak narazie z przeciwnościami losu….