Wyszłam z domu rano suchą nogą i taką doszłam aż do firmy.
Co prawda trawa cała oszroniona była, ale nic nie wróżyło tego, co za chwilę miało nastąpić.
Po niecałej godzinie przez okno patrzę i oczom własnym nie wierzę, na polach śnieg leży, bielutki śnieg, przylepiony do trawy, zasłaniający jej zszarzałą już zieleń.
Ucieszyłam się jak dziecko i już miałam ganiać lepić bałwana, ale uprzytomniłam sobie, że w pracy jestem przecież.
Żartowałam.
Ale niestety niedługo radość moja trwała, bo następujący po śniegu deszcz zmył nagle całą biel.
Za to przy wjeździe do Krakowa powitał mnie już całkiem regularny, zimny i nieprzyjemny, zacinający deszcz, szarość dziennej poświaty i…olbrzymie kałuże.
Zrobiło mi się całkiem nieprzyjemnie,cała euforia poranna gdzieś nagle zgasła.
Bardzo kapryśny ten grudzień, ale jak kalejdoskop zmienia pogodę i pory roku, przez ciepłą sobotnią jesień, po dzisiejszo-poranna zimę, by w końcu przerodzić się w listopadową szarugę.
Może jednak doczekamy się wymarzonego białego Bożego Narodzenia??
Jestem optymistką……..
