
Piątek byłby nawet całkiem fajnym dniem, gdyby…
Gdybym nie musiała jutro iść też do pracy.
Aj, ale bym sobie poleniuchowała…
Ale niestety, moje BUM wypadło i już.
Nie ma zmiłuj się.
Nic na to nie poradzę.
Ale dzisiaj już ostatni raz w tym tygodniu,ba nawet w ciągu dwóch tygodni tak wcześnie wstałam.
Popatrzyłam na księżyc w kształcie rogala,ukrytego za lekka chmurką i aż się uśmiechnęłam sama do siebie.
Taki piękny widok…..
Za oknem wyje jakaś syrena, pewnie znów ktoś włamywał się do czyjegoś auta, co jest nagminnym zjawiskiem na mojej ulicy.
I tak mija minuta po minucie porannej godziny i od pobudki ( czemu znów jakieś młoteczki tłuką sie w tej mojej głowie???), aż po wyjście do pracy.
I znów dzisiaj, podobnie jak wczoraj, nie będę się spieszyła,stanowczo za wcześnie ostatnio do tej pracy przychodziłam….
I mam nadzieję, że dzisiejszy dzień też miło mi przeleci.
Miło i bez nerwów, bo chociaż popołudniu w przychodni mam sporo bieganiny,
ale opracowałam nową metodę : ponieważ wiem, że i tak całą pracę muszę wykonać, podchodzę do niej na luzie, z uśmiechem i….nie poddaję się zmęczeniu.
Całe zmęczenie wychodzi ze mnie dopiero po przyjściu do domu, ale wtedy już jestem panią swojego losu…
No, pora już kończyć moje poranne wywody i pomału zbierać się do rozpoczyniania mojej codziennej rzeczywistości.
Miłego dnia, Kochani. 