ciężki los !!!!!!

oj, łatwo nie jest

Przez te kilka świątecznych dni żołądek przyzwyczaił się do dobrych kąsków i teraz normalnie, bezczelnie się o nie upomina.

Smaki mam, jakbym w ciąży conajmniej była , ( a na pewno nie jestem !!!).

Oj, coś słodkiego pewnie by się wcząchnęło , a tu ….stop……nie ma …….

Basta i już.

Praktycznie to jest tak, jakbym od początku rozpoczynała moją dietę.

No i na co mi to świąteczne podjadanie było????

Na domiar złego, już dwukrotnie zostałam obadarowana czekoladkami,w dodatku.takimi jak lubię…

FERRERO ROCHER………

A to  diablisko wredne, czarne, siedzi w kącie i chichocze.

Chyba muszę pokazać mu jęzor.  

dzień tygodnia

 


      


A który to już dzień tygodnia?


Najwygodniej powiedzieć, że następny.


Bo przez te wolne, świąteczne dni, kalendarz całkowicie już mi się pomylił.


No to dzisiaj już mamy  czwartek, może i dobrze, bo to wczesne wstawanie, o 5 rano, tylko jeszcze jutro mnie czeka…..


Dzisiaj niestety znów sama muszę przez wieś biegać.


Umyślny nie przyjedzie…….


A musicie wiedzieć, że mojemu szwagrowi przeszło przez myśl w tym roku,  kupić mi w prezencie imieninowym…..używanego malucha.


Pomysł był całkiem fajny, tylko……..


……zakwestionowała go moja siostra, w obawie, że mogłabym w nim sięrozbić, nie daj Boże zginąć i cała rodzina miałaby mnie wtedy na sumieniu….


Tak więc pomysł upadł, zadowoliłam się fajna patelnią ( ale zamiana, co???), a ja nadal piechtą biegam.


I tak już chyba musi pozostać, bo rzeczywiście nie bardzo widzę siebie jako kierowcę, nawet malucha.


Tak więc prawo jazdy, które niebawem odbiorę z aktualizacji ( kiedy ja zdawałam egzamin na prawo jazdy???, ho ho), będzie jeździło razem ze mną w…torebce.


Tak będzie bezpieczniej i dla mnie i dla potencjalnych przechodnów, chociaż muszę przyznać, że jako kierowca jeździłam bardzo ostrożnie ( ha, całe 2 tygodnie jeżdziłam, potem dałam samochód do naprawy koledze i… nie zobaczyłam już więcej ani kolegi, ani samochodu – miał wypadek, w którym niestety zginął, a auto nadawało sie do kasacji).


Nawet, jak pamiętam, gdy ktokolwiek tylko podchodził do krawężnika, stawałam i prawie zmuszałam, żeby na  drugą stronę przeszedł.


Niestety, do prowadzenia auta trzeba mieć melodię, ja nie bardzo ją wyczuwałam i …raczej bardziej się stresowałam, niż jeździłam.


I chociaż w te święta znów szwagier poruszał temat kupna przezemnie auta ( no, wtedy to już byłby tylko mój własny wybór, rodzina nie czuła by psychicznego ociążenia moich automobilowych wybryków), przyznam, że nawet przez moment znów roztoczyłam w marzeniach  wizję własności, to jednak zdecydowanie teraz, już na zimno i bez emocji pomysłowi mówię zdecydowane N  I  E !!!!!


A w związku z tym  ponoszę konsekwencje swojego wyboru i…wybieram poranne spacery solo przez wieś, jak właśnie dzisiaj.


No to idę właśnie  na ten poranny, mroźny spacerek……