asertywna

Tup, tup w jedną stronę, tup, tup spowrotem i znów jeden dzień zdarty z kart kalendarza.

No  dobrze, nie umiem wcale pisać bloga może, ale mi takie małe literki nijak nie odpowiadają.

Próbowałam, nie da się.

Nie potrafię potem siebie odczytać, więc jak niby korektę mogę zrobić?

To jest na  moja odpowiedź na komentarz do porannego wpisu.

Więc albo ktoś będzie czytał moje rozstrzelone "konie", albo nie będzie czytał mego blogu wcale.

A ja mam  w nosie, piszę tak, jak mnie najwygodniej.

I nie narażać mi się, bo ostatnio w bardzo bojowym nastroju jestem……

Była sobie raz królewna…

 

Była sobie raz królewna

miała domek z masła……

Ot, bajka, którą sobie wczoraj wieczorem wymyśliłam, dźwigając

do domu okropnie ciężką siatkę z zakupami.

No tak, koło mojego domu niestety nie ma otwartego wieczorową

 porą sklepu……

Niestety, wszystkie zakupy muszę targać kawał drogi do autobusu,

 potem z autobusu do domu……

Wczoraj moja siatka ważyła całe mnóstwo kilogramów.

Niby w niej nic  takiego nie było…( nic? – a na co 60 zł do licha

 mi poszło niby ??)

Może nie wiele raczej kupiłam : 10 jajek, pół litra mleka, kawałek

białego sera, kilka jabłek i chyba najbardziej  ciężki zakup,

czyli  2 i pół litrowa woda mineralna.

Były też oczywiście jeszcze i papierosy i M&M dla dziewczynek

("Ciociu, jak nam następny raz kupisz M&M, to kup te żółte,

 orzechowe, a nie czarne, bo są lepsze).

Więc dźwigałam te ciężary, cała ugięta od nadmiernie obciążonej

siatki i tak sobie myślałam, właściwie dlaczego ja sie tak męczę?

Taka królewna miałaby się dobrze, nie musiała by zakupów robić…. chociaż akurat kupować to  całkiem lubię, gorzej już jest

z płaceniem, bo zawsze żal mi tych wydanych pieniążków,

krakowsko – bycza ( byk to mój znak zodiaku) chciwość wtedy

 ze mnie wyłazi…..

 wypełza z każdej komórki, ale wstyd jest nagle przy kasie

 rezygnować, więc zaciskam zęby i robię dobrą minę do złej

gry ( no już widzę teraz minę mojej Magdy, gdy to czyta, co ja tu wypisuję, haha).

No, a taka nie całkiem może bajkowa królewna, ale jednak

 królewna, wsiadła by do swojego samochodu, niedbale

wrzucając zakupy do bagażnika, odpaliła by swój królewski wehikuł

 ( musiałby być nieco większy od malucha, czy seicento) i z fasonem

odjechałaby  spod marketu.

A może niekoniecznie sama by odjechała, może jakiś królewicz

 powozem by powiózł gdzieś najpierw na dobrą kawę , a może i na 

 dobrą kolację ( oczywiście dietetyczną, bo księżniczki też o linię

raczej dbały).

Czy ja naprawdę mam jakies wygórowane zachcianki?

Wystarczałby otwarty gdzieś w pobliżu mojego domu sklep,

w kórym zrobilabym stosowne zakupy i nie musiała ich taki kawał

potem do domu taszczyć.

No dobrze, niby niedaleko mnie jest wielki Jubilat,ale tam już po

godzinie 20-stej mogę zrobić tylko "wybiórcze" zakupy,większość

spożywczysch stoisk jest już wyłączona z normalnego ruchu, a

i tak, niestety, to nie jest wcale aż tak dużo bliżej od mojego

domu, niż droga do i od przystanku.

Na jedno w sumie wychodzi i tak mnie dźwiganie nie ominie…

W sumie ten tydzień na zakupy nie jest taki jeszcze najgorszy,

bo gdy  już po godzinie 20-stej z Kalmara wychodzę, możliwość

 zrobienia jakichkolwiek zakupów praktycznie do mimimum

 się ogranicza.

Najczęściej więc  wtedy, najpierw  robię zakupy gdzieś po drodze,

w przerwie pomiędzy dwoma pracami, potem taszczę je do busiku

 i przez te kilometry szosą do firmy, by wrócić z nimi wieczorem

dopiero do domu.

Pewnie, powie ktoś, możesz robić zakupy raz na tydzień,

np. w sobotę.

Mogę, ale w ciągu tygodnia i tak dokupuje się mnóstwo drobiazgów,

które w sumie jednak ciężar stanowią.

Zwłaszcza, gdy trzeba je nosić……..

No to się już wyżaliłam, mogę teraz całkiem spokojnie zabierać się

do codziennych obowiązków.

Przynajmniej dzisiaj może większe zakupy mnie ominą???

Jednak trochę towaru nakupiłam, na wczorajszą "niby" kolację,

na dzisiejsze śniadanko w Kalmarze, ( znów będzie ten mój

 ukochany ser biały na gorąco z jajkiem i z kminkiem), na…..

No właśnie,  na niewiele już, prócz moich zakupionych jajek

na "zaś", czyli popoludniu znów zakupy mnie czekają…ech.

Gdyby nie te konieczne zakupy i gdyby nie te cholerne

comiesięczne opłaty , człowiek Rockefellerem by został.

A ponieważ na to wszystko trzeba zapracować, więc wnikam

 już teraz w czeluść zapracowanego dnia.

Cześć.

PS. A za oknem znów prószy śnieg…….