
Była sobie raz królewna
miała domek z masła……
Ot, bajka, którą sobie wczoraj wieczorem wymyśliłam, dźwigając
do domu okropnie ciężką siatkę z zakupami.
No tak, koło mojego domu niestety nie ma otwartego wieczorową
porą sklepu……
Niestety, wszystkie zakupy muszę targać kawał drogi do autobusu,
potem z autobusu do domu……
Wczoraj moja siatka ważyła całe mnóstwo kilogramów.
Niby w niej nic takiego nie było…( nic? – a na co 60 zł do licha
mi poszło niby ??)
Może nie wiele raczej kupiłam : 10 jajek, pół litra mleka, kawałek
białego sera, kilka jabłek i chyba najbardziej ciężki zakup,
czyli 2 i pół litrowa woda mineralna.
Były też oczywiście jeszcze i papierosy i M&M dla dziewczynek –
("Ciociu, jak nam następny raz kupisz M&M, to kup te żółte,
orzechowe, a nie czarne, bo są lepsze).
Więc dźwigałam te ciężary, cała ugięta od nadmiernie obciążonej
siatki i tak sobie myślałam, właściwie dlaczego ja sie tak męczę?
Taka królewna miałaby się dobrze, nie musiała by zakupów robić…. chociaż akurat kupować to całkiem lubię, gorzej już jest
z płaceniem, bo zawsze żal mi tych wydanych pieniążków,
krakowsko – bycza ( byk to mój znak zodiaku) chciwość wtedy
ze mnie wyłazi…..
wypełza z każdej komórki, ale wstyd jest nagle przy kasie
rezygnować, więc zaciskam zęby i robię dobrą minę do złej
gry ( no już widzę teraz minę mojej Magdy, gdy to czyta, co ja tu wypisuję, haha).
No, a taka nie całkiem może bajkowa królewna, ale jednak
królewna, wsiadła by do swojego samochodu, niedbale
wrzucając zakupy do bagażnika, odpaliła by swój królewski wehikuł
( musiałby być nieco większy od malucha, czy seicento) i z fasonem
odjechałaby spod marketu.
A może niekoniecznie sama by odjechała, może jakiś królewicz
powozem by powiózł gdzieś najpierw na dobrą kawę , a może i na
dobrą kolację ( oczywiście dietetyczną, bo księżniczki też o linię
raczej dbały).
Czy ja naprawdę mam jakies wygórowane zachcianki?
Wystarczałby otwarty gdzieś w pobliżu mojego domu sklep,
w kórym zrobilabym stosowne zakupy i nie musiała ich taki kawał
potem do domu taszczyć.
No dobrze, niby niedaleko mnie jest wielki Jubilat,ale tam już po
godzinie 20-stej mogę zrobić tylko "wybiórcze" zakupy,większość
spożywczysch stoisk jest już wyłączona z normalnego ruchu, a
i tak, niestety, to nie jest wcale aż tak dużo bliżej od mojego
domu, niż droga do i od przystanku.
Na jedno w sumie wychodzi i tak mnie dźwiganie nie ominie…
W sumie ten tydzień na zakupy nie jest taki jeszcze najgorszy,
bo gdy już po godzinie 20-stej z Kalmara wychodzę, możliwość
zrobienia jakichkolwiek zakupów praktycznie do mimimum
się ogranicza.
Najczęściej więc wtedy, najpierw robię zakupy gdzieś po drodze,
w przerwie pomiędzy dwoma pracami, potem taszczę je do busiku
i przez te kilometry szosą do firmy, by wrócić z nimi wieczorem
dopiero do domu.
Pewnie, powie ktoś, możesz robić zakupy raz na tydzień,
np. w sobotę.
Mogę, ale w ciągu tygodnia i tak dokupuje się mnóstwo drobiazgów,
które w sumie jednak ciężar stanowią.
Zwłaszcza, gdy trzeba je nosić……..
No to się już wyżaliłam, mogę teraz całkiem spokojnie zabierać się
do codziennych obowiązków.
Przynajmniej dzisiaj może większe zakupy mnie ominą???
Jednak trochę towaru nakupiłam, na wczorajszą "niby" kolację,
na dzisiejsze śniadanko w Kalmarze, ( znów będzie ten mój
ukochany ser biały na gorąco z jajkiem i z kminkiem), na…..
No właśnie, na niewiele już, prócz moich zakupionych jajek
na "zaś", czyli popoludniu znów zakupy mnie czekają…ech.
Gdyby nie te konieczne zakupy i gdyby nie te cholerne
comiesięczne opłaty , człowiek Rockefellerem by został.
A ponieważ na to wszystko trzeba zapracować, więc wnikam
już teraz w czeluść zapracowanego dnia.
Cześć.
PS. A za oknem znów prószy śnieg…….