Biało-czarne

Nie wszystko jest białe i nie  wszystko jest czarne.

Jest pomiędzy nimi cała gama barw.

Nie wszystko jest cacy i  nie wszystko jest be.

Czasami coś wygląda całkiem nie tak, jak wydaje się  wyglądać z pozoru.

A pozory przecież  niejednokrotnie mylą.

Dzisiaj czegoś nowego się nauczyłam – taka stara , a jednak nadal się uczę.

Mianowicie :

Nie wierzyć wszystkiemu, co inni mówią i nie zabierać zdania w sprawie, o której niewiele  wiem.

Pewnie, że nie muszę wiedzieć wszystkiego, ale przynajmniej  nie powinnam dawać osądów.

A może kogoś tym  skrzywdziłam????

trzy w jednym

 

 

Wczoraj, w ciagu jednego dnia miałam aż trzy pory roku.

Rano przywitała mnie wczesna wiosna, nie za ciepło, nie za zimno, ale całkiem pogodnie

no i przede wszystkim sucho.

Wychodząc z Kalmara w południe  spotkałam …..zimę. Biały śnieg obficie padał, malując wszystkie

 pola na biało, a jezdnie przemieniając w  śnieżno- błotnistę bryję.

Taka "kąpiel", zapewniona przez przejeżdżające auta, nie należała raczej do miłych.

Ale auta nie jeżdziły na szczęscie z wielka prędkością ( no może tylko niektóre, właśnie te mnie obryzgujące),

bo jezdnia była śliska,  cóż, znów zima zaskoczyła odpowiednie służby.

Ale jakoś szybko się "pozbierali w sobie" i chlorem ulice polali, a i pogoda przyszła w sukurs, bo przy

 plusowej temperaturze śnieg szybko raczej topniał.

Do popołudnia niewiele z niego zostało.

Za to wieczór przemienił się w jesienną słotę, nieprzyjemną, mokrą i chłodną.

Potem deszcz co prawda ustał, ale  mżawka pozostała.

Oczywiście nie muszę chyba dodawać, że deszcz ustał, dzięki  użyciu moich nadprzyrodzonych sił.

Czarna magia działa.

I zadziałała nawet do dzisiaj, bo znów sucho za oknem, tylko chłód taki jakiś, jakby jednak ta zima odpuścić

nie chciała…

No. w sumie ma prawo, jej pora.

Na mnie też już niestety pora na zbieranie się do pracy nastała.

Niby wstaję godzinę i pół wcześniej, niz wychodzę, zostawiając sobie czas na poranne buszowanie

po necie przy kawce ( oczywiście pierszeństwo ma   blog), ale nie wiedzieć kiedy to  pół z tego szybko

 przechodzi i potem się denerwuję, że nie zdążę, a tam już czeka… nie, nie kochany, jak u Laury

 i Filona, ale bardzo miły Piotruś, który wiezie mnie do firmy, oszczędzając  mi tym zimnego,

porannego po wsi spacerku.

Ale dzisiaj było ostatnie w tym tygodniu tak wczesne wstawanie, jutro mam wolny dzień od pracy,

 ale już nieco zaplanowany.

Rano muszę odwiedzić panią Elę- pedicurzystkę ( ach te nogi, mam  z nimi kłopot zawsze), potem

Salon Orange ( muszę przedłużyć umowę ) a potem…. no właśnie nie wiem….

Podobno jestem zaproszona do Magdy, o czym osobiście jeszcze nie zostałam poinformowana,

( to była informacja poufna od Kamilki : podobno w sobotę do nas przychodzisz???, no cóż, Magda

widać nie zdążyla mnie jeszcze o tym zawiadomić !!), ale moze wreszcie uda mi się spróbować

tej wspaniałej kawy capucino z ekspersu, który odemnie dostali w ślubnym prezencie.

Ale póki co, dzisiaj dopiero piątek, więc skierowuje swoje myśli i poczynania na całkiem inne,

prozaiczne tory i…. oczywiście pędzę  do swojej ukochanej pracy, papa.