po czujnej nocy nadszedł dzień

 

.

 

 I znów nocne czuwanie męczyło mnie okrutnie…..

Budzę się co godzinę i na zegarek spozieram, która to godzina moze być.

Pora wstawać, a może jeszcze troszke pospac można????

Tak to jest, jak wiem, że zaspać nie mogę, a dzisiaj właśnie  tego zrobić   nie mogę, bo otwieram przychodnię.

Muszę, a przynajmniej powinnam być na czas.

Bo pewnie dwie minuty po ósmej już rodzwonią się telefony…..

Oj, taka krzywda znowu mi się nie dzieje, bo bądź co bądź w Kalmarze zazwyczaj jestem o całą godzinęwcześniej

 i jakoś zdążam.

Ale już tak nauczyłam się narzekać, że aż wstyd wielki.

Przecież dopiero co odpoczywałam, miałam na to pól soboty i całą niedzielę.

Więc ochoczo dożycia sie zabieram, po porannej kawie lżej jakoś…..

Jednej teraz, zaraz w przychodni wypiję drugą, potem trzecią i czwartą gdzieś koło 17-stej, ech…za dużo

Czy to aby nie uzależnienie od tego brązowego płynu?

A dzisiaj 13-tego, wszystko zdarzyć się może, więc dobrego chyba też???

Mimo, że za oknem descz

No to zaczynamy odczarowywanie : Deszczu a kysz, idź sobie jesteś Tu niepotrzebny…

 A KYSZ !!!

SIOSTRA Z SZUFLADY

         

Jedna z bezimiennych jeszcze siostrzyczek

– tzn imiona niby już mają, ale zmieniają się  one jak w kalejdoskopie.

Aśka i Magda kupiły sobie ( a raczej swoim dzieciom) po Yorku.

Oczywiście z tego samego miotu-siostrzyczki.

Jedna pławi się w luksusach, ma własną klatkę z wybiegiem, budkę z

 podusią i futerkiem  do spania, zabaweczki.

Jej siostra, uboga krewna, zamieszkała w …szufladzie.

Taka to już sprawiedliwość na tym świecie ( a raczej jej brak), że nawet

wśród rodzonych sióstr równouprawnienia nie ma….

Ale to tylko jest tak  chwilowo, dzisiaj obie panie idą na wielkie psie

 zakupy i miejmny nadzieję, uboga krewna też na  jakieś apartamenty

w końcu trafi.

W miocie pozostał jeszcze braciszek, czeka na właściciela.

Czyżby Daria i Wiktoria zdołały wywiercić w Maćka i Eli brzuchach dziury

i psi  braciszek też do  naszej rodziny trafi?????

Prozaika w poniedziałkowy ranek

 

Nie wszystko zawsze idzie jak po maśle.

Ten tydzień zaczyna mi się całkiem po grudach.

Rano muszę wezwać hydraulika do mojego WC,  któy zalewa sąsiadów.

No i problem, przyjdzie dzisiaj, jutro…kiedyś tam.

Dawniej był taki fachowiec na podorędziu, na każde wezwanie, dzisiaj,

niestety ……..

Też się ceni ( ma sporo podobno robót zamówionych) i trzeba czekać.

A niestety bez WC ani, ani, a jak długo  można korzystać z uprzejmości

sąsiadów?

W dodatku zupełnie padła mi antena dachowa, odbiera tylko pierwszy

 program , ale i tak całkiem zaśnieżony….

Niby mam przecież dekoder Polsatu, ale tam niestety klawisz timera

nie wiedzieć czemu odmówił mi posłuszeństwa i nie mogę go nastawiać.

Wymyśliłam jakąś kombinację : timera telewizora na "Klan" nastawiłam

z telewizora, a wieczorny "M jak miłość" z dekodera Polsatu, tylko nie

wiem, co z tej kombinacji, prawie że alpejskiej, wyniknie.

A żeby bylo weselej, padł mój Incredimail, odbiera pocztę i owszem,

 ale bez załączników.

Czekalam wczoraj na Pana Józia i niestety …. nie doczekałam się.

Też zapracowany……nawet w niedzielę.

Jak więc widać, zaczynam pechowo ten tydzień, a jak się skończy??

nie wiadomo….

Poprostu : siła złego na jednego…….

Ale życzę innym, żeby dla nich był chociaż przyjemny i bez awarii.

A ten ponury i nie wiadomo czy zimowy, czy jesienny poniedziałek

też niech Wam miło zleci.

A ja zabieram się za ściąganie fachowca….

I to muszę skoro blady świt załatwić, bo mam przecież zamówionych

pacjentów w przychodni i nie mogę sie spóźnić.

PS z ostatniej chwili : Fachowiec MOŻE dzisiaj przyjdzie, ale tylko może…..

A jednak czarownica

Rozpadało się dzisiaj na dobre.

Rano było jeszcze fajnie, a tu nagle kole południa deszcz sobie padać zaczął, jak gdyby nigdy nic.

Dobrze, że mnie kolega kawałek z tej wsi autem podrzucił, bo przykro po mokrej szosie łazić.

Oczywiście odczyniałam deszcz, ale jakoś opornie mnie słuchał.

Przynajmniej tak mi się wydawało, że tym razem deszcz nie ulegnie

moim sugestiom.

Po drodze kupowałam owoce w zaprzyjaźnionej budce i

podsłuchałam utyskiwania na dzisiejszą słotę, rzeczywiście, było

nieciekawie, mokro, zimno i wręcz listopadowo.

Jedna pania pocieszała drugą, że jutro ma świecić ponoć słonko.

Jeszcze dzisiaj zaświeci – wtrąciłam, a panie popatrzyły się na

zachmurzone i zaciągnięte deszczem niebo, potem na mnie

z wiekim zdziwieniem, co ja też opowiadam.

A ja uśmiechnęłam się tylko i powtórzyłam, zobaczycie panie,

zaświeci dzisiaj napewno.

Może sama też nie bardzo w to wierzyłam, ale jakieś pół godziny

później deszcz przestał padać, a po godzinie….. pokazało się na

niebie…słonko.

Niesamowite, trudno w to uwierzyć.

I co najlepsze, to wraz ze zmianą pogody i humorek zdecydowanie

 zmienił mi się na lepszy……

Czyli  same plusy, już nie powiem, że jutro miałam mieć sporo

 pacjentów do zdjęć rtg w związku z wizytą specjalisty chirurga,

na zapas się martwiłam, bo taka akurat nie w kondycji jestem,

 a tu niespodzianka, doktór nie przyjedzie, bo złamał nogę.

A pomyśleć, ze tak kilka dni temu kombinowałam, co by to było,

gdybym upadła i złamała nogę, kto by temu doktorowi te zdjęcia

zrobił??

No i ..wykrakałam, tylko nie sobie, a nieszczęśliwie jemu.

Jejku, ale ze mnie okropna czarownica

Dobrze, że nie żyję w średniowieczu, bo na stosie by mnie

pewno spalili.

Ale by skwierczało 🙂

do licha

No tak, no to mamy już piątek, nareszcie piątek, dopiero

 piątek…

Maruda jestem, ale……

Czy coś ciekawego się wczoraj działo?

Nie specjalnie, rano padał snieg, potem było słonko i cieplutko,

 potem przyszła noc i spać trzeba było iść….

Nudne to wszystko.

Mój blog też już nudny się staje…..

Ale się nie poddaję……

Chociaż generalnie jestem na nie.

Do licha, niech wreszcie coś się zmieni.

Grałam w Mahjong sobie wieczorkiem,

znowu się  za długo zasiedziałam…..

Wiecie jak ta gra wciąga?

Na początku w tej plątaninie chińskich znaków trudno się połapać.

A tu trzeba znależć dwie identyczne kosteczki, w dodatku aktywne,

 które  po kliknięciu na nie, znikają…

W ten sposób całą plansze trzeba zlikwidować.

Na szczęścia dla ułatwienia obok tych poplątanych znaków są 

i normalne cyfry, ale i tak uważać trzeba, bo nie każda kostka

 z cyfrą odpowiada następnej kostce z taką samą cyfrą,

ważne są namalowane na niej znaki.

 Może nie udało mi się całkiem wyczyścić  wszystkick kostek,

ale jednak sporo  z nich ubyło.

W końcu  zmusiłam się zgasić komputer i iść spać, oczywiście

 dzisiaj głowę mam jak balon.

Ale co tam, jedna, druga,trzecia i czwarta kawa, człowieka

na nogi postawi……..

Byle do wieczora.

ślimacze tempo

 

                                                          

Pomału. pomalutku,  jak  ślimak na swej oślinionej nodze,  pełznie ten tydzień.

Końca jego wciąż nie widać…………

Zmęczona, okropnie jestem zmęczona……..

A dzisiaj dopiero czwartek……..

jak powstaje blog?

Wracam sobie np. wieczorkiem po pracy do domu i rozmyślam,co też

 miłego, dziwnego lub też zwyczajnego w danym dniu mnie spotkało.

Taki sobie wewnętrzny monolog prowadzę ze swoim sumieniem, z

moimi myślami i… już po chwili mam temat gotowy na następnego

 bloga.

Takie wewnętrzne rozmowy są bardzo interesujące

( przecież rozmawiam bądź co bądź z osobą na odpowiednim  poziomie

 i nigdy  w związku z tym się nie nudzę), mam możliwość rozpatrzenia

wielu sytuacji raz jeszcze, w różnych aspektach, w miarę obiektywniej

na nie patrząc, niż dotychczas.

Uwielbiam tą samopolemikę, która staje się zresztą  potem inspiracją 

 nie tylko do moich  blogowych wpisów, ale często do zmiany swojego

 punktu widzenia na niektóre sprawy…….

Nie oznacza to wcale, że rozmowy z innymi osobami traktuję mniej

poważnie.

O, nie, każdy człowiek, nawet ten najmniejszy, ma do przekazania drugiej

osobie coś ciekawego, a sztuka życia polega nie tylko na mówieniu

(czasami o tzw, byle czym), ale na słuchaniu innych,a także własnych

myśli, które są niczym innym, jak przekazywaniem  zakodowanych

informacji, które otrzymaliśmy w trakcie danego dnia.

Więc koduję, potem przetwarzam, zapamiętuję te ważniejsze informacje,

mniej ważnym daję delete……..

Istny komputer.

Wreszcie poszłam wczoraj nieco wcześniej spać, musiałam mojemu

wewnętrznemu komputetowi dać chwilę wytchnienia.

Jeszcze trochę do odpoczynku, jeszcze trochę, jeszcze 3 dni i…..

asertywna

Tup, tup w jedną stronę, tup, tup spowrotem i znów jeden dzień zdarty z kart kalendarza.

No  dobrze, nie umiem wcale pisać bloga może, ale mi takie małe literki nijak nie odpowiadają.

Próbowałam, nie da się.

Nie potrafię potem siebie odczytać, więc jak niby korektę mogę zrobić?

To jest na  moja odpowiedź na komentarz do porannego wpisu.

Więc albo ktoś będzie czytał moje rozstrzelone "konie", albo nie będzie czytał mego blogu wcale.

A ja mam  w nosie, piszę tak, jak mnie najwygodniej.

I nie narażać mi się, bo ostatnio w bardzo bojowym nastroju jestem……

Była sobie raz królewna…

 

Była sobie raz królewna

miała domek z masła……

Ot, bajka, którą sobie wczoraj wieczorem wymyśliłam, dźwigając

do domu okropnie ciężką siatkę z zakupami.

No tak, koło mojego domu niestety nie ma otwartego wieczorową

 porą sklepu……

Niestety, wszystkie zakupy muszę targać kawał drogi do autobusu,

 potem z autobusu do domu……

Wczoraj moja siatka ważyła całe mnóstwo kilogramów.

Niby w niej nic  takiego nie było…( nic? – a na co 60 zł do licha

 mi poszło niby ??)

Może nie wiele raczej kupiłam : 10 jajek, pół litra mleka, kawałek

białego sera, kilka jabłek i chyba najbardziej  ciężki zakup,

czyli  2 i pół litrowa woda mineralna.

Były też oczywiście jeszcze i papierosy i M&M dla dziewczynek

("Ciociu, jak nam następny raz kupisz M&M, to kup te żółte,

 orzechowe, a nie czarne, bo są lepsze).

Więc dźwigałam te ciężary, cała ugięta od nadmiernie obciążonej

siatki i tak sobie myślałam, właściwie dlaczego ja sie tak męczę?

Taka królewna miałaby się dobrze, nie musiała by zakupów robić…. chociaż akurat kupować to  całkiem lubię, gorzej już jest

z płaceniem, bo zawsze żal mi tych wydanych pieniążków,

krakowsko – bycza ( byk to mój znak zodiaku) chciwość wtedy

 ze mnie wyłazi…..

 wypełza z każdej komórki, ale wstyd jest nagle przy kasie

 rezygnować, więc zaciskam zęby i robię dobrą minę do złej

gry ( no już widzę teraz minę mojej Magdy, gdy to czyta, co ja tu wypisuję, haha).

No, a taka nie całkiem może bajkowa królewna, ale jednak

 królewna, wsiadła by do swojego samochodu, niedbale

wrzucając zakupy do bagażnika, odpaliła by swój królewski wehikuł

 ( musiałby być nieco większy od malucha, czy seicento) i z fasonem

odjechałaby  spod marketu.

A może niekoniecznie sama by odjechała, może jakiś królewicz

 powozem by powiózł gdzieś najpierw na dobrą kawę , a może i na 

 dobrą kolację ( oczywiście dietetyczną, bo księżniczki też o linię

raczej dbały).

Czy ja naprawdę mam jakies wygórowane zachcianki?

Wystarczałby otwarty gdzieś w pobliżu mojego domu sklep,

w kórym zrobilabym stosowne zakupy i nie musiała ich taki kawał

potem do domu taszczyć.

No dobrze, niby niedaleko mnie jest wielki Jubilat,ale tam już po

godzinie 20-stej mogę zrobić tylko "wybiórcze" zakupy,większość

spożywczysch stoisk jest już wyłączona z normalnego ruchu, a

i tak, niestety, to nie jest wcale aż tak dużo bliżej od mojego

domu, niż droga do i od przystanku.

Na jedno w sumie wychodzi i tak mnie dźwiganie nie ominie…

W sumie ten tydzień na zakupy nie jest taki jeszcze najgorszy,

bo gdy  już po godzinie 20-stej z Kalmara wychodzę, możliwość

 zrobienia jakichkolwiek zakupów praktycznie do mimimum

 się ogranicza.

Najczęściej więc  wtedy, najpierw  robię zakupy gdzieś po drodze,

w przerwie pomiędzy dwoma pracami, potem taszczę je do busiku

 i przez te kilometry szosą do firmy, by wrócić z nimi wieczorem

dopiero do domu.

Pewnie, powie ktoś, możesz robić zakupy raz na tydzień,

np. w sobotę.

Mogę, ale w ciągu tygodnia i tak dokupuje się mnóstwo drobiazgów,

które w sumie jednak ciężar stanowią.

Zwłaszcza, gdy trzeba je nosić……..

No to się już wyżaliłam, mogę teraz całkiem spokojnie zabierać się

do codziennych obowiązków.

Przynajmniej dzisiaj może większe zakupy mnie ominą???

Jednak trochę towaru nakupiłam, na wczorajszą "niby" kolację,

na dzisiejsze śniadanko w Kalmarze, ( znów będzie ten mój

 ukochany ser biały na gorąco z jajkiem i z kminkiem), na…..

No właśnie,  na niewiele już, prócz moich zakupionych jajek

na "zaś", czyli popoludniu znów zakupy mnie czekają…ech.

Gdyby nie te konieczne zakupy i gdyby nie te cholerne

comiesięczne opłaty , człowiek Rockefellerem by został.

A ponieważ na to wszystko trzeba zapracować, więc wnikam

 już teraz w czeluść zapracowanego dnia.

Cześć.

PS. A za oknem znów prószy śnieg…….