jaki poniedziałek…

 

… taki i cały tydzień.

A ten poniedziałek był zapracowany, oczywiście za przysługą…

psującego się co chwilę aparatu.

Na początku diablik spał jeszcze i szło jako tako, potem jednak postanowił

nieco uprzyjemnić mi życie i co jedno zdjęcie robił psikusy.

Tak więc badania trwały dwa razy dłużej, niż powinny, a nerwy moje znowu

w postronki się poskręcały.

Podobno w piątek podobne psikusy robił Jarkowi  – wyłączał się przy byl;e okazji,

czyli nie tylko ja nie mam do niego szczęśliwej ręki????

Na szczęście tylko przedemną cztery dni nerwówki,  w trakcie remonty

przychodni aparat zostanie rozebrany ( podobno) na części pierwsze i dokładnie przebadany.

Diablik nie ma szans, musi ustąpić…….

Póki co działam na takim aparacie, jaki mam, już nawet na niego się nie złoszczę, co

mi to da, włączam, przełączam, resetuję, wyłączam i tak w kółko, pewne urozmaicenie

jest, tylko to trochę przed pacjentami co najmniej dziwnie  to wygląda.

Jak mam przekonać, że sam aparat działa poprawnie, ba, nawet śliczne zdjęcia

robi, tylko oprogramowanie połknęło diablika?

Idę do pracy, niech się dzieje co chce.Dzisiaj niewiele zdjęć będzie to jakoś sobie

radę muszę dać.

A jutro znów masę badań, ale to dopiero jutro, będę miała czas na figle z diablikiem.

Cześć.