netowe wspomnienie

 

 

Wczoraj w gazecie ” Z życia wzięte” przeczytałam ciekawy artykuł pewnej lekko ponad sześćdziesiątkę pani ( co ci przypomina, co ci przypomina…) w którym wspomina jak stała się  czynną  blogerką. Wcześnie zawsze zapisywała swoje spostrzeżenia w brulionie, z czasem z braku czasu zaprzestała, oddając się życiu rodzinnemu, ale gdy dzieci odfrunęły do własnych gniazd, a mąż niestety zachorował i umarł nagle poczuła, że ma za wiele czasu, z którym nie wiadomo co robić. W sukurs przyszły jej dzieci, który kupiły jej komputer i wnuki, które uczyły ją serfowania po internecie. Dalej poszło już łatwo, jeden z jej wyników, który dowiedział się, że babcia ma zapisane bruliony wspomnień namówił ja na pisanie takowych w blogu, który jej założył. I odtąd „babcia” pełna werwy zaczęła blogować – wpisywała tam swoje obecne i z poprzednich lat  spostrzeżenie – nawet nie spodziewała się, że tak szybko odnajdzie w swoim blogu tyle wiernych czytelników, którzy komentarzami zachęcali ją do dalszych wpisów.

A jak było ze mną? trochę podobnie, tylko, że ja zaczęłam serfować nieco wcześniej. Właściwie namówiła mnie na to Agnieszka, żona mojego bratanka Michała, mianowicie namówiła mnie na wspólne kursy internetowe, Kursy trwały niedługo, bo tylko kilka tygodni,ale tam dostałam podstawy netowskich umiejętności. Oczywiście nie miałam wtedy własnego komputera, więc kiedyś z kolegą poszłam do kawiarenki internetowej mieszczącej się  na  krakowskim Rynku. Pamiętam, jaka wtedy byłam zdenerwowana, gdy usiadłam przed komputerem, włączyłam internet i…… właściwie nie wiedziałam co dalej mam zrobić, czego właściwie mam tam szukać. Więc naprzód kolega kazał mi w goglach wpisać własne nazwisko i okazało się, że nagle pokazało się wiele linków- odnośników do mojego nazwiska, część zresztą związana z osobami całkiem mi bliskimi. Czytałam wszystko z zapartym tchem, Potem kolega pokazał mi jak można wejść na czat, aby sobie z ludźmi porozmawiać – mój pierwszy pokój czatowy umieszczony był na Onecie, dopiero z czasem przeniosłam się na Polchat, gdzie poznałam wiele serdecznych i bliskich memu sercu osób, wtedy rozmawiałam jeszcze z internetowych kawiarenek, z czasem dorobiłam się własnego komputera i własnego internetu w domu i odtąd czatowanie stało się moją pasją. Miło było wchodzić do pokoju, gdzie wszyscy witali mnie internetowym uśmiechem : witaj Ewelinko, bo takiego  właśnie nicku wtedy używałam. Z czasem te internetowe znajomości przemieniane były na  znajomości realne, urządzane były różne netowe spotkania urządzane w jakimś wynajętym na tą okoliczność lokalu, na których zawsze były serdeczne nastroje. Również i ja z trzema koleżankami urządzałyśmy dwukrotnie wspaniałe krakowskie spotkania, wcześniej opracowywałyśmy szczegółowo oprawę artystyczną takiego spotkania, różne konkursy, zabawy, wszystko to było mile przez naszych gości przyjmowane. Szczególnie z pamięci zapadły mi te nasze  nocne śpiewy przy głosie gitary, na której grał jeden z naszych kolegów w ogródku kawiarnianym na Rynku w Krakowie. Wyobrażacie to sobie: grupka ludzi ( no już nie pierwszej młodości, ale bardzo wesołych, szczególnie po piwku, a wcześniej i innych napitkach, ale nie, nikt pijany nie był, każdy był tylko wesoły, szczęśliwy), pięknie  oświetlony nocny Rynek, rozmowy, śmiechy, nawet czasem i tany na bosaka, bo po tanach w lokalu już nogi bolały…… aż łezka w moim oku się kręci.
I tak leciały lata rozmów na necie, niestety, jak to w życiu  bywa, niektórych naszych polsatowskich przyjaciół ubywało 😦 Tu muszę wspomnieć Stanna, który był bardzo wielkim przeciwnikiem czatowskich głupich rozmów i zawsze nas napominał i na poprawne strony nas skierowywał, przyznam, był okres, gdy go nie lubiłam, szczególnie, że dosyć często skierowywał do mnie swoje złostliwostki, ale z czasem, gdy lepiej się poznaliśmy ( nigdy nie poznałam go osobiście) nasze stosunku stały się poprawniejsze. Z bólem przyjęłam wiadomość o jego chorobie i potem o jego śmierci.Tu muszę  wspomnieć moich dwóch przyjaciół  Joli ( marzeniee) i Marka ( typka), wspaniali i bardzo ciepli, zawsze z sercem na dłoni, zawsze służący dobrą radą. Nigdy nie zapomnę, gdy Jola podczas moich odwiedzin u niej piekła dla mnie specjalny chleb (byłam wtedy na diecie optymalnej), to był naprawdę bardzo miły czas. Po wizycie u Joli odwiedziłam też i Urszulę ( Usię)a potem właśnie w powrotnej drodze zahaczyłam o Gliwice, gdzie odwiedziłam Danę ( jarzębinę) i typka. Wiadomość o ciężkiej  chorobie marzeniee i typka były dla mnie ciosem, odeszli od nas w ciągu kilku dni po sobie. I wtedy coś chyba we mnie się złamało, to już nie był ten sam czat, pomału zaczęłam od nich odchodzić, rzuciłam się w wir gier, szczególnie kilka następnych lat zjadłam na plemionach, ale i tu kiedyś doszłam do wniosku, że wielką głupotą jest zarywać noce tylko dlatego, żeby atakować „wroga”, lub przed nim się bronić.
Przeniosłam się na gry na Facebooku, przynajmniej tu coś ciekawego buduję, tworzę wielkie miasta, pełne budynków mieszkalnych i użytkowych. Co mi to daje? – ano nic specjalnego,  to tylko taka lekka odskocznia od rzeczywistości, ale przynajmniej wiem, że gdy wejdę do swojego miasta nie znajdę go na przykład zburzonego, tak jak to było na plemionach, wiec stresy z grą związane ograniczyłam praktycznie do zera.
A mój blog? O nim wspomnę za kilka dni, bowiem za 6 dni będę już miała ósmą rocznicę, gdy go piszę. Była co prawda jakaś tam przerwa…ale

A dzisiaj dla Polski ważny meczowy dzień : dzisiaj gramy z Czechami i serce moje dyktuje mi wynik 2:1 albo 3:1 dla Polski, chociaż rozum mówi, że nie koniecznie tak musi być. Ano, pożyjemy, zobaczymy.

ALE POLSCE ŻYCZĘ DZISIAJ ZWYCIĘSTWA !!!

Trzymajcie kciuki.

P.S. ja w szaleńczych młodzieńczych latach też jak ta blogerka z gazety  pisałam i wiersze i prozę, ale niestety wszystko to gdzieś w niebycie się pogrążyło……