Dla mnie ta zupa ma akurat dosyć wymowne i pamiątkowe znaczenie.
Gdy leciałam do USA do mojego stryjka Jurka, a było to bardzo, bardzo dawno, bo 28 lat temu ( ale jeszcze pamiętam!!) dzwoniłam ze śródlądowania z Nowego Jorku do niego, aby powiadomić, że są pewne opóźnienia i wtedy Stryjek spytał: jesteś głodna?? ( przecież karmili mnie w samolocie, o czym on świetnie wiedział), bo tu na Ciebie czeka….zupa pomidorowa. Ba, przelecieć cały Ocean dla talerza zupy pomidorowej, to jest to. Zupa oczywiście czekała na mnie, musiałam jej spróbować, chociaż mój żołądek wypełniony był najpierw pysznościami przygotowanymi na pokładzie samolotu, a potem strachem przed lądowaniem.
W ogóle całego lotu się bałam, pewnie dlatego, że kochana moja rodzinka straszyła mnie, że w drodze spotka mnie przesiadka i to w dodatku w powietrzu.
Oczywiście w takie bzdury nie wierzyłam, ale strach jakiś tam pozostał i do dzisiaj trwa, co wcale nie znaczy, że jakaś krzywda może mi się stać stąpając po naszej ziemi, ale nie pora teraz się stresować, wszak mamy niedzielę.
No ale wracając do tej zupy pomidorowej. Ostatnio z powodu zmiany mojego menu stała się ona dosyć dominującą potrawą w mojej diecie.
A robi się ją ( to znaczy tą moją odmianę) bardzo prosto : do garnka wrzucam troszkę mrożonej włoszczyzny, paczuszkę ryżu jeden bulion i puszkę pomorów, ostatnio kupuję takie fajne, pokrojone w kostkę, więc nie trzeba nawet potem zupy miksować. Po 20-30 minutach zupa gotowa do konsumpcji, oczywiście jej niczym nie zabielam, bo po co dodawać niepotrzebnych kalorii, a tak jeszcze czuję prawdziwy smak zupy. Pewnie, wiem, każdy powie, że prawdziwa taka zupa powstaje na świeżych jarzynkach i świeżych pomidorach, poczekam do wiosny, już nie długo. Dosmaczyć zupę można ewentualnie maggi w płynie.
Ponieważ ta zupa jest troszkę gęstsza, wystarcza mi za cały obiad, ostatnio przyznam, jakoś mięsko mi nie za bardzo smakuje, a może już nie potrafię dobrze go przyprawić? Za wędlinkami też nie bardzo przepadam, ostatnio przerzuciłam się na serki wiejskie, są pyszne. Dzisiaj na śniadanie zjadłam właśnie taki serek, w który wkroiłam 4 rzodkiewki i 3 małe korniszonki, dodałam tylko szczyptę soli ( za dużo też nie wolno!!!) – wspaniałe śniadanko, naprawdę.
A ponieważ tą dietę przestrzegam, mój cukier oscyluje między 4.6 a 5.6 czyli około 100 (wg starej miary) – to jest norma, oczywiście przy zażywaniu odpowiednich dozach lekarstwa. Może ( przynajmniej na jakiś czas) widmo insuliny zostanie ode mnie odsunięte?
No i przy okazji może też paru kilogramów się pozbędę????
Mam nadzieję, że ta zupa także i VIP- owi dzisiaj zasmakuje, jako, że to będzie jedyne danie obiadowe, trudno, najwyżej usmażę mu jeszcze jajecznicę 🙂
To powiedzenie o jajecznicy też ma swoją historię – dykteryjkę, kiedyś moja przyjaciółka Maja zaprosiła mnie i naszego kolegę Mariusza na obiad, Obiad był oczywiście trój – daniowy i pyszny, ale Majka zaraz po nim spytała z wielką troską Mariusza: nie jesteś głodny? może usmażę ci jajecznicę?
Oczywiście skończyło się to wielkim naszym śmiechem, a powiedzenie pozostało do dzisiaj. Ostatnio nawet dosyć często o niej myślę, już minęło ponad dwa lata od jej śmierci……… a ciągle mi się wydaje, że ona wciąż żyje!.
Zresztą ostatnio coś podejrzanie często śni mi się moje rodzeństwo, czyżby mnie do siebie już wołali? Pomału zbliża się już ten magiczny 65 – ty rok życia, gdy moje rodzeństwo przechodziło swoją granicę. A może ja złamię ten zły, rodzinny zwyczaj??
Dalej czekam na wiosnę, już w przyszłym tygodniu na pewno nastąpi, na szczęście buty zdążyłam już zamówić !
Wiosna i znów niektóre seriale wracają na ekrany telewizorów : wczoraj z wielką przyjemnością oglądałam nowy odcinek Komisarza Alexa, wspaniały jak zwykle, trzymający w napięciu, chociaż od razu wiadomo było, że dobro zwycięży, nie może być inaczej.
Za to dzisiaj zaczynamy nowy sezon Ranczo, ciekawe, co nam przyniesie.
Miłej niedzieli
