Wsypa?

 

Na to wyglądało, ale wcale tak nie było. Chodzi o dokarmianie Peppy. Ponieważ kilka razy oberwało mi się, że po cichu daję jej dobre kąski, więc  zaprzestałam tej procedury. .
Ale widać Peppa wie, że jestem jedną jedyną litościwą duszą w tym domu i jeszcze tylko na mnie polegać można w tej kwestii, więc wczoraj w kuchni dała popis służeniu przede mną  przez bardzo długi moment stojąc na dwóch łapkach, myśląc, że mam jakiś smakołyk w ręce, a to była tylko saszetka herbaty. Niestety widziała to Monika i razem z Tomkiem uznali, że jest to dowód na moje łamanie zasad i dawanie Peppie coś pysznego.No i jak miałam wytłumaczyć, że tak wcale nie jest.
Powiedziałam potem Peppie, co o niej myślę, ale cóż, oni i pies wiedzą swoje lepiej niż ja. No i właśnie dlatego wyjeżdżając jutro nie zostawiają  mi psa, bo pewnie  po ich powrocie pies toczyłby się już po podłodze z  nadmiaru tuszy. Z jednej strony szkoda, bo będę za tym czarnuchem tęskniła, ale i z drugiej strony  dobrze, bo nie będzie musiała sunia wyprowadzać mnie na spacerek.  Szczególnie w tej zimowej porze nie jest to przyjemne i dla mnie bezpieczne, bo czasami naprawdę jest ślisko. A poza tym pewnie jeszcze nauczyłabym ją spać ze mną w łóżku?? – zgroza!!!
Od razu przypomniało mi się, gdy młoda Magda zostawiała przez pół dnia Kamilkę pod moja opieką, a potem dziwili się, że dziecko jakoś podejrzanie jest grubiutkie. Ale co miałam zrobić, gdy po jednej butelce dziecko było głodne? Dawałam jej drugą butelkę i to nie wody w której rozpuszczali odżywkę dla dziecka, ale porządnie dokładałam odpowiednią ilość tej kaszki, aby gęstość posiłku była w sam raz, aby to była kasza, a nie woda spod kaszki.
Zawsze uważałam, że dziecko musi sobie porządnie pojeść i nie być głodne.
A co Peppą???,   wcale jej nie dokarmiam, ona czasami tylko znajduje na podłodze  mojego pokoju coś, co ” niechcący” spada mi z kanapki, na przykład kawałek łososia, czy kawałeczek polędwiczki, ale to jest naprawdę bardzo rzadko, bo czasami jej „błagające” oczy wyprowadzają mnie z nerwów i wtedy ręce jakoś tak dziwnie zaczynają mi się trząść?

A co poza tym? Ano znów mamy kolejny piątek, weekend mi popołudniu się zaczyna, do Świąt Wielkanocnych już tuż tuż, jak tu się nie radować?
A z drugiej strony sporo śniegu napadało i nawet nadal pada, jest i ślisko i zimno, temp około minus 6 stopni, więc to jeszcze nie  siarczysty mróz, jak ongiś bywało, ale raczej  bardzo , bardzo zimno – więc nieco moja radość życia została przymrożona, szczególnie gdy każda kostka ciała boli z osobna, mimo wypitego wczoraj wieczorem Nimesilu. I znów miałam przez te bóle przymusowe budzenie przed szóstą rano. Widać moje kości też zimy nie lubią!
No cóż, starość nie radość, ale też, jak zawsze dodaje moja koleżanka Jadzia,  młodość nie wieczność. To prawda, człowiek młody nie zdaje sobie nawet z tego sprawy, że i dla niego  szybko czas mija i zacznie się ten mniej przyjemny okres życia. Każda pora życia ma swoje plusy i minusy, może i te starsze lata nie są takie złe, bo i mądrzejsze  spojrzenie na różne aspekty życia człowiek posiada, tylko dlaczego tak często starość boli???? I to boli fizycznie, a czasami bywa, że boli też  i psychicznie.

No to powodzenia na ten weekend, szczególnie tym, którzy sobie odpoczynek w górach zaplanowali, bo czas ku temu odpowiedni, zanim zimę na dobre pożegnamy.